środa, 31 grudnia 2014

Postanowienia noworoczne, czyli jakie wyzwania sobie stawiam na 2015 rok

Przyznam to bez grama wstydu i skromności, ale ten mijający 2014 rok był dla mnie wyjątkowo udany. Większość moich postanowień z początku roku (tutaj o nich poczytacie) zostało spełnionych. Pracuję, uczę się, z sukcesem prowadzę dom, jestem mamą, kobietą, żoną, spełniam się, mam wymarzoną sylwetkę (chociaż brzuszek deseczką nie jest ;) ). Jestem z siebie dumna. Tak po prostu. Ostatnio jadąc do pracy stwierdziłam, że naprawdę jestem z siebie dumna. I tyle.

Co roku tworzę listę noworocznych postanowień. Lubię stawiać sobie wyzwania, lubię stawiać sobie cele, które przez cały rok będą przypominać mi o tym by nadal się rozwijać. A co czeka na mnie w roku 2015?

1. Zacznę biegać.
Tutaj chyba Lidl dowiedział się jakoś o moim postanowieniu, bo już od 8 stycznia w ich ofercie są buty do ćwiczeń. Ostatnio ciężko jest mi się zebrać by ćwiczyć w domu. Zawsze znajdę coś innego do roboty, coś co musi być zrobione najpierw. Potrzebuję samotnych wyjść z domu i bieganie sprawdzi się idealnie. Nic tylko kupić buty i biec przed siebie!

2. Zacznę oszczędzać.
W związku z tym założyłam sobie koto oszczędnościowe, które co miesiąc będzie ściągać mi z konta określoną kwotę. Odkładanie do skarbonki na ogół mi nie wychodzi, a tak, mam nadzieję, jakoś sobie poradzimy.

3. Zadbam o siebie.
I tu pojawia się cały wachlarz potrzeb- lekarz, dentysta, cytologia, fryzjer, kosmetyczka itd. itp. Uważam, że zadbana i zdrowa kobieta to podstawa dobrze funkcjonującego domu. Jeszcze jestem młoda, ale nie mogę bagatelizować drobnostek, które mogą odbić się na mnie w przyszłości.

4. Remanent w szafie i mieszkaniu.
Staram się na bieżąco pozbywać niepotrzebnych mi rzeczy, ale wiecie jak to jest. Muszę w końcu zabrać się na poważnie za ciuszki po młodym, za ubrania, których nie nosimy i bibeloty, które tylko zbierają kurz. Nic bardziej nie cieszy jak luzy w szafkach. Kosmetyczka też wymaga oczyszczenia chociaż i tak praktycznie nie kupuję nic z kolorówki.

5. Nowy laptop.
Gdy podjęłam swoją pierwszą pracę kupiłam sobie laptopa, który teraz ledwo zipie. Nowy sprzęt bardzo by się przydał. Mam nadzieję, że będę mogła wkrótce sobie na jakiś nowy pozwolić.

Chciałabym też nadal się uczyć, bo w końcu wkrótce skończę pierwszy semestr. Chciałabym spędzić udane wakacje z moimi facetami, stawić się na koncercie Robbiego Williamsa (bilet już mam! :) ), wykończyć mieszkanie, częściej spotykać się ze znajomymi, pomóc komuś obcemu (w tym celu zgłosiłam się jako potencjalny dawca szpiku) i jeszcze parę innych drobnych rzeczy.

Życzę Wam kochani, aby ten Nowy Rok był dla Was nową czystą kartką, którą zapiszecie tak jak chcecie. Pracujcie na to by spełniać swoje marzenia, nie bójcie się sięgać gwiazd, cieszcie się każdą drobną rzeczą, celebrujcie każdą chwilę z osobami, które kochacie, szanujcie siebie, bądźcie z siebie dumni, kochajcie i przede wszystkim- dużo zdrowia!

Buziaki,
Aneta

wtorek, 16 grudnia 2014

Co się dzieje gdy mnie nie ma?

No cóż... Pracuję. Sama nie mogę uwierzyć w to co mi się przytrafiło, ale zmęczenie i praca na wysokich obrotach sprawia, że chyba wkrótce w to uwierzę. Tydzień przed zakończeniem stażu otrzymałam telefon z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną do znanej sieciówki na stanowisko z-cy kierownika. Składałam tam podanie o pracę na sprzedawcę w niepełnym wymiarze godzin, ale z racji, że wcześniej miałam doświadczenie jako z-ca postanowili mnie zaprosić.

Wyszłam z rozmowy przeszczęśliwa, bo wiedziałam, że wypadła dobrze, a następnego dnia wieczorem zostałam poinformowana, że pracę dostanę. Wszystko szło po mojej myśli. We wtorek skończyłam staż, a od środy byłam już w Katowicach na 4-dniowym szkoleniu. Tak jak samo szkolenie przebiegało bardzo dobrze (poznanie systemu komputerowego, towaru, sposobu prowadzenia zmiany, wszelkich formalności itd.) tak dojazd do Katowic był dla mnie istnym koszmarem. Dopiero czwartego dnia dojechałam i wróciłam tą samą drogą. Za to zaklinowałam wjazd do galerii, aby nie było tak dobrze ;)

Pracuję na miejscu, do pracy mam blisko. System 12-godzinny nie jest mi obcy, bo tak pracowałam wcześniej i bardzo go lubię. Grafik bardzo fajny, wszystko szybko ogarniam, ekipa super, umowa na pełny etat. W porównaniu z wcześniejszą pracą w sieciówce teraz nie będę musiała robić 250 godzin miesięcznie by dostać 1500zł, co było wtedy po prostu żałosne. No i jak na razie nikt nie dzwoni mi w dni wolne aby mnie za coś opieprzyć, chyba że po prostu na razie niczego tak nie popsułam ;)

Mogę się normalnie uczyć, chociaż zrezygnowałam z kursu sekretarki, bo moja doba po prostu nie wystarczała już na to. Sprawa z odbiorem Sławka ze żłobka też się unormowała. Tak więc pracuję, uczę się, prowadzę dom i... Po raz pierwszy od czasu porodu doświadczyłam dnia gdy miałam wolne, byłam sama w domu i się nudziłam! Coś niesamowitego! Myślałam, że się popłaczę ze szczęścia ;)

Nie mam niestety teraz czasu ani siły na ćwiczenia. Na szczęście moja "dieta" tak się zredukowała, że tak czy inaczej z wagi trochę zeszłam, bo po prostu nie ma czasu jeść. Ale teraz siedzę sobie przy kawce, umyłam okna, posprzątałam, kończy się robić pranie, a ja relaksuję się i cieszę chwilą wolnego przed kolejnymi obowiązkami. Ostatnio spotkało mnie dużo dobrego, i cały czas spotyka. Niemal codziennie słyszę od klientów czy współpracownic, że nie wyglądam na swój wiek i nikt nie uwierzyłby, że mam 20mc faceta w domu. Schlebia mi to strasznie. Jestem zmęczona, dalej niewyspana, ale tak chyba mamy mają, jeszcze się nie odbiłam finansowo, ale muszę przyznać, że nowy rok zapowiada się naprawdę ciekawie. Mam nadzieję, że tak się utrzyma. A w kwietniu... Robbie Williams w Krakowie! :D

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Świąteczna Wishlista

Listów do Mikołaja już raczej nie piszę. Głównie dlatego, że ciężko jest mi wymyślić co chciałabym dostać na święta. Niestety, nie mam jakiś wygórowanych marzeń kosmetycznych czy rzeczowych. Wystarczy mi, że wszyscy będziemy zdrowi, szczęśliwi i pełni miłości.
Ale gdybym spotkała Mikołaja i ten bardzo, ale to bardzo by nalegał na to bym coś na swoją Wishlistę wpisała.... Hmmm.... Może coś by się znalazło ;)


Regina Brett "Bóg nigdy nie mruga" i "Bóg zawsze znajdzie Ci pracę". Po przeczytaniu "Jesteś cudem" naprawdę polubiłam styl pisania pani Brett. Pisze lekko, przyjemnie dla duszy, nie narzuca nikomu swojej wiary i przekonań, wysuwa jasne wnioski, których my czasami nie dostrzegamy.

Mała czarna lub granatowa. Marzy mi się prosta sukienka, która będzie pasować na każdą okazję, do której będzie pasował prosty naszyjnik oraz bardziej ozdobny, która ładnie podkreśli moją figurę i sprawi, że poczuję się w niej dobrze.


Kolorowe poszewki na poduszki. Zakupy do domu odkładam zawsze na koniec lub "na lepsze czasy". No niestety, tak już mam :) Ale chciałabym by nasze mieszkanie było kolorowe i przytulne, dlatego ucieszyłyby mnie poszewki w jasne, wesołe wzory, które rozjaśniłyby każde pomieszczenie.


Nowe oprawki do okularów. Niestety muszę nosić okulary. Na co dzień, przy domowych obowiązkach czy w sklepie ich nie noszę, ale jazda autem, praca przy komputerze, telewizja i czytanie- to już niestety problem jeśli nie mam ich na nosie. Mam okulary o wąskich szkłach, bez dolnej oprawki. Niekomfortowo mi się ich używa i nie lubię tego jak wyglądam gdy mam je na nosie. Tego typu oprawki zaś (jak te na zdjęciu) całkowicie spełniają moje wymagania :)


Harry Potter. To może być gra (którą i tak już pewnie X-razy przeszłam ;) ), książka po angielsku, książka a temat książki, album, płyta ze ścieżką dźwiękową, wycieczka na plan filmu, brelok. Harry Potter, to taka moja mała słabość i wszyscy o tym wiedzą. Lubię go i już!

Ucieszyłby mnie też remont przedpokoju i łazienki, meble do pokoju młodego, łóżku dla nas (bo na blokach wygodniejszy jest tapczan ;) ), lada w kuchni, kolorowe zasłony do mieszkania, karnet na siłownię, wizyta w salonie fryzjerskim , możliwość porządnego wyspania się, komplet ładnej bielizny i takie tam... :)

A co jest na Waszych wishlistach do Świętego Mikołaja? Czym chcielibyście zostać obdarowani? :)

Buziaki,
Aneta

środa, 12 listopada 2014

Ziaja razy dwa

W połowie października wybrałam się na zakupy do sklepu Ziaji i w moje ręce wpadły dwa kosmetyki, o których chciałabym powiedzieć Wam parę słów. Pierwszy z nich to kremowy żel myjący do twarzy i ciała, Ziaja Ulga dla skóry wrażliwej, a drugi to balsam do ciała wysmuklający nogi, brzuch, pośladki Ziaja Multimodeling.



Ziaja Ulga dla skóry wrażliwej 400 ml 9,99 zł
Z racji, że nie mogę stosować kosmetyków z alkoholem staram się sięgać po produkty delikatnie oczyszczające buzię. Ten żel taki właśnie jest! W opakowaniu znajduje się dość lejący żel o mlecznym kolorze i delikatnym zapachu. Nie pieni się zbyt intensywnie, ale bardzo dobrze zmywa makijaż i oczyszcza buzię. Nie podrażnia skóry, nie pozostawia uczucia ściągnięcia i wysuszenia. Buzia jest odświeżona i nawilżona. Żel jest na tyle delikatny, że polecany jest dla dzieci powyżej 6mc życia. Nie stosowałam go do mycia całego ciała, ale konsultantka z Ziaji polecała go także osobom z problemami atopowej skóry. Nie mogę też narzekać na załączoną do opakowania pompkę. Działa bez zarzutu i wydziela odpowiednią ilość produktu, którym bez problemu umyjemy naszą twarz, szyję i dekolt. Żel nie sprawił by na mojej buzi pojawiły się jakieś nowe niedoskonałości (poza tymi, które już mam ;) ). Jest bardzo wydajny, a używanie go jest dla mnie czystą przyjemnością.


Ziaja Multimodeling, balsam do ciała wysmuklający nogi, brzuch, pośladki z aktywnością substancji wyszczuplających i ujędrniających. 270ml 15,99 zł
Już na początku powiem- nie ma co liczyć, że jakikolwiek balsam nas wyszczupli i odejmie z wagi parę kilo, a z talii parę centymetrów. Używam tego typu produktów jako takich małych wspomagaczy, które mają za zadanie ujędrnić mój pociążowy brzuszek i skórę na nim, która jest wiotka i mało elastyczna. Stosuję ten balsam 2 razy dziennie (rano i wieczorem). Ma lekką konsystencję, przyjemny zapach. Łatwo się rozprowadza i szybko wchłania nie brudząc naszych ubrań. Nie ma efektu chłodzenia czy grzania, tak więc bardzo mi to odpowiada. Czy wysmuklił? Ciężko stwierdzić. Na pewno poprawił kondycję mojej skóry- dobrze ją nawilżył, stała się jędrna i elastyczna. Pociążowa fałdka skóry stała się jędrniejsza i (tak mi się wydaje) mniejsza. Nie mogę się wypowiedzieć co do jego działania antycellulitowego gdyż problemów ze skórką pomarańczową nie mam (ćwiczenia i dieta :) ). Jedyna jego wada, to brak pompki przez co z czasem może być dość trudne by dostać się do resztek produktu. Myślę, że wrócę do niego i wypróbuję też inne produkty z serii.


