środa, 24 kwietnia 2013

Miesiąc po P. :)

Czas leci nieubłaganie. Klusek jest już z nami miesiąc! Rośnie chłopak bardzo szybko i ładnie przybiera na wadze. Ze szpitala wyszedł z wagą trochę ponad 3700g, a 3 tygodnie po narodzinach ważył już 4600g. A to wszystko z naturalnego karmienia. Co zaś zmieniło się u mnie?

Czuję się już dużo lepiej, wracają mi siły, ale nadal staram się nie przemęczać i nie chodzić sama na długie spacery. Jeden z takich spacerów bardzo mnie osłabił... Przyjmuję codziennie żelazo i wypoczywam gdy tylko mogę. Gdy mały zasypia w ciągu dnia najczęściej śpię wraz z nim lub relaksuję się, to moja chwila na maseczkę, zrobienie makijażu, pomyśleniu o sobie i swoich potrzebach.

Odżywiam się normalnie, nie przeszłam na żadną dietę jak straszyło mnie otoczenie. Zrezygnowałam jednak ze smażenia w głębokim tłuszczu i ciężkostrawnych dań. Jem dużo nabiału, warzyw, owoców, mięsa drobiowego itd., czyli bardzo podobnie jak w okresie ciąży. Czasami dopada mnie ochota na lody, parę łyków coca-coli czy frytki więc pozwalam sobie na takie kaprysy. Konsultowałam się z położną, która namawiała mnie do normalnego odżywiania. Dostarcza ono zarówno mi jak i dziecku potrzebnych składników. Obserwuję jednak maluszka i gdy widzę, że coś mu nie odpowiada, pojawia się wysypka lub problem z zaparciami- chwilowo odstawiam dany produkt by wrócić do niego jak będzie już większy. W szpitalu zaś spotkałam się ze stwierdzeniem by jeść normalnie i tylko w pierwszych tygodniach zrezygnować np. z tłustego jedzenia. Myślę, że bardziej zaszkodziłabym małemu gdybym podczas naturalnego karmienia paliła papierosy (znam taki przypadek!) niż jeśli pozwolę sobie na chwilę przyjemności z pudełkiem lodów czekoladowych czy parę łyków coli.

Moja waga poleciała w dół bardzo szybko. W czasie ciąży przytyłam 28kg. Na chwilę obecną straciłam już 15kg, ale nadal jeszcze wykorzystuję ciążowe spodnie. Z racji tego, że wracam do sił mam w planach rozpocząć ćwiczenia i chodzić na basen. To zaś pomoże mi stracić resztę kilogramów. Nie spędzają mi one jednak snu z powiek. W pełni akceptuję swoje ciało po ciąży, lubię swoje rozstępy. Niesamowicie interesuje i ciekawi mnie to jak teraz się zmienia.

Włosy i paznokcie mam w idealnym stanie. Fryzjerka, u której byłam przed porodem, powiedziała mi, że jeśli na początku ciąży wypadały mi włosy to teraz powinnam mieć spokój. Położna w czasie szkoły rodzenia mówiła też, że zdrowa dieta może uchronić kobiety karmiące przed utratą włosów. Myślę, że ma to sens. Rośnie mi na głowie wiele nowych włosów, które nie raz uciekają spod gumki gdy je spinam. Nie przetłuszczają się też tak bardzo i bywa, że myję je co 3-4 dni.

Cera również jest w całkiem niezłej formie. Z mieszanej przeszła w normalną, ale ostatnio miałam problem z przesuszającą się strefą T. Owszem, pojawiają się wypryski, ale daję sobie z nimi radę. Nie widzę najmniejszego problemu z wyjściem z domu bez makijażu.

Bywam przemęczona, niewyspana, rozdrażniona, a cienie pod oczami robią się powoli coraz większe, ale uwielbiam być mamą. Wszystko przychodzi nam tak naturalnie, że sama jestem tym zaskoczona. Zaś Sławek to typowy synek mamusi mimo, że jest lustrzanym odbiciem swojego taty. Uwielbiam życie z moimi dwoma mężczyznami!



Buziaki,
Aneta

piątek, 19 kwietnia 2013

Nagradzam samą siebie!

Dawno nie było u mnie żadnej notki typowo kosmetycznej. Wiązało się, to głównie z tym, że praktycznie w ogóle nie kupowałam nic z kolorówki czy pielęgnacji (pomijając regularne zakupy szamponu do włosów czy żelu pod prysznic). Ostatnio jednak pomyślałam: "Coś mi się należy!" i postanowiłam chociaż w mały sposób nagrodzić samą siebie. W końcu byłam dzielna podczas porodu i daję sobie radę jako mama więc czemu nie miałabym pomyśleć przez moment o sobie.

