wtorek, 10 lutego 2015

O czymś co ostatnio mnie dręczy...

Nim zostałam żoną i zanim jeszcze na świecie pojawił się Sławek, żyłam sobie spokojnie i radośnie, pozbawiona większych problemów. Chociaż szczerze mówiąc, to mało pamiętam z tamtego okresu (chyba, że wliczamy to błogie uczucie gdy kładziesz się spać i....śpisz), ale jakieś poczucie, że było inaczej pozostało ze mną. Miałam jasno określone wartości, miałam określone zdanie na pewne tematy i nie wyobrażałam sobie go zmienić. Żyłam sobie od wypłaty do gazetki promocyjnej, beztrosko. Moim celem były nowe podkłady do twarzy, pędzle do makijażu, ubrania, muzyka czy film. Małżeństwo i dziecko całkowicie przewartościowały mój świat.

Dopiero jako mama spojrzałam na swoje życie z dystansem i określiłam co jest w nim naprawdę ważne. Bez wyrzutów sumienia pozbyłam się 3/4 ubrań, rozdałam kosmetyki znajomym, przestałam się martwić takimi sprawami jak wypryski czy to jak dobrze kryje mój korektor pod oczy. Nie chodzi o to, że zdziczałam i przestałam się malować czy chodzić na zakupy, po prostu nie było to dla mnie już tak istotne. Chociaż podobało mi się coś co widziałam na blogu czy na YT, to nie czułam potrzeby, że koniecznie muszę to mieć. Żałuję jednak, że tej potrzeby nie odczuwałam też co do moich dziurawych skarpetek ;)
Nabrałam dystansu i poczułam się dobrze sama ze sobą, z rolą jaką teraz pełnię, kim jestem i dla kogo jestem, co robię. Czasami jednak przeraża mnie, że wolny dzień spędzam na szorowaniu kabiny prysznicowej i układaniu rzeczy w szafkach, zamiast na domowym SPA i odsypianiu. Ale to innym razem.

Ostatnio jednak bardzo męczą mnie inne kwestie. Skacząc sobie po różnych profilach na Facebooku trafiałam na strony zakładane przez rodziców, którzy zbierają pieniążki aby pomóc swoim chorym dzieciom. Nie no, wiedziałam wcześniej, że coś takiego istnieje, ale nigdy nie skupiałam się na tym tak jak skupiłam się teraz. Jestem typem osoby, która lubi "wiedzieć". Tak więc szybko wygooglowałam każdy przypadek, dowiadywałam się jak najwięcej i... Miałam wrażenie, że pęknie mi serce. Niesamowicie podziwiam każdego z tych rodziców, ich determinację, poświęcenie, miłość, wiarę. Chciałabym każdego z nich przytulić, pogratulować tej siły, wesprzeć i pomóc. Ale moja pensja to tak naprawdę kropla w morzu ich potrzeb. Ba!, miesięczny plan na nasz sklep to czasami 1/5 tego co oni potrzebują zebrać. Chciałabym pomóc, ale widzę, że mogłabym to zrobić w stopniu naprawdę niewielkim.

Takie sytuacje uświadamiają mi jak bardzo nie doceniamy tego co mamy wokół siebie. Ludzie wolą się użalać nad sobą, narzekać na swoją pracę, pogodę, partnera, mieszkanie, dodatkową oponkę na brzuchu, wysokie ceny benzyny, wyprysk na nosie, a nie widzą tego, że mają dwie ręce, dwie nogi i są zdrowi. Czasami to o wiele więcej niż to co mają niektórzy.
Marzyły mi się ostatnio nowe jeansy, bluza, fajny podkład, jakieś perfumy, nowa bielizna. Teraz zastanawiam się czy naprawdę tego potrzebuję. Nie mam zamiaru robić z siebie ascety i siedzieć w jaskini, ale z drugiej strony znów zaczynam przewartościowywać pewne sprawy. Oddałam za paczkę pampersów duży karton dziecięcych ubranek. Oddaję ubrania, w których nie chodzę, buty. Ale ciągle mam wrażenie, że robię za mało. Zgłosiłam się do DKMS jako potencjalny dawca szpiku, uaktualniłam dyskietkę na dawcę narządów, gdy wyzdrowieję idę oddać krew i ciągle mam wrażenie, że to tak mało. Tak niewiele.