Jestem ciekawa czy stosowaliście, któryś z tych produktów. Jak się u Was sprawdziły?

Buziaki,
Aneta

piątek, 31 października 2014

Zasady mojej (nie)diety

Gdy ktoś mnie pyta jaką dietę stosuję- czuję się głupio. Nie jestem osobą, która potrafi trzymać się zasad diety czy narzuconego z góry jadłospisu. Nie liczę kalorii, bo szkoda mi na to czasu. Gdy półtora roku temu postanowiłam zmienić swoje nawyki żywieniowe chciałam nie tylko schudnąć, ale przede wszystkim zmienić swój sposób myślenia o jedzeniu, jeść "z głową", świadomie decydować o tym co kładę na talerz, nie stawiać przed sobą ogromnych wyrzeczeń, ale wyzwania, które sprawią, że poczuję się lepiej i będę zdrowsza.

Na chwilę obecną przy 176 cm wzrostu ważę 68 kg (w przeciągu niespełna 1 tygodnia zgubiłam 1,5 kg :) ), a mój współczynnik BMI to 21,95. Już od dawna nie mam pociążowych kilogramów, ale chętnie zgubiłabym jakieś 5kg i kilka centymetrów. Jak to więc jest w tej mojej kuchni? Cóż, kieruję się kilkoma zasadami, które dla mnie są niezwykle banalne i oczywiste.

1. Myśl podczas robienia zakupów!
W naszym sklepowym koszyku nie ma jogurtów owocowych, deserów czekoladowych, mrożonej pizzy, słodkich bułek, zupek chińskich czy słodkich napojów. Staram się wybierać produkty o prostych i czytelnych składach, które dadzą mi w domu wiele możliwości przy komponowaniu posiłków, np. jogurt grecki wykorzystuję do koktajli, mieszam z błonnikiem, dodaję do naleśników i stosuję przy robieniu sosów; mrożone warzywa są idealne do ryżu, ziemniaków czy z makaronem. To co kupimy w sklepie przynosimy do domu i tym będziemy się żywić przez następnych kilka dni. Musimy więc sami decydować o tym co jest w naszej lodówce.
I tu idziemy do punktu drugiego....

2. Znajdź must have dla swojej lodówki.
Pierś z kurczaka, warzywa na patelnię, mrożony szpinak, jogurt grecki, serek wiejski, mleko (najczęściej 2,5%), jajka, banany, ryż (on już nie jest w lodówce ;) ), kasza kuskus (lub jakaś inna), makaron (pełnoziarnisty), płatki owsiane, błonnik (kupuję taki w granulkach w Lidlu) - to zawsze u nas znajdziecie. Są to stałe elementy wszystkich zakupów, które pozwalają nam przygotować wiele prostych i szybkich dań, nietuczących, po których nie czujemy się ociężali. Np. ryż+warzywa na patelnię+pokrojona pierś z kurczaka, makaron+pierś z kurczaka w kawałkach+ warzywa na patelnię+ jogurt grecki z przyprawami, banany+mleko+jajko+mąka (naleśniki). Dzięki temu nie tracimy czasu na kombinowanie co przygotować na obiad i nie wybieramy opcji "jedzenia na wynos".

3. Nie podjadamy, bo to nieładnie!
Podjadanie zawsze było moją zmorą. Jako młoda mama nie miałam czasu na stałe posiłki więc co 2-3 godziny robiłam rundki, do lodówki a to po jogurt, a to po banana, a to po bułkę lub batona. Może nie przyjmowałam zalecanej mi dawki kalorii na dany dzień, ale zapychałam się co chwilę rzeczami, które nic mi nie dawały. Dodatkowo, gdy przychodziły wieczory, lubiłam podczas filmu pochrupać sobie chipsy, zjeść czekoladę i (dla zdrowia oczywiście!) popić to sokiem wieloowocowym. Wyzbyłam się tego brzydkiego nawyku w taki oto sposób: zaczęłam słuchać swojego organizmu. Jestem osobą, która lubi w ciągu dnia zjeść jeden większy posiłek i całkowicie jej to wystarcza (to akurat moja obiado-kolacja). Śniadania jem średnie- najczęściej jest to koktajl (1-2 banany, 1/2 kubka jogurtu greckiego, kilka łyżek płatków owsianych lub błonnika, łyżka siemie lniane), albo serek wiejski z owocami. Śniadanie (jem około godziny 6) "trzyma mnie" do godz. 10 gdy jem pierwszą z 2 przekąsek. I tu znów był problem. Jeśli do pracy brałam mega fajne kanapki, czy coś innego co bardzo lubiłam, to najczęściej zjadałam to w pierwsze 2-3 godziny i resztę dnia głodowałam lub dojadałam czym popadło. Tak więc staram się brać ze sobą proste jedzenie i nie w dużych ilościach, bo dzięki temu racjonalnie planuję sobie kiedy pojawią się przekąski, a organizm nie panikuje, że będzie głodny. Tym też sposobem nie podjadam ;)

4. Posiłki o stałych porach.
6-10-12-16 W takich mniej więcej godzinach jem. Posiłek o godzinie 16 (czy tam 17, jeśli się trafi) spokojnie wystarcza mi już na cały wieczór. Wiem, wiem.... "Systematyczność jest trudna do osiągnięcia!" Uważam, że każdy organizm idzie wyszkolić i nauczyć o jakich porach jest karmiony. To samo stosuje się o małych dzieci- stałe pory karmienia, najczęściej co 3-4 godziny. Dzięki temu kontrolujemy swój organizm i nie wpada on w panikę, że na kolejny posiłek musi czekać 6-7 godzin. Wystarczy tydzień by organizm się przyzwyczaił, to bardzo proste.

5. Ograniczamy słodycze, fast foody, słodkie napoje...
Po miesiącu bez frytek, pizzy i lokalu na M., mój żołądek zaczął pracować zupełnie inaczej i na chwilę obecną mam duży problem z przyswojeniem takiego jedzenia. Od razu czuję się ociężała, boli mnie brzuch i kiepsko się czuję. Lubię pizzę, lubię raz na jakiś czas ją zjeść, ale dużo bardziej wolę tą którą robimy sami w domu. Kolorowe napoje wcale nie gaszą u mnie pragnienia. Słodycze nie dają kopa energetycznego tylko wręcz otępiają i spowalniają. Lubię zjeść Prince Polo lub Milkę, ale zdarza się to raz na 3-4 tygodnie. Taki ban na kategorię "niezdrowe jedzenie" sprawi, że po jakimś czasie przestaniecie nawet odczuwać chęć kupienia czekolady (bez względu na jakiej promocji jest akurat) i zaczniecie szukać innych zamienników. Zakochałam się dzieki temu w gorzkiej czekoladzie.

6. Jeden dzień luzu w tygodniu.
Myślałam, ze jak taki dzień w końcu nadejdzie rzucę się na wszystko na co miałam ochotę. Gdzie tam! Zjadłam trochę czekolady i to mi wystarczyło. Taki dzień pozwala nam jednak bez wyrzutów sumienia zjeść ciacho w cukierni, albo zabrać synka na lody. Nawet nie mamy chęci objadać się czym popadnie.

7. Inne zasady, które stosuję :)
# Nie noszę ze sobą więcej niż parę złotych na bułki i banany- dzięki temu nie kupuję ciastek i nic mnie nie kusi w sklepie (po prostu na to nie stać ;) ).
# Gdy czuję się głodna zastanawiam się czy na pewno jestem głodna (analizuję kiedy i co ostatnio jadłam, kiedy kolejny posiłek) czy przypadkiem się nie nudzę i mój organizm chce się czymś zająć. Najczęściej wtedy robię sobie kubek mięty lub zielonej herbaty i czekam co dalej się wydarzy.
# Nie tłumaczę się innym osobom, które sceptycznie patrzą na to jak się odżywiam- czemu mam się niby tłumaczyć, że nie jem słodkiego i dziękuje bardzo, ale nie zjem pączka? Osoby niepalące nie tłumaczą się przecież czemu nie palą :)
# Pamiętam, że to co robię robią dla siebie i swojego zdrowia!
# Jem tak by czuć się dobrze i być szczęśliwą. Nie katuję się i jeśli chcę zjeść pączka, to zjem, ale za to zrobię dodatkową serię ćwiczeń, albo zrezygnuję z innego posiłku.
# Nie objadam się- jeśli czuję, że głód został zaspokojony, nie jem więcej.
# Nie dojadam- ani po dziecku, ani resztek z lodówki, ani ostatniej kostki czekolady. :)
# Jeśli mam wątpliwości konsultuję się z właściwą osobą, czyli najczęściej z autorką bloga Pozytywne żywienie
# Stawiaj sobie wyzwania- miesiąc bez słodyczy to super sprawa!
# Płatki owsiane są numerem 1! Nie tylko "zapychają" na długi czas, ale też dobrze działają na nasze jelita.
# Szukaj zamienników- zamiast chipsów- sucharki, zamiast jogurtu owocowego- naturalny z owocem, zamiast czekolady- czekolada gorzka lub banan.
# Kartka na lodówce z naszymi postanowieniami bardzo mobilizuje!

Zapewniam Was, że nie chodzę głodna i sfrustrowana, bo nie mogę zjeść czekolady! Zmiana sposobu odżywiania sprawiła, że zmieniłam się też jako osoba- stałam się pewniejsza siebie, czuję, że mam o wiele większą kontrolę nad życiem, myślę pozytywnie, jestem bardziej zmobilizowana i chętniej podejmuję nowe wyzwania. Z Em Brzegowy (autorką bloga Pozytywne żywienie) ustaliłyśmy, że niestety przyjmuję ok. 500 kcal mniej niż powinnam. Ciężko jednak jest mi to zmienić z racji faktu, że nie chodzę głodna i dodatkowy posiłek jest mi trochę zbędny. Jednak, jak widzę po sobie, mój organizm ma się dobrze i niczego mu nie brakuje.


Jestem ciekawa jakie zasady wprowadziłyście w swoim życiu. Macie też taki jeden dzień luzu, a może w inny sposób poradziłyście sobie ze swoimi słabościami?

Buziaki,
Aneta

piątek, 24 października 2014

...

Demotywacja. Ostatnio wpadłam w jej sidła i nadal próbuję się z niej wyswobodzić. Wszystko zaczęło się od tego, że po tygodniu od powrotu do żłobka z chorobowego, Sławko zaczął na nowo kaszleć i mieć zatkany nos. Chociaż podawałam syrop nic nie ustępowało i udaliśmy się do lekarza. Decyzja- musi zostać w domu do końca tygodnia, nadal podawać leki.

No to kto zostanie z dzieckiem? Przyjęło się, że zostaje mama. Ale mama ma w pracy mnóstwo roboty (wysyła ofert i tak dalej), musi ktoś się nim zająć. Chociaż na dwa dni bym mogła ogarnąć sprawy w pracy. Okey, babcia się zgodziła. Ale następnego dnia nie może, bo coś wypadło. Trudno, zostaję ja. Jednak wiem, że praca czeka więc proszę by znów się zjawiła, niech da mi parę godzin i zaraz wracam do domu. Skoro takie to konieczne, to się zjawi. Na kolejne dwa dni biorę urlop, bo nie chcę znów się prosić.

Rozmawiamy potem przez telefon i pada zdanie, które gdzieś zawsze miałam z tyłu głowy, ale nigdy nie pozwalałam mu się wydostać. Mama w końcu mówi:
Zapisałaś się do tej szkoły i może ją skończysz, ale co z tego skoro nikt Cię nie zatrudni, bo masz dziecko, a ono przecież choruje.

Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mieli w swoich rodzinach ogromne wsparcie, takie, że bez względu na wszystko rodzice ich popierają, pomagają, są po ich stronie. Ja niestety bardzo często słyszałam, że nie warto, że się nie uda, że nie ma sensu się starać, że stawiam sobie zbyt wielkie cele i najlepiej iść po najmniejszej linii oporu. No i coś co uwielbiał mówić zawsze mój tata, że życie zawsze zdzieli Cię po głowie byś padł na kolana i jej nie podnosił.
Gdy zapisałam się do szkoły, podjęłam staż usłyszałam, że nic z tego nie wyjdzie i skoro nie chciałam się uczyć za młodu, to po co mi to na stare lata. Bywa to bolesne, ale dzięki temu dowiedziałam się jaka jestem naprawdę. Jak bardzo jestem silna, na ile samodzielna, jak bardzo uparta, zmotywowana, czasami zdeterminowana i czego nigdy nie powinnam mówić swojemu synowi.