Kosmetyki, które u mnie się znalazły, bardzo chciałam przetestować lub już wcześniej myślałam o ich zakupie.


Eveline, Odżywka wzmacniająca z diamentami Miałam ją już wcześniej (tak jak parę innych), ale nie działa jakoś ekstra na moje pazurki. Jednak z racji tego, że na chwilę obecną nie maluję paznokci kolorowymi lakierami, chciałam nakładać na nie jakąś dobrą odżywkę. Wypadło więc na Eveline.
Nivea, krem nawilżający Zakupiony z myślą o wieczornej pielęgnacji. Moja skóra w okolicach strefy T zaczęła ostatnio bardzo się przesuszać, a ten krem już raz mi pomógł.
Be Beauty, płyn micelarny Lubię to jak zmywa makijaż oka, ale czasami nie daje sobie rady ze zwykłym tuszem do rzęs i później mam efekt "pandy". Jednak bardzo go lubię, jest tani, nie uczula więc zakupiłam ponownie.


Avon Solutions, krem koloryzująco-nawilżający SPF 20 Zakupiłam z myślą o szybkim dziennym makijażu gdy na twarzy chcemy mieć coś bardzo lekkiego. Ma bardzo ładny zapach, ale jeszcze nie miałam okazji wypróbować. Ktoś stosował?
Avon Planet Spa, żel na okolice oczu i powiek z czarnym kawiorem Na razie użyłam raz więc nie będę się wypowiadać co do działania. Ma ładny zapach, delikatnie fiołkowy kolor, dobrze się rozprowadza, szybko wchłania i nie podrażnia mi oczu. Może się polubimy?
Avon Glow, perełki brązujące Marzyłam o nich od dawna chociaż trochę boję się perełek. Mam nadzieję, że sprawdzą się w codziennym makijażu i będę z nich zadowolona.


Avon, Today TOMORROW Always Jeden z moich ukochanych zapachów, z którym spotkałam się po raz pierwszy jeszcze w liceum. Ciepły, zmysłowy, kobiecy... Długo marzyłam o tym by znów trafił w moje ręce. Kocham go!
Avon, podkład rozświetlająco-antystresowy Z racji tego, że w mojej kosmetyczce został tylko podkład Max Factor LP (no i Dermacol), chciałam kupić sobie coś taniego i w miarę dobrego. Miałam już wcześniej ten podkład i bardzo go polubiłam. Ma delikatnie krycie, fajną konsystencję, dobrze się rozprowadza i dobrze sprawdza się na mojej buzi. Do tego jest tani więc znów się skusiłam.
Essence, tusz do rzęs MultiAction Powrót do przeszłości, bo również miałam go już wcześniej. Dobry i tani tusz. W tej chwili jest moim jedynym więc nie narzekam. Ładnie wydłuża, nie skleja rzęs i nie osypuje się z czasem.
Delia, Onyx, korektor do brwi Chciałam wypróbować i...troszkę się zawiodłam. Używam na co dzień inglotowskiego cienia do brwi i zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Myślę jednak, że dam jeszcze szanse Delii. Może po prostu jeszcze nie umiem go na tyle używać.

No i to by było na tyle z moich ostatnich zakupów. Jestem pewna, że większość z tych rzeczy już dawno jest w Waszych kosmetyczkach, albo już ich używałyście. Ja jestem jednak podekscytowana ich zakupem i mam nadzieję, że się sprawdzą. Tym bardziej, że avonowskie zakupy zrobiłam po bardzo okazyjnej cenie. Jestem ciekawa Waszych opinii co do pokazanych przeze mnie kosmetyków.

Buziaki,
Aneta

niedziela, 7 kwietnia 2013

Baby blues, czyli "Smutno mi..."

W naszym życiu pojawia się nowa, maleńka istotka. Patrzy na nas swoimi małymi oczkami, nieświadomie się uśmiecha i z dużym spokojem zasypia w naszych ramionach. Bajka. No, ale nie zawsze tak ją odbieramy na początku...

Przygnębienie poporodowe (popularnie zwane 'baby blues') dotyka blisko 80% nowych matek w pierwszych dniach po porodzie. Lekarze podejrzewają, że zjawisko to występuje w skutek obniżenia poziomu hormonów w organizmie kobiety, które ma miejsce po porodzie. Nie powinnyśmy obawiać się tego stanu, trzeba to po prostu spróbować przeczekać i nie bać się o tym mówić.

