wtorek, 24 czerwca 2014

Mama w pracy i w szkole

Już będąc w ciąży wiedziałam, że po urlopie macierzyńskim będę chciała wrócić na rynek pracy. Po pół roku przebywania sam na sam z maluchem zaczęłam rozumieć mamy, które decydują się na szybszy powrót do pracy nie tylko ze względów finansowych. Myśl, że i ja zasilę za jakiś czas ich szeregi jaśniała w mojej głowie z każdym matczynym kryzysem i brakiem sił. Nie będę ukrywać, ale traktowałam powrót do pracy jako swego rodzaju azyl- zero myślenia o zmywaniu, gotowaniu, pieluchach itd.

Tak się złożyło, że gdy jeszcze byłam w ciąży mój zakład pracy (sklep odzieżowy, w którym pracowałam) został zamknięty. Miałam możliwość skorzystania z rocznego, płatnego, urlopu macierzyńskiego i najlepszym wyjściem było zdecydowanie się na niego. Pieniążki nie były oszałamiające, ale starczało na pieluchy, kosmetyki dla dziecka i inne wydatki. W listopadzie 2013 roku złożyliśmy wniosek o przyjęcie Sławka do żłobka, ale z racji, że żłobek jest u nas tylko jeden (!!!) na ewentualne przyjęcie malucha musimy czekać do września tego roku. Zdmuchnęliśmy więc pierwszą świeczkę z tortu urodzinowego synka i...czekaliśmy.

Powiem szczerze- gdy minął urlop macierzyński poczułam się kompletnie niepotrzebna. Nie miałam żadnych dochodów. Moim głównym celem było zrobienie obiadu, upranie brudów, zmiany pampersów i spacery z dzieckiem. Zaczęłam powoli "dziadzieć", chodzić do sklepu po bułki w tym w czym chodzę po domu i unikałam makijażu. Chciałam robić coś dla siebie i mieć z tego jakąś satysfakcję, a nie kręcić się od kuchni do salonu.

W Urzędzie Pracy jest projekt, który ma na celu pomóc mamom wrócić na rynek pracy. Skorzystałam z niego i dostałam się na półroczny staż jako pracownik administracyjny w firmie, która zajmuje się sprzedażą i serwisem instrumentów dętych. Miałam trochę łatwiej ponieważ mój mąż w niej pracuje i szef spojrzał na mnie przychylnym okiem. Pracuję tam już od miesiąca i...jestem zachwycona!
Chociaż o instrumentach nie wiem zbyt dużo i na początku miałam wrażenie, że wszyscy mówią tam do mnie w obcym języku tak teraz powoli orientuję się co i jak. Nie jest to praca marzeń, ale traktuję ją jako nowe doświadczenie, dodatkową pozycję w CV i idealne źródło dochodów. Wraz z mężem wymieniamy się przy opiece nad maluchem, w razie potrzeby pomaga nam dziadek.

Nie bałam się jak moje wyjścia do pracy zniesie synek. Doszłam do wniosku, że chłopak ma już 15mc i musi nauczyć się i zrozumieć, że mama nie jest tylko dla niego, że musi pracować, że musi czasami wyjść z domu bez niego. Bardziej stresowałam się naszym rozstaniem gdy chodziłam na zumbę, teraz chyba stałam się dużo twardsza i dorastam wraz z dzieckiem. Sławko spędza ten czas z tatą lub dziadkiem i świetnie sobie radzi. Owszem, czasami mam wyrzuty sumienia, że nie widziałam co robił w piaskownicy, albo jak bawił się w basenie, ale zrozumiałam jedną ważną rzecz. Nie mogę mieć wiecznie wyrzutów sumienia! Muszę w końcu zrobić coś dla siebie, dla nas- a decyzja o pójściu do pracy była najlepszą jaką mogłam podjąć. Co zrobiłam jeszcze?

Zapisałam się do dwuletniej szkoły policealnej ŻAK na technik rachunkowości i dobrałam sobie drugi, roczny, kierunek- pracownik ds. osobowych. Postawiłam na siebie i swój rozwój. Dwa lata miną raz dwa, a gdy synek zacznie chodzić do żłobka, czy później przedszkola, nawet nie odczuje tego, że mama jest poza domem i pracuje/kształci się.

Chyba, gdybym nie miała Sławka, nie zdecydowałabym się na taki krok jakim jest szkoła. Może byłabym zbyt leniwa? Teraz zaś chcę zapełnić swój czas w każdej minucie, chcę się rozwijać, poznawać nowe rzeczy. Nigdy nie byłam ścisłowcem i trochę się obawiałam wybierając właśnie taki kierunek szkoły, ale stwierdziłam: Ej, masz 27 lat dziewczyno! Kiedy jak nie teraz? Przyda Ci się to!
Mam ciche plany i marzenia co do przyszłości. Uczę się sięgać po więcej, uczę się mówić czego chcę. Myślę, że daję swojemu synkowi całkiem niezły przykład. W końcu, będąc mamą nie mogę zapominać, że jestem też kobietą, człowiekiem.

Buziaki,
Aneta

wtorek, 17 czerwca 2014

Nowości w szafie i kosmetyczce

Zakupy "dla siebie" robię tak rzadko, że gdy już się one zdarzą to cieszę się jak małe dziecko na zbliżającą się Gwiazdkę. Moja szafa błaga o coś nowego, bo od czasu gdy schudłam wiele ubrań okazało się za dużych. Kosmetyczka mało kiedy widzi jakiś owy kosmetyk. Dramat! Tak więc, gdy nadarzyła się okazja, a na moje konto wpłynęła pierwsza wypłata, wybrałam się na zakupy.