Tak więc rozmowa z mamą bardzo mnie zdemotywowała. Przytaknęłam i gdy rano Sławko znów przyszedł z kaszlem, popłakałam się. Bo nagle do człowieka dociera jak teraz wygląda w oczach potencjalnego pracodawcy. W końcu tyle się mówi o mamach, które non stop biorą zwolnienia na dzieci i wykorzystują każde przeziębienie by nie iść do pracy. Nie liczyłam, że dostanę pracę na pełen etat. W końcu mam dziecko i szkołę w weekendy. Potrzebuję pracy, która pozwoli mi się uczyć i ,w razie choroby syna, pracodawca nie zwolni mnie bo muszę się nim zająć. Sławko na szczęście dużo nie choruje, ale...wiadomo jak to jest z dziećmi w żłobkach.

I od razu się odechciewa. Nawet gdy rozwiązałam zadania z rachunkowości (nie podejrzewałam nawet, ze da radę to zrobić), zaczęłam pisać trzecią pracę kontrolną, ogarnęłam dom, syna i siebie, zrobiłam obiad, wstawiłam pranie i wyniosłam śmieci- czułam się jak ktoś gorszy, słabszy, w jakiś sposób niezdatny do pełnego i normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Zaraz po tym człowiek myśli- po co mam być na diecie czy ćwiczyć jak nikogo to nie obchodzi; po co się malować jak i tak nigdzie nie wyjdę; po co w ogóle się starać.

Nigdy nie widziałam siebie jako kobiety zajmującej się tylko i wyłącznie domem oraz dziećmi. Chcę pracować, rozwijać się, uczyć, a jednocześnie spełniać się jako matka i żona. Wiem, że dam sobie radę, bo daję do tej pory. Tylko czasami potrzebuję kogoś, kto też będzie mnie wspierał, poklepie czasami po plecach, powie, że jestem w czymś naprawdę dobra, zmotywuje mnie do dalszego działania, pomoże. Podcinanie skrzydeł w niczym nikomu nie pomaga.

Buziaki,
Aneta

wtorek, 14 października 2014

Październikowe zakupy

"No to zaszalałam!", tak właśnie sobie pomyślałam gdy przytargałam do domu zakupy. Nie, nie było to nic konkretnego, nic drogiego, nic specjalnego. Zrobiłam sobie dzień dobroci dla Anety i poszłam na zakupy.



Olay Complete,emulsja na dzień dla skóry normalnej/tłustej Cena: 19,99 zł To już kolejne opakowanie tego kremu (emulsji), który zakupiłam. Bardzo ją lubię, bo dobrze nawilża i odżywia buzię, jednocześnie nie zapycha, przyjemnie pachnie, makijaż dobrze się na niej utrzymuje i nie obciąża buzi. Bardzo dobrze sprawdza się u mnie w okresie jesienno-zimowym.
Ziaja, Kuracja dermatologiczna z wit. C +HA/P Krem głęboko regenerujący na noc, profilaktyka zmarszczek. Cena: 14,99 zł Bardzo chciałam wypróbować! Po kuracji Avene moja buzia jest bardzo przesuszona, wrażliwa i skłonna do podrażnień. Zobaczymy jak się u mnie sprawdzi. BeBeauty, Odmładzający krem do rąk Cena: ok. 4 zł Dawno nie byłam tak zadowolona z kremów do rąk jak jestem z tych zakupionych w Biedronce. Nawilżają, ale nie pozostawiają na skórze lepkiej i śliskiej warstwy. Szybko się wchłaniają, skóra jest delikatna i pięknie pachnie.
Ziaja, Sensitive antyperspirant Cena: ok. 7 zł Dostałam jako gratis do zakupów. Przyjemny zapach i łagodny skład.
Ziaja, Ulga, kremowy żel myjący do twarzy i ciała Cena: 9,99 zł Kupiłam z zamiarem stosowania jako żel do mycia twarzy i po parokrotnym użyciu muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona. Bardzo delikatny zapach, ładnie zmywa twarz, nie pozostawia uczucia ściągnięcia i wysuszenia.
Ziaja, Multimodeling, balsam do siała wysmuklający Cena: 15,99 zł Na wypróbowanie. Przyjemna i lekka konsystencja, szybko się wchłania, ładnie pachnie. Czy ujędrni bądź wysmukli? Zobaczymy.
Ziaja, Maska intensywna odbudowa do włosów zniszczonych Cena: 6,99 zł Nie obciąża włosów, ładnie pachnie i....zobaczymy co z niej dalej wyjdzie.



Biovax, A+E, serum na końcówki Cena: 12 zł Miałam go już wcześniej. Ujarzmia puszące się końce włosów, wygładza je. Bardzo ładnie pachnie i nie obciąża włosów.
Ziaja, Liście zielonej oliwki Cena: 1,29zł (każda) Coś z nowości do wypróbowania.
Ziaja, maseczki z glinką Cena: 1,69 zł Uwielbiam! Nie uczulają, nie podrażniają, wpływają bardzo dobrze na moją skórę!
Ziaja Ulga Cena: 1,49 zł Coś na wypróbowanie.
Eveline, odżywka 8w1 Cena : 9,99 zł Przeszłam już przez większość odżywek z Eveline. Lubię, ale szału nie robią.
My Secret, tusz do rzęs Cena: 11,99 zł Tusz z sylikonową szczoteczką, który ładnie wydłuża i rozdziela rzęsy. W fazie testów :)
BeBeauty, lakier do paznokci Cena: ok. 4-5 zł Głęboki fiolet, bez drobinek. Ładnie kryje.



Biedroka
Koszula w kratkę za szalone 25zł- ostatnia sztuka jakieś dawniejszej dostawy.
Pasek do spodni ze skóry za 15 zł - tak samo jak koszula.
Organizer na kosmetyki- ok. 10zł



Bardzo długo szukałam fajnych butów na okres jesienno-zimowy. I znalazłam takie w Pepco! 40 zł, a jestem z nich bardzo zadowolona. Proste, bez udziwnień i bajerów. Bardzo ładnie leżą na nodze i świetnie się noszą.



W Pepco ubieramy także Sławka i ostatnio wzbogacił się on w nowe kapcie i kilka koszulek. Jednak furorę robi u niego dywan z Lidla z ulubionym przez niego motywem auta. Nie mogłam dziecku odmówić i przytargałam go do domu z torbą zakupów.

Musze przyznać, że teraz chyba przez dość długi czas nie będę musiała niczego kupować. Poszalałam i jestem przeszczęśliwa. Dajcie znać jeśli miałyście już, któreś kosmetyki z Ziaji. Jestem ciekawa jak się u Was sprawdziły!

Buziaki,
Aneta

czwartek, 2 października 2014

Systematyczność i pracowitość- kluczem do sukcesu

Co łączy Elżbietę II, Ewę Chodakowską, Emmę Watson, panią Kowalską z drugiego piętra i nas? Nasza doba ma 24 godziny. Mamy tyle samo czasu do dyspozycji co wszyscy i tylko od nas zależy co z tym czasem zrobimy, jak go zagospodarujemy i wykorzystamy.
Jako mama niemal do perfekcji opanowałam sztukę organizacji czasu. Wcześniej już byłam zorganizowana i punktualna, ale teraz odpowiadam za dużo więcej niż wcześniej i dużo więcej obowiązków spoczywa na moich barkach. Prowadzę dom, chodzę do pracy, zajmuję się dzieckiem, chodzę do szkoły i codziennie ćwiczę. Staram się pracować tak by w domu zawsze było posprzątane, ugotowane, wyprane i odkurzone. Niemożliwe? Możliwe.

Kluczem do sukcesu są tylko dwa słowa SYSTEMATYCZNOŚĆ i PRACOWITOŚĆ. Niby proste i oczywiste, ale bywa czasami ciężkie do wprowadzenia w życie codzienne.
Przede wszystkim nie dramatyzuję i nie użalam się nad sobą. Są rzeczy, które muszę zrobić i moje biadolenie nie sprawi, że same się one zrobią. Staram się pracować szybko i sprawnie, nie robię pustych przebiegów, nie przerywam pracy by siąść na FB czy inny portal społecznościowy. Nie odkładam pracy na potem, na jutro, za tydzień- robię teraz.

Przykład z życia codziennego:
Codziennie rano zmywam (to co zostaje ze śniadania lub z wieczora), ogarniam mieszkanie, odkurzam, myję ubikację i łazienkę. Dzięki temu po powrocie z pracy nie muszę tego robić. Wieczorem, gdy szykuję synka do kąpieli, również ogarniam mieszkanie i trwa to może z 10 minut. W środy myję podłogi w całym mieszkaniu, ścieram kurze. W czwartki lub piątki wstawiam pranie. Dzięki temu w sobotę domowe obowiązki zajmują mi naprawdę minimum czasu. Gdy mały kładzie się spać poświęcam 15-20 minut na ćwiczenia. 1-2 razy w tygodniu wieczorami zajmuję się sprawami szkoły- notatki, przypomnienie materiału.

Może wydawać się, że cały czas coś robię (bo tak to też wygląda z mojej strony), ale dzięki temu z niczym nie zostaję "na potem". Czasami nie mam siły, jestem zmęczona, po prostu mi się nie chce. Daję sobie wtedy trochę luzu, ale nie mogę zasiąść na kanapie z paczką chipsów na parę wieczorów, bo nie dość, że pójdą one w tyłek to jeszcze nic pożytecznego z tego nie wyjdzie. Jeśli odpuszczę sobie naukę teraz potem będę mieć tyły; może nic się nie stanie jak raz nie pozmywam, ale potem nie będzie czystych łyżeczek; pranie poczeka parę dni, ale co ze skarpetkami na zmianę; jeśli teraz zjem dużą Milkę i zapiję Coca Colą, to stracę to o co walczyłam tyle czasu....

Nie jest cały czas łatwo. Wiele razy czułam się (i często nadal czuję) jakbym w ogóle nie była doceniana za to co robię. Postanowiłam jednak już wcześniej, że stworzę mojej rodzinie dom z zawsze ciepłym obiadem i czystymi skarpetkami więc nie mogę marudzić. Lubię mieć czas zaplanowany do ostatniej minuty, lubię mieć dużo rzeczy do zrobienia i nie tracę wtedy głowy. Czasami nie mam chwili dla siebie- na maseczkę, paznokcie, peeling ciała czy normalny makijaż z cieniami do powiek włącznie. Wtedy robię day off i włączam tryb "Myśl o sobie". Mogę sobie pomarudzić jak to mnie wysypało na buzi, albo zafarbować włosy, nałożyć odżywkę na paznokcie, bo lakieru nie używałam już od wieków.
Cały czas staram się utrzymać równowagę pomiędzy pracą, domem, szkołą i byciem kobietą. Nie jest to łatwe, ale chyba zostałyśmy stworzone do takich zadań. Taka organizacja czasu pozwala na ogarnięcie chaosu, sprawia, że posiadamy większa kontrolę nad życiem i dzięki temu jesteśmy dużo spokojniejsze. Uczymy się wygospodarować czas na wszystko i to jest w tym fajne. Znajdujemy w sobie dużo siły i same się motywujemy. Bo gdy jesteśmy zajęte łatwiej trzymać nam dietę i pilnować ćwiczeń, bo nie myślimy o słodyczach;)


Jestem ciekawa jak jest u Was. Posiadacie jakieś plany? Harmonogramy zajęć? U mnie na lodówce wisi lista postanowień co do diety i działa naprawdę motywująco :)

Buziaki,
Aneta

piątek, 26 września 2014

Małymi krokami do celu

"Nie myśl o tym, jak długą drogę masz przed sobą. Nie mierz odległości między startem a metą. Takie rachuby powstrzymają cię przed zrobieniem następnego małego kroczku. Jeśli chcesz zrzucić 20 kilogramów, zamawiasz sałatkę zamiast frytek. Jeśli chcesz być lepszym przyjacielem, odbierasz telefon, zamiast go wyciszać. Jeśli chcesz napisać powieść, siadasz i zaczynasz od jednego akapitu. Boimy się poważnych zmian, ale zazwyczaj mamy dość odwagi, żeby zrobić następny, właściwy krok. Jeden niewielki krok, a potem kolejny. To wystarczy, żeby wychować dziecko, zdobyć dyplom, napisać książkę, spełnić swoje najśmielsze marzenia. Jaki powinien być Twój następny, właściwy krok? Nieważne, o co chodzi – po prostu zrób to."
Regina Brett "Bóg nigdy nie mruga"

Doskonale wiem jak ciężko jest wyjść ze swojej bezpiecznej strefy komfortu. Podświadomie trzymamy się tego co jest nam znane, bezpieczne, przewidywalne. Jako młoda mama wiele razy przyłapałam się na myśleniu, że może faktycznie powinnam zostać w domu z dzieckiem przez najbliższych parę lat. Nie było to spowodowane ogromem matczynej miłości (tego u mnie oczywiście nie brakuje), ani ogromnymi zarobkami męża (takowych nie posiada) czy poczuciem powołania do wyłącznego prowadzenia domu i wychowywania dzieci. Po prostu się bałam. Bałam się czy w ogóle nadaję się jeszcze do pracy, a strach ten potęgowało to co wiele razy usłyszałam w poprzedniej pracy.