Muszę przyznać, że spodziewałam się tego, że baby blues dosięgnie i mnie. Nie można się bowiem przed nim chronić i nie ważne jak dobrze przygotujemy się do roli mamy- przygnębienie po prostu się pojawia.

Chciałabym Wam opowiedzieć jak, to wszystko wyglądało u mnie.
Do domu wróciliśmy 2 dni po porodzie. W czasie narodzin naszego synka straciłam dużo krwi i byłam bardzo osłabiona, obolała po trudzie porodu, niewyspana (te cudowne szpitalne łóżka...) i po prostu zmęczona. Chociaż Sławek jest naprawdę wzorowym dzieckiem- ładnie je, śpi i praktycznie nie płacze, mnie dopadły wątpliwości. Zaraz po powrocie do domu starałam się pogodzić w 100%, a nawet 200% rolę matki, żony i kobiety. Od razu więc wzięłam się za pranie, sprzątanie, opiekę nad maleństwem itd.

W pewnym momencie coś we mnie pękło. Mieliśmy z małym problem podczas karmienia piersią, pojawiła się u mnie już wzmożona laktacja i piersi koszmarnie mnie bolały, a my nie radziliśmy sobie z tym. Mały stał się nerwowy; ja, z racji nocnego wstawiania do malucha, byłam niewyspana, rozdrażniona, poddenerwowana i czułam się osamotniona w tym wszystkim. Miałam wrażenie, że po prostu nie ogarniam tego wszystkiego. Przez parę dni płakałam w tym samym momencie gdy Sławek- np. przy karmieniu czy w nocy gdy nie umiał zasnąć. Miałam pretensje do siebie, ale także do męża, że nie pomaga mi tak jak oczekiwałam tego od niego, że podczas porodu sprawdził się idealnie, ale teraz zostałam ze wszystkim sama. Jednak, to on pomógł mi dojść do porządku z samą sobą...

Wystarczyło tak naprawdę powiedzieć co się czuję, co chodzi nam po głowie i z czym się męczę. A męczyłam się strasznie... Jedną ręką ogarniałam codziennie mieszkanie, drugą przewijałam małego i chociaż chciałabym usiąść, to po porodzie nie było to zbyt przyjemne. Ciągle osłabiona, zmęczona, niewyspana i rozdrażniona odnosiłam wrażenie, że wszystko jest na mojej głowie i chociaż efekty były świetne- ja ich nie widziałam. Wymagałam od siebie jeszcze więcej, a zapominałam by pomyśleć o sobie
Dopiero mąż zwrócił mi uwagę, że przecież radzę sobie świetnie. Sławek jest cudownym dzieckiem, a dodatkowo bardzo grzecznym (śpi we własnym łóżeczku, ma regularne pory karmienia, nie płacze bez wyraźnego powodu). Nie miałam problemów z opieką nad małym, bo przychodziło mi to od początku wręcz naturalnie, ale podświadomie czułam, że robię za mało dla niego. A tu przecież trzeba posprzątać, uprać, ugotować, zetrzeć kurze, umyć podłogi... Bleeee.... W tym wszystkim nie umiałam znaleźć czasu by po prostu się położyć i przespać, by odetchnąć.

Jak sobie poradziliśmy z tym wszystkim? Przede wszystkim nauczyłam się zasypiać w ciągu dnia i nadrabiać noc gdy mały śpi w ciągu dnia. Bez skrupułów wyłączam telefon, albo w ogóle go nie odbieram gdy mam "czas dla siebie". Zakupiliśmy laktator elektryczny dzięki czemu nie tylko opanowałam nadmiar pokarmu, ale też ułatwiłam sobie nocne wstawanie, a nawet pomogłam małemu podczas przystawiania do piersi. Teraz wystarczy, że odciągnę pokarm, a mąż może posiedzieć z małym gdy ja idę się zdrzemnąć. Nauczyłam się prosić o pomoc, o zrobienie herbaty czy obiadu, bo przecież nie muszę robić wszystkiego sama. Staram się znaleźć czas na zadbanie o siebie- nałożenie maseczki, wytuszowanie rzęs, upięcie włosów w jakiś fajny kok. Zaczynam również planować dalsze kroki, a mianowicie odliczam czas do końca połogu aby rozpocząć ćwiczenia i powitać lato w formie lepszej niż przed ciążą. A wraz z mężem nie zapomnieliśmy o naszych małych przyjemnościach jak wspólne oglądanie ulubionych seriali.