Spodenki jeansowe i bluzka z Lidla (29 zł i 27 zł) z nowej kolekcji See You In Lisbon. Spodenki są bardzo wygodne, a modna aplikacja dodaje im niesamowitego uroku. Bluzka zaś jest zwiewna, ciut dłuższa, idealna do jeansów, spodenek i marynarki.



Bawełniane spodenki z Pepco za 12zł- w sam raz do spania, ćwiczeń czy codziennego noszenia. Bluza z Sin-Say za 30zł- rękaw 3/4, cienka. Świetnie prezentuje się z jeansami.



Rossmann: gąbeczki do zmywania maseczek (uwielbiam!), Gliss Kur (ułatwia rozczesywanie włosów, są po niej miękkie w dotyku i pachnące), Nivea Intense Repair (bardzo fajnie wygładza włosy, są miękkie i pachnące, nawilża), zmywacz do paznokci Isana, Eveline serum modelujące (kupiłam z zamiarem stosowania w zabiegu body wrappingu), lakier Miss Sporty.



Elektryczny pilnik do stóp Fuss Wohl za 70zł- cudowna sprawa dla osób, które mają problem ze zrogowaciałym naskórkiem na stopach. Po paru użyciach moje stópki są miękkie i gładkie. Nowy Tangle Teezer 35zł, bo stary wołał już o pomstę do nieba. Rolki do czyszczenia ubrań z Pepco ok. 5 zł.



Za 8 zł zestaw kolczyków z Sin-Say.


Muszę przyznać, że moja potrzeba zakupów została zaspokojona na parę kolejnych miesięcy. Mąż od razu widział jak po powrocie oczy świeciły mi się jak lampki choinkowe, a uśmiech nie schodził z twarzy.
Zgadzam się, że pieniądze szczęścia nie dają- dają je zakupy :)

Buziaki,
Aneta

piątek, 6 czerwca 2014

Konto wspólne czy osobne?

Po ślubie nie zlikwidowałam swojego konta bankowego. Nadal podaję jego numer do przelewania wypłaty czy innych świadczeń. Mąż również posiada swoje konto. Nie mamy konta wspólnego i...chyba nie chciałabym żebyśmy takowe mieli.

Nigdy nie lubiłam prosić się o pieniążki, nikogo. Czuję się wtedy zażenowana i zawsze wygłaszam długie monologi gdzie tłumaczę się po co są mi one potrzebne, co chcę kupić, do czego to służy i dlaczego akurat teraz proszę. I chociaż mąż nigdy nie powiedział, "Sorry, nie dam Ci" mam wewnętrzne poczucie dumy i wolę zacisnąć zęby, nie kupić sobie czegoś, niż przechodzić przez cały proces poproszenie go o nie.

Nigdy nie rozliczaliśmy się z pieniędzy, nigdy nie wypominaliśmy sobie zakupów, a jeśli chodzi o potrzeby dziecka- nie targowaliśmy się kto ma kupić pampersy czy śpiochy, kupował ten kto akurat miał przy sobie pieniążki.
Chociaż nigdy na koncie nie miałam dużej kwoty, to szanowałam pieniądze, bo ciężko na nie pracowałam. Bywało, że w czasie przygotowań do ślubu przelewałam większość wypłaty na konto narzeczonego, bo to on robił wszelkie opłaty i podobnie wyglądało to po ślubie gdy płaciliśmy za rachunki.
Skąd więc wynika moja potrzeba posiadania osobnego konta?

Myślę, że jest to związane z poczuciem niezależności. Moi rodzice, a później mąż, powtarzali, że nie może być tak, że w razie jakiegoś nieszczęścia zostanę bez grosza przy duszy. Poza tym mając swoje konto i swoje pieniążki mogłam pójść do sklepu i kupić sobie bez problemu tusz do rzęs czy jakąś bluzkę bez potrzeby pytania kogokolwiek o zgodę. Daje to ogromne poczucie niezależności i mam wrażenie, że jest to bardzo potrzebne w związku, bo najgorsze jest chyba usłyszeć słowa "To ja Cię utrzymuję".

Wiele osób dziwi się gdy mówię, że nie pójdę na zakupy, bo jestem bez kasy. "No, ale Twój mąż ma. Niech Ci da." Może i ma, ale też na nie ciężko pracuje i poświęca czas, który mógłby spędzić z nami na to by żyło nam się lepiej. Nie chcę by pieniądze, które dzięki temu zarabia szły na moje fanaberie. Bo fanaberią uważam wymaganie by mąż płacił za moje zachcianki. W końcu jestem zdrowa, mam dwie ręce i mogę zarobić parę groszy np. sprzedając ubrania, których nie noszę na Allegro. Bo tak właśnie robiłam! Znam przykład dziewczyny, która brała faceta do drogerii, pakowała zakupy do koszyka, a potem stawała przy kasie i kazała mu płacić "bo jej się należy". Nie sądzę by cokolwiek mi się należało. Nie mam problemu z wydaniem pieniędzy na coś dla męża czy syna, jeśli on proponuje, że coś mi kupi, to uważam to za bardzo miły gest (oczywiście jeśli jest w rozsądnych granicach cenowych, bo przy droższych prezentach zawsze mam wyrzuty sumienia), ale nie odbieram go jako coś niezbędnego.

Wspólnie decydujemy o zakupach do domu i dla synka, nie robimy sobie wyrzutów jeśli chodzi o to na co wydajemy pieniążki z własnych kont. Myślę, że jest to bardzo zdrowy układ. U nas się sprawdza :)

Jak jest u Was?

Buziaki,
Aneta