Moja poprzednia praca zakończyła się tym, że wróciłam do domu zapłakana i zrozpaczona. Przeszłam wtedy na zwolnienie lekarskie z racji ciąży i usłyszałam od góry, po raz kolejny, że kompletnie nie nadaję się na stanowisko, które obejmuję, że wolałaby by inna osoba na nim była, ale ona nie chciała się tego podjąć. I chociaż współpracownicy stali po mojej stronie góra miała swoje zdanie, swoja ulubienicę i cokolwiek bym nie zrobiła było złe, nie dość dobre, a mówienie o zwolnieniu mnie było czymś kompletnie normalnym.

Tak więc miałam prawo zastanawiać się czy w ogóle nadaję się do pracy. Bałam się strasznie, ale doszłam do wniosku, że nie mogę bać się całe życie. Miałam w papierach udokumentowane stanowisko musiałam to wykorzystać najlepiej jak potrafię. Postanowiłam w siebie zainwestować, postanowiłam zdobyć wiedzę i umiejętności, które dodatkowo pomogą mi w przyszłej pracy. Nie było łatwo podjąć taką decyzję. Już ostatnio doświadczyłam pierwszych problemów- chciałam przepisać swoje notatki, powtórzyć materiał, ale mój syn postanowił urządzić 30 minutowy koncert spazmatycznych krzyków. Miałam ochotę rzucić wszystkim w kąt...

Spoglądam jednak w stronę mety. Nie myślę o egzaminach, o 2 latach wyrzeczeń i potencjalnych utrudnień, o tym, że będę po nocach siedzieć i powtarzać materiał. Skupiam się na celu- skończę szkołę i znajdę fajną, dobrze płatną pracę, która pozwoli mi się rozwijać i spełniać kolejne cele. Nie dam się znów stłamsić i wmówić, że jestem gorsza, że nie daję sobie rady.

Tak samo patrzę na sferę odchudzania i walki o ładną sylwetkę. Małymi kroczkami, systematycznie. Pilnuję tego co jem, codziennie 10-15 minut ćwiczę, nie podjadam i przestrzegam jeszcze paru zasad, które sama sobie wyznaczyłam.
Staram się znaleźć równowagę we wszystkim, zorganizować swój czas tak by nie marnować ani chwili. Nie jest łatwo, czasami mam dość. Dobija mnie fakt koszmarnego stanu mojej cery czy niewyspanie, ale codziennie wstaję o 6tej i robię swoje.

To ode mnie zależy czy dojdę do mety, czy odniosę sukces. To, że jestem mamą i żoną, nie oznacza, że jakieś furtki są dla mnie pozamykane. Dopiero teraz czuję, że mogę osiągnąć w życiu wszystko to czego pragnę, że nic nie stoi na przeszkodzie. Jestem i muszę być silna. Marudzenie i narzekanie nie sprawi, że coś się w naszym życiu zmieni. Chociaż ostatnio dość często słyszę pytania typu "Czy Tobie się chce?" nie pozwalam im wcisnąć się w moją głowę. Trzymam się swoich celów i swojej ścieżki. Patrzę w stronę mety i nie mogę się doczekać kiedy na niej stanę.


Buziaki,
Aneta

czwartek, 18 września 2014

27 wiosen temu

Pamiętam jakby to było wczoraj gdy koleżanki przyjechały do mnie na 18-stkę i dostałam w prezencie flagę Green Day. Pamiętam jak kiedyś od babci dostałam granatową piłkę do koszykówki, od dziadka wymarzoną pluszową wiewiórkę, którą nazwałam Szarka. Pamiętam jak moja mama wróciła do domu w dniu moich urodzin z moim pierwszym bratem, miałam 3 lata. Jak 3 lata temu zaręczyliśmy się z moim obecnym pierwszym mężem.

Czas leci....
27 lat temu o 00.05 w nocy na świat przyszłam Ja. Rodzice nie planowali nadać mi imienia Aneta. Mieli całą listę imion- w tym Diana (?!)- ale jakoś wyszło Aneta. Z tego co mówiła kiedyś mama, to tata mój miał znajomą o tym imieniu. Podobno była bardzo ładna, ale wredna. Wredota mi chyba się udziela czasami ;) Babcia chciała bym nazywała się Irena, po cioci, ale rodzice nie ulegli.

Jestem zodiakalną Panną, czyli poświęcam się rodzinie- sprzątam, gotuję, piorę i jestem Matką Polką. Zaś w chińskim horoskopie jestem kotem (ewentualnie królikiem), czyli zawsze spadam na cztery łapy, chodzę swoimi ścieżkami i takie tam. W numerologii zaś jestem 7, czyli magia totalna, a "kosmicznym zobowiązaniem jest wniesienie w nasz świat oraz pokazanie ludziom swojej duchowej i filozoficznej koncepcji życia. Przekazując innym swoja własną mądrość czynią ich świadomymi własnych więzów z Wszechświatem." Dziwię się, że do tej chwili nie dostałam listu z Hogwartu.

Na drugie mam Mirela, ale to wina taty, tak przynajmniej mówi moja mama (bo to imię po niej). Nie wybrali mi drugiego, a tata w urzędzie stwierdził, że mama na pewno się ucieszy jak to wybierze. Nie ucieszyła się.

Na chwilę obecną i 27 lat mam:
- 1,5 rocznego cudownego i wymarzonego syna Sławomira,
- 2 lata małżeństwa za sobą,
- (prawie) 5 lat związku z fantastycznym facetem, za którego wyszłam,
- rozpoczęłam 2-letnią szkołę jako technik rachunkowości i sekretarka (ta jest roczna),
- jestem na stażu, a w listopadzie rozpoczynam poszukiwania nowej pracy,
- 70kg przy 176 cm wzrostu,
- telefon, który żyje własnym życiem (przydałby się nowy),
- zdecydowanie zbyt mało snu i czasu dla siebie,
- za dużo kosmetyków kolorowych, których nie używam,
- niezłą kolekcję ubrań z Lidla ;),
- tysiące myśli w głowie,
- wrażenie, że na pewne rzeczy jestem "za stara".



Nigdy nie przepadałam za urodzinami. Z racji tego, że między urodzinami moimi a mojego brata są ledwie 4 dni, robiono nam imprezy łączone. Tak więc goście przyjeżdżali na pierwsze urodziny (czyli mojego brata), składali mi życzenia, a gdy przychodził mój dzień dzwoniła tylko babcia. Tak, mam z tego powodu jakiś uraz do urodzin, niestety. :)

Mam nadzieję, że jakoś dobrnęliście do końca. Dziś na luzie, z dystansem, z marudzeniem i leniwie. A co! Dziś mogę :)

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 8 września 2014

Ulubieńcy ostatnich tygodni

Przedstawię Wam dziś parę ulubionych kosmetyków (i nie tylko), które ostatnimi tygodniami zawładnęły moim sercem.
Jeśli chodzi o makijaż- stosuję minimum, czyli korektor pod oczy, na to puder, cień do brwi, tusz do rzęs i róż na policzki. Nic więcej, bo moja skóra ostatnio jest tak kapryśna, że boję się cokolwiek na nią nałożyć.



Be Beauty, Balsam do stóp i paznokci Cena: ok. 3 zł 75ml Gęsty balsam, który bardzo dobrze nawilża moje stopy. Mam problem z suchą i zrogowaciałą skórą. Uwielbiam nakładać grubą warstwę tego balsamu, na to skarpetki, a rano moje stopy są miękkie i dobrze nawilżone. Bardzo fajny produkt w przystępnej cenie, chociaż małym opakowaniu.
Essence, tusz do rzęs Multiaction Cena: ok. 10 zł 9ml Produkt już dość sławny. Prosta szczoteczka bez jakichkolwiek udziwnień, a jednak ładnie wydłuża i rozdziela rzęsy. Nie mam problemów by tusz się z czasem osypywał, ale po ciężkim dniu lubi zostawiać mi ciemne ślady na dolnej powiece. Jednak bardzo go lubię.
Biovax, A+E serum wzmacniające Cena: ok. 10 zł 15ml Produkt wzmacniający i wygładzający końcówki włosów. W poręcznym atomizerze znajduje się kosmetyk o przyjemnym zapachu, który nakładamy na mokre bądź suche włosy. Problem z puszeniem się końcówek włosów został u mnie na jakiś czas w miarę zażegnany. Przy użyciu prostownicy włosy nadal są miękkie i gładkie. Be Beauty, róż do policzków Cena: ok. 10 zł Delikatny brudny róż o lekko satynowym wykończeniu, bez drobinek sprawia, że buzia zyskuje świeży, dziewczęcy koloryt. Możemy stopniować sobie intensywność koloru. Ściera się równomiernie w ciągu dnia.
Soraya, Nawilżanie&Dotlenianie krem wygładzający pod oczy Cena. ok. 13 zł 15ml Krem działa przeciwzmarszczkowo i nawilżająco. Nie posiadam jeszcze większych zmarszczek w okolicach oczu by ocenić to pierwsze działanie, ale na pewno nawilża skórę, nie podrażnia jej i ładnie się wchłania. To moje drugie opakowanie i naprawdę cenię sobie jego działanie.
Essence, Stay all day korektor ok. 14 zł 7ml Korektor, który stosuję na cienie pod oczami i niedoskonałości. Kremowa konsystencja, bardzo ładnie kryje i stapia się z kolorem skóry, przypudrowany utrzymuje się prawie cały dzień, nie ciemnieje, nie wchodzi w załamania w okolicach oczu, nie ma drobinek. Przyjemny aplikator w postaci gąbeczki.

Teraz pora na coś niekosmetycznego.
Niestety nie mam czasu na seriale, ale chcąc nie chcąc zaczęłam z mężem oglądać 4 sezon SUITS i .... wpadłam po uszy. Teraz staram się, na ile oczywiście czas pozwoli, nadrobić zaległości poprzednich sezonów. Gdy już minął mi zachwyt nad błyskotliwością i urokiem Harvey`a zachwyciłam się postaciami kobiet pokazanych w tym serialu. Z przyjemnością zamieniłabym się na szafy z Rachel lub Donną. Nie będę ukrywać, że serial działa na mnie jak całkiem niezły motywator. Po paru odcinkach byłam już prawie całkowicie pewna, że osiągnę wszystko czego chce i nie dam sobie znów wejść na głowę. Rachunkowość nie jest mi już straszna, a kariera stoi przede mną otworem! I takie motywacje powinny być dostarczane wszystkim ludziom.



Piosenka, która mnie zachwyciła totalnie.


I to by było chyba na tyle. Wspomnę jeszcze przelotem, że DZIKI JÓZEF nadal jest moją torebką numer 1 i chyba nic tego nie zmieni przez długi czas. I.D.E.A.L.N.A. Recenzja TUTAJ!

Buziaki,
Aneta

sobota, 23 sierpnia 2014

Ja nie gdybam. Ty nie gdybaj.

"Gdybanie", to taki nasz ulubiony sport. Lubimy sobie pogdybać, bo daje nam to poczucie posiadania mniejszej kontroli nad naszym życiem (wszystko w końcu zapisane jest w gwiazdach, za wszystko odpowiada los czy w co tam kto wierzy), bo możemy w ten sposób ponarzekać na swoje życie jeśli akurat coś nie układa się po naszej myśli, bo mamy na co zrzucić winę, bo lubimy się się nad sobą użalać. Ilu z nas kładzie się do łóżka i w głowie analizuje każdą rozmowę by wymyślić jak najbardziej ciętą i błyskotliwą ripostę? Albo zastanawia się czy gdyby wykonało inny ruch jego życie nie wyglądałoby lepiej i ciekawiej?

Nie wiem co by było gdybym w gimnazjum powiedziała pewnemu Pawłowi, że jestem w nim zakochana; w liceum bardziej przykładała się do niemieckiego; udała się na studia zaraz po maturze; wyjechała z małej wioski i rzuciła się na głębiny wielkiego miasta... Przez długi czas miałam do siebie pretensje w związku z pewnymi podjętymi decyzjami, które nie zawsze były dla mnie korzystne. Roztrząsałam każde zdarzenie, każdą myśl, każde słowo. Zastanawiałam się co by było gdyby....