Przyznam, bez owijania w bawełnę, że pierwsze dni po porodzie były dla mnie naprawdę ciężkie. Nie pod względem fizycznym, ale psychicznym. Nad bólem fizycznym byłam w stanie zapanować, byłam w stanie zacisnąć zęby i działać dalej, ale nad myślami nie panowałam. Teraz jest już dobrze. Chwilami dosięga mnie bezsilność, ale mówię sobie wtedy "Aneta, urodziłaś dziecko, co teraz może Cię powstrzymać?" i uwierzcie lub nie, ale to działa.

Jestem ciekawa, czy i Wy spotkałyście się z baby blues. Jak sobie z nim poradziłyście? Co Wam pomogło?

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Tydzień 40 i FINISH!

Wspomnień czar...

Ostatnie 7 dni ciąży były dla mnie jak oczekiwanie na niesamowitego gościa. Czułam się trochę jak tykająca bomba, ale podobało mi się to uczucie. Nagle człowiek odnosi wrażenie, że wcale w ciąży nie jest. Mnóstwo energii, zapału, chęci działania- żyć, nie umierać!

Ostatni przegląd torby, ostatnie wyjścia na zakupy i wybija godzina P. Byłam umówiona na wizytę u lekarza w oczekiwanym terminie porodu. Okazało się wtedy, że akcja zaczyna się dziać, ale będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Po weekendzie zostałam zaproszona na USG, a w razie czego, tydzień po terminie, miałam zgłosić się na oddział. Z racji tego, że już od paru dni aktywnie skakałam na piłce- wróciłam do niej z zamiarem dalszej pracy.

Pojawiające się skurcze nie były jednak mocne ani regularne. Ot, takie sobie. Tak więc jeszcze w sobotę Anetka wysprzątała mieszkanie, zrobiła pranie, umyła okna, zawiesiła firanki i... Nic. Zaś w niedzielę rano postanowiliśmy wybrać się na spacer i chyba dopiero on zadziałał jak powinien.

Na początku nie zwracałam uwagi na skurcze, nie liczyłam ich. Około godziny 13-14stej odpaliłam stoper i postanowiłam zobaczyć co tam się dzieje. Skurcze pojawiały się co około 12-10 minut. Zdążyliśmy zobaczyć nowy odcinek naszego ulubionego serialu, jeszcze jakiś film i dopiero gdy skurcze przyspieszyły do tych co 5 minut postanowiliśmy wybrać się do szpitala. Z racji tego, że podczas wcześniejszego badania wyszło, iż mam paciorkowca musiałam zgłosić się szybciej na porodówce by przyjąć antybiotyk. Akcja zaś toczyła się w najlepsze.

Nie mogę powiedzieć, że poród to łatwa sprawa, ale jest to jak najbardziej do przeżycia. Bardziej męczące, moim zdaniem przynajmniej, są same skurcze. Regularny ból przypominający trochę bóle menstruacyjne, ale zdecydowanie mocniejsze. Po 13stu godzinach od pojawienia się na porodówce doczekałam się swojego maleństwa. Chociaż określeniem mojego syna mianem 'maleństwa' jest dość śmieszne.

Sławomir Józef B. pojawił się na świecie w słoneczny poniedziałek 25 marca 2013 o godzinie 13.00. Miał 4040 g i mierzył 56 cm.

Urodziłam tak jak chciałam- naturalnie i bez znieczulenia. Jestem zachwycona tym jak wszystko przebiegało, chociaż musiałam mieć podaną oksytocynę przy 8 cm, bo akcja nie postępowała, a my byliśmy już bardzo zmęczeni.
W trakcie całego porodu towarzyszył mi mąż i jestem z tego faktu naprawdę zadowolona. Dawał mi niezwykłe wsparcie, dodawał mnóstwa siły i mobilizował. Przeżycie wspólnie takiego wydarzenia, jakim jest poród, niesamowicie łączy ludzi i jeszcze bardziej umacnia związek. Nie zamieniałbym tego na nic innego.

Ze szpitala wyszliśmy po 2 dniach i od tamtej pory docieramy się ze Sławkiem. Maluszek jest naprawdę kochany- ładnie je, śpi, jest bardzo grzeczny. Świetnie odnajduję się w roli mamy i jestem podekscytowana każdym nowym dniem z synkiem.

2 dni przed porodem :)


Sławek


Mam nadzieję, że wkrótce już w pełni się ogarniemy i będę mogła częściej do Was zaglądać. Tymczasem dziękuję Wam serdecznie za całe wsparcie, wszystkie miłe słowa i to, że towarzyszyliście nam przez cały ten cudowny okres jakim jest ciąża.

Buziaki,
Aneta