Dlatego chciałabym wspomnieć o możliwości oddawania swojego 1% podatku dla osób potrzebujących bądź organizacji wspierającej jakieś cele. To niewiele dla nas, ale dla nich to naprawdę dużo.



Buziaki,
Aneta

wtorek, 3 lutego 2015

O potędze wyrzutów sumienia

Jako mama i kobieta notorycznie walczę z wyrzutami sumienia. Mają one niesamowitą moc i potrafią w jednym szybkim ruchem wybić nas z obranego toru i zasiać w naszych głowach ziarno niepewności. Pomijam fakt, że chociaż mama idealna nie istnieje (tak samo jak perfekcyjna pani domu), to jednak ze wszystkich sił staram się (jak wiele z nas) zająć chociaż to drugie miejsce na podium, albo zdobyć nagrodę publiczności. Tylko te wyrzuty sumienia...

Na co dzień mam jasno określone cele i zasady, którymi się kieruje. Moje życie jest poukładane, w domu panuje porządek, wszystko jest zgrane i dograne jak trzeba. Ale wystarczy, że mąż oświadczy iż wyjeżdża na 4dniowe targi, a ja już się zastanawiam czy jestem wystarczającą dobrą mamą. A dlaczego? A dlatego, że przez te 4 dni - jestem 3 dni w pracy po 12 godzin i dziecior będzie musiał pojechać na ten czas do babci, bo nie będę umiała jak się nim zająć. Siada to na psychikę, nie powiem, że nie...

Inna sytuacja to taka, że gdy mały choruje ktoś musi z nim zostać. Do tej pory mieliśmy tyle "szczęścia", że choróbsko pojawiało się na koniec tygodnia i dość szybko odchodziło. Jak na razie udaje nam się pogodzić opiekę nad synkiem z nie braniem L4 na niego. Ufff, L4 to moja zmora. Musiałoby coś naprawdę poważnego się stać bym się po nie udała do lekarza.

Tak więc wieczorami zastanawiam się czy jestem dość dobrą mamą... Bo chcę pracować, bo (co najlepsze) lubię moją pracę, bo chcę się rozwijać, chcę coś robić, a jednocześnie chcę być mamą. Wiem, że mój syn mnie potrzebuje i staram się zapewnić mu wszystko co potrzebuje, ale kieruje mną też taki własny egoizm. Przypominam sobie czasami "Ej, mi też się coś należy!", a w szczególności gdy w mojej szufladzie są same dziurawe skarpetki. No tak.... Najpierw kupuję to co potrzebne małemu (bo np. ma dziurawe rajstopki), opłacam co trzeba, robię zakupy do domu, a swoje dziurawe skarpetki spycham na tak daleki plan, że w końcu o nich zapominam. Przypominam sobie o nich gdy data jest już wysoka i zawsze mówię sobie "Po wypłacie- kupię!".

Tak. Mam wyrzuty sumienia gdy mały musi pojechać do babci na 4 dni, chociaż babcia krzywdy mu nie zrobi i będzie się bardzo dobrze bawił. Mam wyrzuty sumienia, bo kombinujemy kto się nim zajmie gdy jest chory, tylko po to by nie rezygnować z pracy. Mam wyrzuty sumienia, bo przekonujemy się, że mały nie będzie miał rodzeństwa, bo po prostu nie ogarniemy tego wszystkiego. Mam wyrzuty sumienia, bo odkładam zakup nowego łóżka dla niego na "potem". Mam wyrzuty sumienia gdy na śniadanie robię mu gofry zamiast czegoś mega zdrowego i pożywnego. Mam wyrzuty sumienia, bo chcę się czuć kobieco, wyglądać ładnie, zrobić sobie paznokcie, kupić coś fajnego, chodzić do pracy czy umówić się ze znajomymi.

Myślę jednak, że dobrze, że je mam. Dają one czasami do myślenia i pokazują co tak naprawdę jest ważne w naszym życiu. Nie byłabym chyba sobą gdybym ich nie miała. Trzeba tylko umieć powiedzieć im "Stop!", rozdzielić te błahe od ważnych i kupić sobie te nieszczęsne skarpetki. Bo mojemu dziecku krzywda się nie dzieje. Bo ono wie, że jest kochane, że mama zawsze jest przy nim gdy trzeba, a sam też sobie daje radę. I chociaż czasami czujemy się gorzej psychicznie, to jednak bardzo się kochamy i za nic w świecie byśmy z siebie nie zrezygnowali.


Buziaki,
Aneta