No co?
Czy moje życie jest zależne od tego czy w gimnazjum postąpiłam tak a nie inaczej? Czy gdybym zdecydowała się na wyjazd do wielkiego miasta, to w tej chwili w łóżeczku w drugim pokoju spałby mój syn? Czy jeśli poużalam się nad sobą, to jutro moje życie będzie dużo lepsze? No nie.

Dajmy więc sobie w czasie gorszego dnia taki kwadrans, 15 minut na to by poużalać się nad sobą, pogdybać, ale potem przestańmy się mazać i do roboty. Wierzę, że nasza przeszłość ukształtowała nas i postawiła w tej sytuacji, w której znajdujemy się teraz. Od tej chwili wszystko jest w naszych rękach, podejmujemy nowe decyzje, stawiamy nowe kroki. Każdy dzień to nowa czysta kartka, którą możemy zapisać po swojemu. I tak jak nie mamy możliwości wprowadzania zmian w naszej przeszłości, tak możemy pracować w teraźniejszości by kształtować naszą przyszłość.

Jeśli nie jesteśmy zadowoleni z naszej pracy, chcielibyśmy zarabiać więcej- zmieńmy pracę lub znajdźmy dodatkowe zajęcie. Zaraz ktoś powie, że teraz o pracę ciężko, że trzeba mieć znajomości i licho wie jakie wykształcenie bla, bla, bla... Skoro tyle osób potrafi całkiem nieźle zarabiać, no to widać idzie. A wykształcenie to kwestia poświęcenia trochę czasu na naukę i tyle. Jeśli nie odpowiada nam nasza figura, to użalanie się nad tym wcale nie sprawi, że schudniemy i wejdziemy w rozmiar 36. Wszystko możemy zmienić. Tapety w moim mieszkaniu nie zostały położone raz na zawsze więc tak samo mogę myśleć w swoim życiu.

Gdybając nie przywrócimy sobie utraconych szans, a prawdę mówiąc gdybyśmy znów stanęły przed podjęciem tych decyzji, to zrobiłybyśmy tak samo, bo nie znałybyśmy dalszych konsekwencji. Gdybanie zamyka nam umysł i możliwość racjonalnego oceniania sytuacji, możliwość dalszego rozwoju. Zastanów się czy w tej chwili jesteś szczęśliwa. Jesteś? Super! Nie? Co Cię unieszczęśliwia, nazwij to. Co chciałabyś osiągnąć, zmienić? Co musisz zrobić żeby to zmienić? A teraz działaj! Gdybanie nie zrobi niczego za Ciebie, nie pomoże Ci zmienić pracy, schudnąć, zmienić coś w sobie. Tylko Ty możesz ruszyć do przodu!



A jedyne nad czym teraz zdarza mi się gdybać, to ewentualnie kwestie rachunków po wyjściu ze sklepu. Ot, czy za dużo nie wydałam ;)

Buziaki,
Aneta

środa, 20 sierpnia 2014

Żłobiarz Sławomir

Gdy Sławko miał 6 mc złożyliśmy w żłobku wniosek o jego przyjęcie. Był to listopad 2013 roku i powiedziano nam wtedy, że z racji dużej ilości dzieci przyjęcie Młodego będzie możliwe w okolicach września 2014 (!). Wtedy wizja oddania naszego pierworodnego w ręce obcych ludzi była dla mnie tak straszna, że dostawałam dreszczy na sama myśl o tym, a w głowie odliczałam miesiące do sądnego dnia gdy go przyjmą.
Pod koniec marca Sławko obchodził swoje pierwsze urodziny, a w mojej głowie kwitła myśl o pójściu do pracy i do szkoły. Tylko co z dzieckiem? Kto się nim zajmie? Czy jestem złą i wyrodną matką, bo chcę się rozwijać i iść dalej? Mną targały rozterki, a mąż molestował telefonicznie sekretariat żłobka (jedynego zresztą w naszym 100tys mieście) z pytaniem czy już coś się zwolniło.

Pod koniec czerwca zadzwonili- jest miejsce! Radość w domu totalna i tylko Młody nie wiedział o co chodzi. Nie powiem by był zachwycony faktem, że mama i tata oddają go na parę godzin obcym ludziom i bandzie dzieciaków. Pierwsze trzy dni chodził tylko na parę godzin, odbierany był po obiadku, a przed drzemką. Później 4 dni chorował i znów musiał chodzić w skróconej wersji do żłobka. Płacz przy oddawaniu, płacz przy odbiorze. Zaczęły się nocne spacery do naszego łóżka (mały śpi w oddzielnym pokoju), potrzeba ciągłego przebywania z nami, ataki płaczu i wrzasków, szczypanie i bicie. W żłobku nie chciał spać i pod koniec dnia zaczynał być nieznośny z powodu zmęczenia. No istny dramat i nawet przez moment zastanawiałam się czy nie zrezygnować z pracy i nie zostać w domu by zajmować się synem do czasu aż pójdzie do przedszkola.

Po miesiącu wszystko się zmieniło. Sławko, dzięki żłobkowi, nauczył się samodzielnego zasypiania w łóżeczku; pije przez słomkę; dużo więcej mówi, naśladuje różne wyrazy, wydaje melodie; stał się bardziej samodzielny i odważny w kontaktach z ludźmi. Teraz wystarczy powiedzieć rano, że idziemy do dzieci, a on już stoi przy drzwiach z bucikami w ręce. Opiekunki nie mogą się go nachwalić, wszystko zjada z apetytem (jadłospis w żłobku robi wrażenie!), grzecznie się bawi z innymi dziećmi, zaczął normalnie sypiać, nie ma już płaczu.

W domu też jest spokojniej. Chociaż ostatnio zauważyłam, że Młody dużo więcej je i cały czas stoi pod szafką by dostać herbatnika lub biszkopta. Próbuje już narzucać swoją wolę albo coś wymusić jednak my jesteśmy nieugięci. Muszę przyznać, że jestem dumna z mojego syna. Po tych dwóch miesiącach widzę jak dobrze zaistniała sytuacja na niego wpłynęła, jak dobrze się rozwija. W domu nie mogłabym mu zapewnić takiego kontaktu z rówieśnikami, możliwości wykazania się, zdobywania nowych umiejętności. A to, że pewnie nie raz jeszcze zachoruje? Cóż, jeśli nie będzie chorował teraz to pewnie nastąpi to w przedszkolu lub szkole. Chorowanie jest rzeczą normalną, a jak na razie mamy już miesiąc bez przeziębienia.

Nie zastanawiam się nad tym czy jestem złą mamą, bo oddaję dziecko do żłobka. Myślę, że każdy z nas ma swój rozum i robi dla swojego dziecka to co uważa za najlepsze. Ja nie chodziłam do żłobka, mój mąż tak i oboje jesteśmy całkiem normalnymi ludźmi. Dla mnie żłobek, to nie zło konieczne- to szansa. Szansa zarówno dla dziecka jak i dla rodziców.


Buziaki,
Aneta

środa, 13 sierpnia 2014

Dziki (jest ten) Józef

Dziki Józef trafił do mnie jako prezent od męża z okazji drugiej rocznicy ślubu. Chciałam by torba, na którą się zdecyduję, była przede wszystkim trwała, pojemna, o klasycznym i ponadczasowym wyglądzie, a dodatkowo będzie pasować do tego co noszę. Przeglądałam wiele stron internetowych w poszukiwaniu tej jedynej i niepowtarzalnej, aż w końcu przypomniałam sobie post MizzVintage, która pokazywała piękną torebkę KLIK KLIK. Tak trafiłam na Józefa. I....zakochałam się.



Zdecydowałam się na model HOR_SATIN - jest to sztywna czarna satynowa torba wykonana ze skóry o wymiarach 39x34x11. Przez moment zastanawiałam się czy nie wybrać tej większej, ale po przejrzeniu paru blogów gdzie prezentowano mniejszą wersję doszłam do wniosku, ze ta będzie dla mnie najodpowiedniejsza.
Torba posiada piękne tłoczenia na spodzie i froncie, okucia w kolorze srebra i zabezpieczenia na rogach Nie zobaczycie odstających nitek na szwach, rozchodzącego się kleju czy luźnych ćwieków. Wszystko wykonane jest z ogromną precyzją.



Torebka jest jednokomorowa, nie posiada zamka ani zatrzasku (co dla niektórych może być problemem), ma kieszeń na telefon komórkowy i smycz (genialny gadżet!) na klucze. Chyba tą smyczą jestem najbardziej zachwycona- wreszcie nie muszę szukać kluczy po torebce, bo wszystkie mam w jednym miejscu. Nie przeszkadza mi także kwestia braku zamka gdyż najczęściej rzeczy po prostu wrzucam szybko do torby, a komunikacją miejską nie podróżuję więc w razie czego portfel wrzucam na dno torby i tyle.



Józek idealnie sprawdzi się gdy we wrześniu rozpocznę naukę, bo bez problemu załaduję do środka zeszyty czy książki. Solidne wykonanie sprawia, że jestem spokojna o jej wytrzymałość. Nie martwię się też czy torebka pasuje do tego co mam na sobie. Model, na który się zdecydowałam, jak i cała seria- pasuje po prostu do większości stylizacji.
Koszt takiej torby wynosi z przesyłką to 320 zł. Jest to inwestycja na kilka lat i myślę, że warto odłożyć sobie pieniążki by sprawić sobie taki prezent. Tym bardziej jeśli nie lubicie, tak jak ja, mieć dużego zbioru torebek.
Na stronie http://dzikijozef.pl możecie zobaczyć inne modele oferowane przez firmę. Za każdym razem, jeśli chcecie poznać cenę produktu, musicie skontaktować się z firmą, ale meile zwrotne z odpowiedzią przychodzą bardzo szybko.

Muszę przyznać, że jestem totalnie oczarowana moim Dzikim Józefem. Teraz mogę nie zaprzątać sobie głowy torebkami przez kilka najbliższych lat. No chyba, że za jakiś czas znajdę w ich ofercie coś równie atrakcyjnego.

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zapuszczalus Pospolitus

Mam tendencję do sezonowego zapuszczania się. Jako Matka Polka podświadomie sądzę, że im większą męczennicę z siebie zrobię i im bardziej się zaniedbam tym lepszą jestem matką. Tak więc w sobotę zmywam resztki odżywki z paznokci (i tak mało co jej tam zostało po tygodniu czasu), nie nakładam maseczek na włosy (bo nie mam przecież kiedy), twarz błaga o peeling (jutro, jutro...), legginsy "domowe" nadają się już tylko do kosza, a paznokcie u stóp maluję raz w miesiącu, a później tylko dokładam lakier (brrrr...napisane brzmi to gorzej niż jak o tym pomyślę...).

W mojej kosmetyczce nie znajdziecie "nowości", w łazience mam balsam do biustu, którego nie nakładam, w szafie mam nówki nieśmigane spodnie dresowe, których nie noszę, bo mi szkoda, a kucyk, to najlepsza forma uczesania. Pracą i prowadzeniem domu zasłaniam się i tłumaczę fakt, że nie mam czasu dla siebie. Acha, no i jeszcze dzieckiem.

Tylko czemu innym mamom mogę śmiało i pewnie mówić, że wszystko idzie pogodzić, dlaczego w to święcie wierzę, a sama czasami tak łatwo się gubię? Chyba tak po prostu łatwiej. Chyba łatwiej jest wciągnąć jeansy i narzucić byle jaką bluzkę, niż układać jakąś stylizację na dany dzień. Łatwiej nałożyć tylko korektor pod oczy i tusz do rzęs niż wykonać cały makijaż. Kupuję lakier do paznokci chociaż wiem, że pewnie nawet go nie użyję albo użyję tylko raz, ale chociaż przez moment poczuję się kobieco.

Czasami mówię sobie, że nawet nie warto się starać, bo zaraz dziecior przyjdzie i wytrze w moje spodnie ręce obklejone bananem, bo mąż nawet nie zwróci uwagi na makijaż, bo nic się nie stanie jak sobie odpuszczę. No tak, nic się nie stanie. Tylko po jakimś czasie w końcu padnę na łóżko i poczuję się totalnie beznadziejnie, będzie mi źle ze sobą samą, będę niczym ten Dementor wysysający szczęście i radość z innych. To nie jest fajne.

Dlatego dziś w końcu zdjęłam z szafy Dzikiego Józefa, którego podarował mi mąż, ubrałam się do pracy znośnie, ba! nawet narysowałam sobie kreski eyelinerem. Potem zastanowiłam się co zakupię z nowej oferty Lidla (See You In London już wkrótce wchodzi do oferty - btw), pomyślałam co trzeba uzupełnić z kolorówki i... Jakoś się ogarniam.

Bo nic mi nie da siedzenie i czekanie na cud, sama muszę te "cuda" sobie sprawiać i nad nimi pracować.


Buziaki,
Aneta

wtorek, 29 lipca 2014

Batiste- suchy szampon

Należę do tych osób, które wolą rano wstać 15 minut wcześniej i umyć włosy niż bawić się suchym szamponem. Jednak gdy w słynnej już Biedronce pojawił się suchy szampon BATISTE (wielbiony na YT i innych blogach) pomyślałam, ze fajnie byłoby go wypróbować. W moje ręce trafiły dwie wersje- klasyczna i o zapachu kwiatowym.

Jak na razie używałam tylko klasycznej, ale podejrzewam, że od tej drugiej różni się tylko zapachem. Poprawcie mnie jeśli się mylę.



Jeśli chodzi o moje wrażenia co do tego produktu, to rozumiem, że wielu osobom przypadł on do gustu, ale u mnie niestety szału nie robi i nadal wolę normalnie umyć włosy.

ZALETY:
+ zapach nie jest duszący i szybko się ulatnia dzięki czemu w małej łazience nie robimy sobie komory gazowej,
+ nie bieli włosów, nie widać go na włosach po zastosowaniu,
+ faktycznie wchłania sebum i włosy wyglądają lepiej,
+ bardzo ładne opakowanie,
+ całkiem wydajny, używałam go kilkakrotnie i jeszcze go mam.

WADY:
- nie zauważyłam by moje włosy były uniesione i puszyste, ale mają one tendencję do bycia 'oklapniętymi' więc nie zwalam tego na szampon :),
- włosy stały się matowe,
- po zastosowaniu i tak musiałam spiąć je w kucyk (lub inną fryzurę), bo niestety nie uważam by nadawały się by wyjść w rozpuszczonych,

Jak pisałam wcześniej, nadal jestem zwolenniczką zwykłego mycia włosów, jednak gdy jesteśmy na wakacjach, albo musimy gdzieś szybko wyjść i chcemy trochę odświeżyć nasze włosy produkt ten sprawdzi się bardzo dobrze.
Parę razy użył go tez mój mąż i stwierdził, że niezbyt przypada mu do gustu. Rozumiem jednak, że ma on wiele zwolenniczek, bo Batiste to szampon godny uwagi i przetestowania.

Używacie suchych szamponów? Lubicie je? Jakie są Wasze wrażenia?

Buziaki,
Aneta

sobota, 26 lipca 2014

10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w pierwszym roku macierzyństwa

Podobne notki widziałam już na paru innych blogach i bardzo mi się spodobały. Cóż, pierwszy rok jest podobno najgorszy, później już jakoś to leci. Co mnie zaskoczyło? Zapraszam!

1. Sen jest dla słabych!
Podobno macierzyństwo to eksperyment mający na celu udowodnić, że sen jest zbędny. Coś w tym jest! Pierwszy rok, to były u nas pobudki co 1,5-2 godziny na karmienie. Miałam wrażenie, że nie śpię w ogóle. Dosłownie padałam na łóżko by zaraz wyczołgać się z niego i dowlec do małego ryczka w łóżeczku. Gdy ktoś mówił "Macierzyństwo Ci służy!" odpowiadałam "Służy, to mi korektor pod oczy".

2. Terror cyckowy.
MUSISZ karmić piersią, bo to najlepsze! NIE MOŻESZ podać butelki, bo dziecko się przyzwyczai (od razu jak tylko dotknie jego ust!) i nie będzie chciał Twojego mleka! NIE MOŻESZ jeść wszystkiego! Dziecko MUSI być non stop przy Tobie, bo w końcu karmisz! Karm jak najdłużej! MM, to pasza, a nie jedzenie dla dziecka!
I w tym wszystkim JA- wyczerpana psychicznie, fizycznie, bolała, głodna, zmęczona, zapłakana, ale- karmiąca. Karmiłam 13mc, nie wiem czy powinnam być z tego dumna (nie czuję się dumna), wiem, że gdy zaczęłam odstawiać poczułam się lepiej. Ale przede wszystkim- niech nikt nie wtrąca się między moje piersi a moje dziecko.

3. Jesteś skazana na siebie.
Zazdroszczę tym, którym w opiece nad dzieciaczkiem pomagają babcie, ciocie i wujkowie. Ja zostałam sama. Mąż w pracy cały dzień, a ja z maluszkiem. Dostawałam do głowy, naprawdę. Wchodzisz pod prysznic- płacze, idziesz siku- płacze, jesz- płacze. No i tak sobie siedzieliśmy i płakaliśmy oboje.

4. Wszyscy wiedza najlepiej.
Jak karmić, czym karmić, jak ubierać, jak trzymać, jak się bawić, co mówić itp. itd. Najwięcej do powiedzenia mają osoby, które dzieci nie mają. No i otoczenie czuje ogromna potrzebę udzielenia mi rad, bo ja na pewno nic nie wiem, nic nie czytam i w ogóle nie wiem co z dzieckiem robić.

5. Nie ma miejsca gdzie nie możesz pójść z dzieckiem.
Sławko był ze mną chyba wszędzie. U ginekologa, w sklepie na dużych zakupach, na poczcie, w aptece, przy wyrzucaniu śmieci, na zakupach ubraniowych. Do tej pory pamiętam sytuację jak targałam po schodach wózek z dzieckiem na ręku i nikt nie wykazał się chęcią pomocy. Jedyne co mnie mogło ograniczyć, to podjazd dla wózków.

6. Baby blues.
Ciężka i smutna sprawa. Pisałam o nim TUTAJ. Dopadło i mnie, i chyba tak naprawdę odeszło gdy odstawiłam małego od piersi i zaczęłam chodzić do pracy. Myślę, że wciąż za mało się o tym mówi, a mamy dostają za małe wsparcie w tym momencie.

7. Śpij wtedy gdy śpi dziecko.
Spałam i żyję! Mój dom także się trzyma :) Drzemki w ciągu dnia ratowały mnie przed kompletnym ześwirowaniem. Do tej pory gdy mały śpi poświęcam ten czas sobie. Należy mi się :)

8. Pogadajmy o....pieluchach....
Przy dziecku kompletnie wypadłam z obiegu. Nie znam się na najnowszych filmach, wschodzących gwiazdach, muzyce i książkach. Przez rok było dziecko i tylko o nim umiałam mówić -jeśli już znalazłam kogoś kto chciał mnie słuchać. Teraz jeszcze się na tym łapię.

9. Seks? A co to?
Libido- dno i metr mułu. Kładłam się do łóżka z myślą o zaśnięciu, a najbardziej kręciło mnie jak ktoś za mnie pozmywał lub przebrał małego. No niestety....

10. Nic mnie nie ruszy!
SuperMatka- niepokonana, niezłomna, z masą niekończącej się energii. Nie ważne jak bardzo zmęczona, zawsze się podniesie. Nie ważne co stoi na przeszkodzie- nigdy się nie podda. To chyba najlepsza rzecz jaką dało mi macierzyństwo ;)



A Was co zaskoczyło?

Buziaki,
Aneta


PS. Przyjmijcie notkę na luzie! Oczywiście kocham swoje dziecko i cieszy mnie bycie mamą, ale ciemne strony macierzyństwa również istnieją ;)

czwartek, 24 lipca 2014

Wakacyjnie :)

Nie spodziewałam się, że wakacje z dzieckiem są tak...męczące. No niestety... Może z czasem będzie lepiej.
Zdecydowaliśmy się spędzić parę dni na polskim morzem i wybraliśmy okolice Stegny. Mieliśmy niesamowite szczęście jeśli chodzi o pogodę, bo non stop dopisywało słońce. Plaże nie były przeludnione i mogliśmy znaleźć naprawdę fajną miejscówkę blisko morza gdzie nie doskwierały tak bardzo upały.

Postanowiliśmy jechać nocą by Sławko przespał podróż, była to bardzo dobra decyzja. Mały zniósł podróż świetnie i na miejscu był już skory do zabawy. Nie braliśmy też całego ekwipunku- w końcu pampersy zawsze można kupić na miejscu, tak samo chusteczki czy jakiś posiłek. Mały w szczególności ulubił sobie Kubusiowe tubki z musami owocowymi. Idealnie sprawdziły się one na plaży.
Co było męczące? Sławek jest bardzo żywym dzieckiem, wszystko go interesuje. Na nowym miejscu był jednak ograniczany, nie mógl swobodnie chodzić po domu naszej gospodyni czy grzebać w szafkach jak robił to w domu. Urządzał nam przez to parę razy dziennie pół godzinne sesje jęków i wrzasków. Po 3-4 dniach mieliśmy już serdecznie dosyć. Tym bardziej, że nie szło go w żaden sposób uspokoić, zająć czymś czy przekupić. Musieliśmy to po prostu przeczekać. Mam nadzieję, że kolejne wakacje zniesie lepiej, a my choć raz powiemy, że wypoczęliśmy. ;)

Tak czy inaczej mam dla Was parę wakacyjnych fotek :) Mam nadzieję, że i Wy spędzacie wolny czas w fajny sposób, i odpoczywacie. Jak radzicie sobie z dzieciaczkami?


Buziaki,
Aneta

środa, 9 lipca 2014

Gadżety Kobiety- pielęgnacyjne

Mam w swojej szafce parę gadżetów. Nie, nie jestem gadżeciarą, która musi mieć wszystkie rynkowe nowości. Rzadko kupuję nowy "sprzęt", ale ten, który Wam pokażę sprawdza się u mnie świetnie.


CALYPSO, gąbki do zmywania maseczek ok. 3-4 zł na 2szt. Rossmann. Uwielbiam! Na chwilę obecną tylko nimi zmywam maseczki, bo nie dość, że robią to dokładnie, to przynajmniej nie zachlapuję wody połowy łazienki. Gąbki po zmoczeniu i wysuszeniu twardnieją. Przy pierwszych użyciach bardzo łatwo się je myje, dopiero z czasem (jeśli używamy maseczek z ciemnej glinki) resztki są trudne do usunięcia. Jedna taka gąbeczka wystarcza mi na ok. 1,5 mc używania ok. 2 razy w tygodniu.


TANGLE TEEZER ok. 35zł. To mój drugi TT, wcześniejszy służył mi ponad 3 lata. Bardzo lubię te szczotki. Nie używam grzebienia, a zwykła szczotka nie radziła sobie z kołtunami, które robiły mi się gdy miałam dłuższe włosy. TT idealnie rozczesuje włosy, nie szarpie ich. Naprawdę widzę różnicę jeśli chodzi o wygląd włosy odkąd używam tej szczotki. Jest to naprawdę świetna inwestycja.


BEAUTY LINE ok. 20zł Biedronka. Urządzenie do mycia i pielęgnacji twarzy. Zasilane dwoma bateriami, z dwoma poziomami prędkości i 4 końcówkami-szczoteczka, kulki, 2 gąbki (bardziej i mniej zbita). Szczoteczka bardzo fajnie myję buzię, działa niczym peeling i usuwa martwy naskórek, łatwa do czyszczenia. Kuleczek używam do rozprowadzania kremu na buzi, a gąbeczki na razie czekają na swoją kolej (wg producenta jedna służy do nakładania np. podkładu, a druga do zmywania maseczki jeśli się nie mylę). Szczoteczki używam 1-2 razy w tygodniu. Chociaż mam cerę mieszaną jest ona dość podatna na podrażnienia mechaniczne i chociaż szczoteczka nie jest "mocna", to po paru użyciach widziałam zaczerwienienia na buzi.



FUSS WOHL, elektryczny ścinacz ok.70 zł w Rossmannie (końcówki 20zł za paczkę). W zestawie były dwie nakładki- mała i duża, działa on na baterie i....jest cudowny! Nie radziłam sobie ze zrogowaciałym naskórkiem na stopach, niestety. Pumeks, peelingi, tarki- nic nie pomagało. Moja poprzednia praca wymagała bycia na nogach 12 godzin w ciągu dnia i to wykończyło moje stopy. To urządzenie je uratowało! Szybko i sprawnie usuwa zrogowaciały naskórek, wygładza stopy i pozbywa się zgrubień. Po pierwszym użyciu byłam nim już oczarowana w zupełności. Do tego całkiem przystępna cena i możliwość dokupienia dodatkowych nakładek. Świetna sprawa!

Macie jakieś swoje ulubione gadżety? Chcielibyście zobaczyć jakie inne gadżety i sprzęt sprawdzają się u nas w domu?

Buziaki,
Aneta

wtorek, 24 czerwca 2014

Mama w pracy i w szkole

Już będąc w ciąży wiedziałam, że po urlopie macierzyńskim będę chciała wrócić na rynek pracy. Po pół roku przebywania sam na sam z maluchem zaczęłam rozumieć mamy, które decydują się na szybszy powrót do pracy nie tylko ze względów finansowych. Myśl, że i ja zasilę za jakiś czas ich szeregi jaśniała w mojej głowie z każdym matczynym kryzysem i brakiem sił. Nie będę ukrywać, ale traktowałam powrót do pracy jako swego rodzaju azyl- zero myślenia o zmywaniu, gotowaniu, pieluchach itd.

Tak się złożyło, że gdy jeszcze byłam w ciąży mój zakład pracy (sklep odzieżowy, w którym pracowałam) został zamknięty. Miałam możliwość skorzystania z rocznego, płatnego, urlopu macierzyńskiego i najlepszym wyjściem było zdecydowanie się na niego. Pieniążki nie były oszałamiające, ale starczało na pieluchy, kosmetyki dla dziecka i inne wydatki. W listopadzie 2013 roku złożyliśmy wniosek o przyjęcie Sławka do żłobka, ale z racji, że żłobek jest u nas tylko jeden (!!!) na ewentualne przyjęcie malucha musimy czekać do września tego roku. Zdmuchnęliśmy więc pierwszą świeczkę z tortu urodzinowego synka i...czekaliśmy.

Powiem szczerze- gdy minął urlop macierzyński poczułam się kompletnie niepotrzebna. Nie miałam żadnych dochodów. Moim głównym celem było zrobienie obiadu, upranie brudów, zmiany pampersów i spacery z dzieckiem. Zaczęłam powoli "dziadzieć", chodzić do sklepu po bułki w tym w czym chodzę po domu i unikałam makijażu. Chciałam robić coś dla siebie i mieć z tego jakąś satysfakcję, a nie kręcić się od kuchni do salonu.

W Urzędzie Pracy jest projekt, który ma na celu pomóc mamom wrócić na rynek pracy. Skorzystałam z niego i dostałam się na półroczny staż jako pracownik administracyjny w firmie, która zajmuje się sprzedażą i serwisem instrumentów dętych. Miałam trochę łatwiej ponieważ mój mąż w niej pracuje i szef spojrzał na mnie przychylnym okiem. Pracuję tam już od miesiąca i...jestem zachwycona!
Chociaż o instrumentach nie wiem zbyt dużo i na początku miałam wrażenie, że wszyscy mówią tam do mnie w obcym języku tak teraz powoli orientuję się co i jak. Nie jest to praca marzeń, ale traktuję ją jako nowe doświadczenie, dodatkową pozycję w CV i idealne źródło dochodów. Wraz z mężem wymieniamy się przy opiece nad maluchem, w razie potrzeby pomaga nam dziadek.

Nie bałam się jak moje wyjścia do pracy zniesie synek. Doszłam do wniosku, że chłopak ma już 15mc i musi nauczyć się i zrozumieć, że mama nie jest tylko dla niego, że musi pracować, że musi czasami wyjść z domu bez niego. Bardziej stresowałam się naszym rozstaniem gdy chodziłam na zumbę, teraz chyba stałam się dużo twardsza i dorastam wraz z dzieckiem. Sławko spędza ten czas z tatą lub dziadkiem i świetnie sobie radzi. Owszem, czasami mam wyrzuty sumienia, że nie widziałam co robił w piaskownicy, albo jak bawił się w basenie, ale zrozumiałam jedną ważną rzecz. Nie mogę mieć wiecznie wyrzutów sumienia! Muszę w końcu zrobić coś dla siebie, dla nas- a decyzja o pójściu do pracy była najlepszą jaką mogłam podjąć. Co zrobiłam jeszcze?

Zapisałam się do dwuletniej szkoły policealnej ŻAK na technik rachunkowości i dobrałam sobie drugi, roczny, kierunek- pracownik ds. osobowych. Postawiłam na siebie i swój rozwój. Dwa lata miną raz dwa, a gdy synek zacznie chodzić do żłobka, czy później przedszkola, nawet nie odczuje tego, że mama jest poza domem i pracuje/kształci się.

Chyba, gdybym nie miała Sławka, nie zdecydowałabym się na taki krok jakim jest szkoła. Może byłabym zbyt leniwa? Teraz zaś chcę zapełnić swój czas w każdej minucie, chcę się rozwijać, poznawać nowe rzeczy. Nigdy nie byłam ścisłowcem i trochę się obawiałam wybierając właśnie taki kierunek szkoły, ale stwierdziłam: Ej, masz 27 lat dziewczyno! Kiedy jak nie teraz? Przyda Ci się to!
Mam ciche plany i marzenia co do przyszłości. Uczę się sięgać po więcej, uczę się mówić czego chcę. Myślę, że daję swojemu synkowi całkiem niezły przykład. W końcu, będąc mamą nie mogę zapominać, że jestem też kobietą, człowiekiem.

Buziaki,
Aneta

wtorek, 17 czerwca 2014

Nowości w szafie i kosmetyczce

Zakupy "dla siebie" robię tak rzadko, że gdy już się one zdarzą to cieszę się jak małe dziecko na zbliżającą się Gwiazdkę. Moja szafa błaga o coś nowego, bo od czasu gdy schudłam wiele ubrań okazało się za dużych. Kosmetyczka mało kiedy widzi jakiś owy kosmetyk. Dramat! Tak więc, gdy nadarzyła się okazja, a na moje konto wpłynęła pierwsza wypłata, wybrałam się na zakupy.


Spodenki jeansowe i bluzka z Lidla (29 zł i 27 zł) z nowej kolekcji See You In Lisbon. Spodenki są bardzo wygodne, a modna aplikacja dodaje im niesamowitego uroku. Bluzka zaś jest zwiewna, ciut dłuższa, idealna do jeansów, spodenek i marynarki.



Bawełniane spodenki z Pepco za 12zł- w sam raz do spania, ćwiczeń czy codziennego noszenia. Bluza z Sin-Say za 30zł- rękaw 3/4, cienka. Świetnie prezentuje się z jeansami.



Rossmann: gąbeczki do zmywania maseczek (uwielbiam!), Gliss Kur (ułatwia rozczesywanie włosów, są po niej miękkie w dotyku i pachnące), Nivea Intense Repair (bardzo fajnie wygładza włosy, są miękkie i pachnące, nawilża), zmywacz do paznokci Isana, Eveline serum modelujące (kupiłam z zamiarem stosowania w zabiegu body wrappingu), lakier Miss Sporty.



Elektryczny pilnik do stóp Fuss Wohl za 70zł- cudowna sprawa dla osób, które mają problem ze zrogowaciałym naskórkiem na stopach. Po paru użyciach moje stópki są miękkie i gładkie. Nowy Tangle Teezer 35zł, bo stary wołał już o pomstę do nieba. Rolki do czyszczenia ubrań z Pepco ok. 5 zł.



Za 8 zł zestaw kolczyków z Sin-Say.


Muszę przyznać, że moja potrzeba zakupów została zaspokojona na parę kolejnych miesięcy. Mąż od razu widział jak po powrocie oczy świeciły mi się jak lampki choinkowe, a uśmiech nie schodził z twarzy.
Zgadzam się, że pieniądze szczęścia nie dają- dają je zakupy :)

Buziaki,
Aneta

piątek, 6 czerwca 2014

Konto wspólne czy osobne?

Po ślubie nie zlikwidowałam swojego konta bankowego. Nadal podaję jego numer do przelewania wypłaty czy innych świadczeń. Mąż również posiada swoje konto. Nie mamy konta wspólnego i...chyba nie chciałabym żebyśmy takowe mieli.

Nigdy nie lubiłam prosić się o pieniążki, nikogo. Czuję się wtedy zażenowana i zawsze wygłaszam długie monologi gdzie tłumaczę się po co są mi one potrzebne, co chcę kupić, do czego to służy i dlaczego akurat teraz proszę. I chociaż mąż nigdy nie powiedział, "Sorry, nie dam Ci" mam wewnętrzne poczucie dumy i wolę zacisnąć zęby, nie kupić sobie czegoś, niż przechodzić przez cały proces poproszenie go o nie.

Nigdy nie rozliczaliśmy się z pieniędzy, nigdy nie wypominaliśmy sobie zakupów, a jeśli chodzi o potrzeby dziecka- nie targowaliśmy się kto ma kupić pampersy czy śpiochy, kupował ten kto akurat miał przy sobie pieniążki.
Chociaż nigdy na koncie nie miałam dużej kwoty, to szanowałam pieniądze, bo ciężko na nie pracowałam. Bywało, że w czasie przygotowań do ślubu przelewałam większość wypłaty na konto narzeczonego, bo to on robił wszelkie opłaty i podobnie wyglądało to po ślubie gdy płaciliśmy za rachunki.
Skąd więc wynika moja potrzeba posiadania osobnego konta?

Myślę, że jest to związane z poczuciem niezależności. Moi rodzice, a później mąż, powtarzali, że nie może być tak, że w razie jakiegoś nieszczęścia zostanę bez grosza przy duszy. Poza tym mając swoje konto i swoje pieniążki mogłam pójść do sklepu i kupić sobie bez problemu tusz do rzęs czy jakąś bluzkę bez potrzeby pytania kogokolwiek o zgodę. Daje to ogromne poczucie niezależności i mam wrażenie, że jest to bardzo potrzebne w związku, bo najgorsze jest chyba usłyszeć słowa "To ja Cię utrzymuję".

Wiele osób dziwi się gdy mówię, że nie pójdę na zakupy, bo jestem bez kasy. "No, ale Twój mąż ma. Niech Ci da." Może i ma, ale też na nie ciężko pracuje i poświęca czas, który mógłby spędzić z nami na to by żyło nam się lepiej. Nie chcę by pieniądze, które dzięki temu zarabia szły na moje fanaberie. Bo fanaberią uważam wymaganie by mąż płacił za moje zachcianki. W końcu jestem zdrowa, mam dwie ręce i mogę zarobić parę groszy np. sprzedając ubrania, których nie noszę na Allegro. Bo tak właśnie robiłam! Znam przykład dziewczyny, która brała faceta do drogerii, pakowała zakupy do koszyka, a potem stawała przy kasie i kazała mu płacić "bo jej się należy". Nie sądzę by cokolwiek mi się należało. Nie mam problemu z wydaniem pieniędzy na coś dla męża czy syna, jeśli on proponuje, że coś mi kupi, to uważam to za bardzo miły gest (oczywiście jeśli jest w rozsądnych granicach cenowych, bo przy droższych prezentach zawsze mam wyrzuty sumienia), ale nie odbieram go jako coś niezbędnego.

Wspólnie decydujemy o zakupach do domu i dla synka, nie robimy sobie wyrzutów jeśli chodzi o to na co wydajemy pieniążki z własnych kont. Myślę, że jest to bardzo zdrowy układ. U nas się sprawdza :)

Jak jest u Was?

Buziaki,
Aneta

środa, 28 maja 2014

Po ślubie nie trzeba się malować?

Chyba jestem niedzisiejsza... Chyba nie wiem co to prawdziwe życie.... Chyba jestem niepoprawną romantyczką.... Chyba mam bajzel w głowie.... Chyba myślę jak nastolatka...

Jesteśmy prawie 2 lata po ślubie, a w tym roku będzie 5 lat jak jesteśmy razem. Widział mnie w każdej sytuacji- w zdrowiu i chorobie, w chwilach kryzysu i sukcesu, totalnie załamaną i z masą energii, wcześnie rano i tuż przed wyjściem na randkę, w poplamionych dresach i bez makijażu oraz w ładnej sukience i zrobionych włosach. Muszę przyznać, że to co ludzkie nie jest nam obce. No to po co nadal się maluję i staram się zadbać o siebie skoro już mam męża?

Nie lubię odpuszczać. Mam wtedy niesamowite poczucie winy, że zawiodłam, że jestem leniwa, że nie nadaję się do tego, że jestem leniwa. Dotyczy to zarówno sytuacji w pracy jak i w domu. Nie wyobrażam sobie bym teraz sobie odpuściła i co wieczór siedziała przed tv z chipsami, codziennie odwiedzała fast fooda, chodziła z mega odrostami i buzią błagającą o peeling i maseczkę. Czasami moje paznokcie błagają o ogarnięcie ich, jest to dość częste, bo jednak codziennie zmywam i sprząta, ale staram się zawsze aby wyglądać schludnie. Nie robię całego makijażu, najczęściej nakładam korektor pod oczy, pudruję go, maluję brwi i rzęsy, trochę różu. Ćwiczę, pilnuje tego co jem, dbam o siebie. Tylko po co?

Ostatnio znajomy zadał mi to pytanie. Po co to robisz skoro masz już męża? Czy muszę to robić dla męża? Czy nie mogę robić tego dla siebie? Lubię czuć się dobrze z samą sobą, lubi patrzeć w lustro i pomyśleć, że naprawdę fajna ze mnie babka. Okey, mam już prawie 27 lat i czasami myślę, że jestem za stara na pewne rzeczy, bo mam już męża i syna, ale w końcu dopada mnie taka myśl, że chyba jestem tą "piękną płcią" i przydałoby się coś poprawić. Ciągle jednak mam wizję syna, który w przedszkolu chwali się ładną i zadbaną mamą. ;)

Nie wiem kiedy ostatnio kupiłam coś z kolorówki. Chyba w okolicach marca, bo tusz do rzęs mi się skończył. Farbowałam się też wtedy, ale na szczęście kolorem tam bardzo zbliżonym do naturalnego, że nie widać odrostów. Nie ubieram się w centrach handlowych, bo niestety nie możemy sobie na to pozwolić, ale raz w miesiącu robię rundkę po lumpeksach i zawsze uda mi się znaleźć coś przyzwoitego i ładnego. Nigdy nie byłam u kosmetyczki, ale staram się zadbać o siebie w domu.

Dla męża? Tak! Ale też dla siebie, dla syna, dla dobrego samopoczucia, dla lepszego zdrowia i aby w wieku 40stu paru lat wyglądać naprawdę dobrze. I nie robię tego dużym kosztem. Nikt na tym nie traci. Wszyscy zaś zyskujemy.
Bo szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko. Bo szczęśliwa kobieta jest ozdobą swojego domu.


Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 19 maja 2014

Mama kwoka z dołkiem

Wybraliśmy się z mężem na poszukiwania szafy. Sławko został oddelegowany do dziadków, a my urwaliśmy się na parę godzin. Namówiłam małżona na spacer po centrum handlowym i... Wyszłam stamtąd z mega dołkiem i to takim co człowiek chce się tylko schować pod kocem i nie wychodzić przez cały dzień z łóżka.

Co mi doskwierało? Widziałam wiele fajnych ciuchów, ale stwierdziłam, że w nic się pewnie nie wcisnę, we wszystkim będę wyglądać brzydko, grubo i głupio. Od razu widziałam rozsmarowanego banana lub biszkopta na sukience, bluzka nagle stała niepraktyczna, bo po co miałabym ją zakładać do piaskownicy. Do tego mężczyzna mój wcale nie kwapił się by wejść ze mną do sklepu więc czułam się zmuszona by rozglądać się szybko i krótko.

Wyszłam więc załamana, bo moja szafa naprawdę potrzebuje odświeżenia (wiele rzeczy mam za dużych i wiele brakuje), a ja nie potrafię nic sobie znaleźć. W drodze do samochodu przypomniałam sobie, że kosmetyczka też zaczyna cicho prosić o uzupełnienie, ale nie chciałam już się odzywać.
Najbardziej w tym wszystkim dobija mnie jak widzę te śliczne, zgrabne młode dziewczyny (tak, tak- gdy Was widzę!), bo mam przy nich wrażenie, że od razu dostrzegają moje domowe wdzianko (legginsy i bluzka, widać, że znoszone i sprane ;) ) chociaż ukryłam je pod swetrami na dnie szafy.

I chociaż ćwiczę regularnie i widzę efekty, chociaż nie widać mi odrostów (ostatnio udało mi się zafarbować na kolor bardzo zbliżony do naturalnego) i raczej jakoś tam dramatu nie ma, to czuję się czasami jak taka mama kwoka, która ledwo co zeszła z grzędy. Mąż oczywiście mówi, że dramatyzuję i przesadzam, że podobam mu się taka jaka jestem, ale tu też chodzi o to bym podobała się sama sobie. Nie raz z zazdrością przeglądam tego piekielnego Instagrama i obiecuję sobie, że pomaluję paznokcie, a przypominam sobie o tym po tygodniu.



Dziś umalowałam paznokcie, zrobiłam kreski, nałożyłam szminkę i...poczułam się ładnie. Ale może to też być zasługa słonecznej pogody ;)
I chociaż przed nami masa pozytywnych zmian i na co dzień rzadko zawracam sobie głowę modnym wyglądem, to wieczorami myśli te same przychodzą mi do głowy. Dobrze, że szafę znaleźliśmy fajną, bo przynajmniej taki pożytek z dnia wczorajszego był.

Buziaki,
Aneta

sobota, 10 maja 2014

Wystarczająco dobra mama



Gdy Sławko przyszedł na świat obiecałam sobie, że będę dla niego najlepszą mamą na świecie. Chciałam być doskonała w każdym calu, nieść tylko dobry przykład, pomagać i wspierać, być oazą spokoju, empatii i zawsze mieć w rękawie setki dobrych i właściwych rad. Idealna fryzura, makijaż, porządek w domu i jeszcze ciepłe ciasteczka na talerzu.

Z czasem jednak zrozumiałam, że "bycie idealną" nie jest dla mnie. Jak każdy człowiek popełniam błędy duże i małe, mam masę wad, bywa, że ostro przeklinam, mówię podniesionym głosem i czasami kompletnie rozumiem o co chodzi mojemu dziecku. Na pewno popełniam masę błędów wychowawczych chociaż staram się ich unikać.

Nie trzęsę się nad moim synem. Gdy się przewróci namawiam do podniesienia się samodzielnego, a nie biegnę na ratunek. Jeśli płacze mówię by sam przyszedł do mnie się przytulić; pozwalam mu na samotne spacerowanie po mieszkaniu i po odgłosach rozpoznaję gdzie jest i co może robić, a martwię się tylko jak zbyt długo jest cicho. Daję mu do spróbowania rzeczy, które jemy (oczywiście w zdrowych granicach) i jeśli chciałby zjeść trochę wafelka nie bronię, bo i tak zje tylko trochę. Sławek wie, że płaczem i piskami nie wywoła u mnie poczucia winy i uległości, a histerią nic nie wskóra. Śmiało mówię, że np. teraz się maluję i chciałabym mieć 5 minut spokoju więc powinien zająć się (przykładowo) przeszukiwaniem szuflad. Tłumaczę, że piekarnik jest gorący i ma go nie dotykać, ale wiem, że jak raz dotknie szybki to więcej tego nie zrobi (obecnie chodzi obok włączonego piekarnika, grozi palcem i mówi "Ne, ne, ne! Siii, siii!"). Nie zasypuję go ciągle nowymi zabawkami, bo cieszy go zwykłe opakowanie po kosmetyku. Tłumaczę mu wiele rzeczy, w prosty i klarowny sposób, nawet jeśli nie jestem pewna czy to rozumie. Nie martwię się czy najadł się obiadem, bo jestem zdania, że gdyby był głodny to dałby nam znać.

Moi rodzice nauczyli mnie myśleć i nigdy nie mieli ze mną problemów. Przechodziłam swój okres buntu, ale nigdy nie łamałam zasad mi przez nich przekazanych. Nie poddawałam się presji otoczenia i było mi obojętne czy ktoś ma mnie za nudziarę, bo nie idę z nimi na imprezę. Do tej pory pamiętam słowa ojca, wieloletniego palacza, że jeśli otwierając mi drzwi poczuje ode mnie zapach papierosów od razu dostanę w twarz. Było to bardzo skuteczne :)

Chcę by mój syn uczył się na własnych błędach i nigdy się nie poddawał. Chcę nauczyć go myśleć i nie poddawać się opinii otoczenia. Chcę aby podchodził do pewnych spraw z dystansem i spokojem. Chcę przekazać mu pewne wartości, które uważamy z mężem za ważne, a co z nimi zrobi to już jego decyzja. Chcę by wiedział, że ciężką pracą może w życiu osiągnąć wszystko czego pragnie, by szanował innych ludzi i był empatyczny.

Co z tego wyjdzie? Cóż, okaże się za jakieś 30 lat....

Buziaki,
Aneta

środa, 7 maja 2014

Kolorówka z pudełeczka

Kiedyś wszystkie kosmetyki do makijażu (z wyjątkiem palet) trzymałam w kuferku, ale z racji, że parę lat temu bardzo dużo z nich oddałam koleżankom, a nowych nie kupowałam, mój "zbiór" bardzo się uszczuplił. Na mojej toaletce stoi sobie pudełko, w którym trzymam te kosmetyki, których używam najczęściej. Co w nim się znajduje?



Lecąc od góry...

Eveline, Big Volume Lash Tusz do rzęs z prostą sylikonową szczoteczką, który z moich krótkich rzęs robi "firanki". Jedna wada- pod koniec dnia lubi zostawiać ciemne ślady pod okiem. Cena: ok. 16-17 zł
Delia ONYX Korektor do brwi Ładnie rozczesuje i delikatnie przyciemnia brwi. Kupiłam na Allegro za ok.12 zł
Avon, Podkład rozświetlający-antystresowy To już moja 2 buteleczka. Kremowa konsystencja, średnie krycie, nie obciąża buzi, długo się trzyma i cena przystępna - ok.18zł
Garnier, BB Cream Idealny do szybkiego makijażu, nie obciąża skóry, słabe krycie, ujednolica koloryt i daje naturalne wykończenie. Cena ok. 17zł
Technic, High Lights Rozświetlacz z pędzelkiem. Nie ma w sobie dużych drobinek, daje ładne rozświetlenie, ale nie utrzymuje się na buzi cały dzień. Kupiony na Allegro za ok. 17zł
GOSH, sylikonowa baza pod cienie Ładnie utrzymuje cienie na powiece, ale nie używam jej zbyt często w codziennym makijażu.
Bell LADYCODE, maskujący korektor w płynie Nie kryje zbyt dobrze, ale po przypudrowaniu utrzymuje się cały dzień. Nie podkreśla drobnych zmarszczek. Cena ok.8zł
Maybelline, Pure Cover Mineral korektor Moją recenzję znajdziecie TUTAJ
Bell LADYCODE eyeliner w płynie Przyjemny eyeliner ze sztywną końcówką w cenie ok.8zł - z jedną tylko wadą, kreski trzeba poprawiać, bo robią się prześwity.
Inglot, cień do brwi nr 560 Bardzo lubię ten kolor, długo się utrzymuje, bardzo wydajny. Cena: ok.10zł
Bell LADYCODE rozświetlacz Bardzo, ale to bardzo, lubię ten kosmetyk. Nie ma w sobie dużych drobinek, robi na buzi ładną "taflę" i ślicznie podkreśla kości policzkowe. Cena: ok. 12 zł.
Synergen, puder matujący Mój ulubiony puder za ok. 8zł. Super matuje, utrzymuje się długo na twarzy, a ten egzemplarz się nie osypuje.
Essence, Crazy About Colour Róż na policzki, który spełnia u mnie funkcję rozświetlacza. Całkiem niezły. Cena ok. 13-14 zł
Inglot, puder rozświetlający nr 86 Uwielbiam! Idealny do codziennego makijażu, do położenia na powieki czy policzki. Daje skórze delikatnie opalizujący kolor, a cena przystępna, bo ok. 20zł
Inglot, róż do policzków nr 87 Naturalny odcień brzoskwini, bez drobinek. Bardzo dobrze się sprawdza w codziennym, delikatnym makijażu. Cena ok. 18zł
Sephora, róż do policzków terre passion Kocham! Posiada drobinki, które pięknie mienią się na buzi. Sprawdza się w większości makijaży.
Elf, róż do policzków Candid Coral Przeciętniak. Posiada drobinki, ale wszystkie szybko znikają, nie utrzymuje się długo na buzi. Cena ok. 17zł
Inglot, temperówka Jestem z niej bardzo zadowolona :) Ok. 12zł
Rimmel, czarny matowy cień Używam go do rysowania kreski przy górnej linii rzęs.
Catrice, eyeliner w żelu Pierwszy eyeliner w żelu, z którego jestem zadowolona. Fajna konsystencja, dobrze mi się z nim pracuje i długo się utrzymuje. Cena ok. 18zł
Essence, cienie w musie Używam ich do codziennego makijażu. Dość długo się utrzymują, dobrze wyglądają na oku. Ceny ok. 12zł

Muszę przyznać, że to są moje główne kosmetyki kolorowe i gdyby mój kuferek gdzieś przepadł raczej bym nie rozpaczała. Posiadam jeszcze parę kosmetyków (bronzery z Miss Sporty czy kuleczki brązujące z Avonu, parę róży), trochę pojedynczych cieni, ale rzadko po nie sięgam. Od dłuższego czasu mój makijaż to brwi, tusz do rzęs i róż. Gdy robię "pełną" wersję czuję się dość dziwnie. Jeśli kupuję coś nowego to tylko wtedy gdy poprzednik sięgnął dna, a ja wiem, że bez tej rzeczy się nie obejdę. To jednak zdarza się rzadko :)

Macie takie swoje "bazowe" kosmetyki? Bez czego nie wyobrażacie sobie swojego makijażu?

Buziaki,
Aneta