wtorek, 31 grudnia 2013

Kosmetyki spod choinki

Albo w tym roku byłam bardzo grzeczna, albo Dzieciątko postanowiło wynagrodzić mi notoryczny brak snu, zmęczenie i zero czasu dla siebie ;) Taki mały żarcik, bo przecież macierzyństwo jest super :))

Nie spodziewałam się tak hojnych prezentów. Dla mnie, osoby, która 3 razy myśli nim kupi, a najczęściej nie kupuje, był to prawdziwy wysyp dobroci. Zapraszam więc do spojrzenia w moją świąteczną torebkę.


Na początek zestaw ze Starej Mydlarni, a w nim mus do kąpieli z ekstraktem z pomarańczy, peeling do ciała z olejem ze słodkich migdałów oraz masło do ciała. Opisy tych produktów są bardzo obiecujące i nie mogę się doczekać kiedy po nie sięgnę.


Zestaw Oriflame z serii Milk&Honey- balsam do ciała i rąk oraz żel pod prysznic. Nie miałam wcześniej kosmetyków z tej serii więc są jak ulał.


Prezent, który naprawdę podbił moje serce! Mydlarnia u Franciszka, a wśród kosmetyków maseczka z glinką rhassoul, kremy na dzień, na noc i pod oczy z minerałami z Morza Martwego, woda z kwiatów róży damasceńskiej i pachnące mydło.


Książka, którą bardzo chciałam dostać- Regina Brett "Jesteś cudem". Zaczęłam już czytać, ale kiepsko u mnie z wolnym czasem więc trochę to potrwa.


Mam nadzieję, że i u Was znalazło się parę wymarzonych prezentów. Śmiałam się do moich mężczyzn, że teraz jak się zabalsamuję, to będę wiecznie piękna i młoda.
Były to też pierwsze święta Sławka i okazały się bardzo udane. Jak widać na załączonym obrazku w wigilijny wieczór furorę robił zabawkowy telefon. Moim zdaniem już wydzwania do dziewczyn więc...uważajcie ;)



Dziś Sylwester, a ja siedzę w domu z małym. Nie narzekam, bardzo to lubię! :) Dodatkowo jednak jestem cała obolała, a mamusie karmiące wiedzą jak to jest gdy nas przewieje. W ciągu niespełna tygodnia złapało mnie już drugi raz...

Bezpiecznego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku, kochani!

Buziaki,
Aneta

niedziela, 29 grudnia 2013

Przepyszne ciasteczka owsiane

Świąteczny wypiek, na który czekałam chyba najbardziej. Gdy na horyzoncie pojawiała się wizja świątecznego obżarstwa, tylko myśl o herbatce miętowej i takim ciasteczku dodawała otuchy mojemu żołądkowi. Ciasteczka są naprawdę przepyszne! Spokojnie wytrzymają w pudełku tydzień, ale sądzę, że schrupiemy je szybciej. Są idealne jako mała przekąska!

Na początku przerażała mnie ilość cukru więc po prostu ją zmniejszyłam. Jako dodatki wybrałam żurawinę, rodzynki i suszone śliwki, które wrzuciłam do blendera by trochę je rozdrobnić. Ciasteczka zasmakowały także mojemu synkowi więc to coś chyba znaczy ;)

Przepis znalazłam na stronie Mała Cukierenka.
Z racji tego, że były to ciasteczka na święta podwoiłam ilość składników i w efekcie wykonałam 60 sztuk ciasteczek.



SKŁADNIKI: (na ok. 22 ciasteczka)
200 g masła w temp. pokojowej
3/4 szklanki cukru
1 opakowanie cukru wanilinowego
1 szklanka mąki pszennej
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
szczypta soli
1 jajko w temp. pokojowej
2 1/2 szklanki płatków owsianych
dodatki np. bakalie, żurawina, słonecznik itd.

Masło ucieramy z cukrem, cukrem wanilinowym, a następnie dodajemy jajko i wymieszane ze sobą suche składniki. Po połączeniu wszystkiego dodajemy płatki owsiane i dodatki wg. uznania. Z masy formujemy kulki i rozpłaszczamy je. Następnie układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do rozgrzanego na 180st piekarnika na ok. 20 minut.

Już po upieczeniu ciasteczka są pyszne! Z góry chrupiące, a w środku miękkie. Jednak dopiero po wystygnięciu nabierają formy idealnej i przyjemnie chrupią. Z całego serca gorąco polecam!



Buziaki,
Aneta

piątek, 20 grudnia 2013

MAYBELLINE Pure.Cover Mineral - korektor mineralny w płynie

Z racji faktu, że posiadam dość widoczne cienie pod oczami, lubię mieć w swojej kosmetyczce korektor, które je zamaskuje, a jednocześnie: wytrzyma cały dzień, nie będzie się odznaczał, będzie wydajny i w przystępnej cenie. Czasami moje małe wymagania okazują się zbyt duże, ale ty razem wszystkie one zostały zaspokojone.

Już drugi raz zakupiłam korektor Maybelline i drugi raz okazał się strzałem w dziesiątkę.



ZALETY:
+ zgrabne i praktyczne opakowanie,
+ aplikator w formie błyszczyka, który ułatwia nakładanie produktu,
+ kremowa konsystencja- korektor nie rozlewa się, nie spływa z twarzy po nałożeniu,
+ dobrze się rozprowadza, nie wchodzi w załamania i szybko stapia się z cerą,
+ (moim zdaniem) bardzo dobre krycie- nadaje się zarówno pod oczy jak i na inne niedoskonałości,
+ po przypudrowaniu utrzymuje się na skórze cały dzień, nie ściera się (używam pudru Synergen),
+ bardzo wydajny,
+ nie jest widoczny na skórze,
+ przystępna cena (znalazłam go na Allegro za mniej niż 20zł),
+ dostępne są 3 odcienie,

MINUSY
- z niewiadomych powodów gąbeczka na aplikatorze rozpadła się, ale nadal jestem w stanie z niego korzystać.



Jestem bardzo zadowolona z tego produktu. Świetnie sprawdza się zarówno na co dzień jak i przy większych wyjściach. Jest podstawą mojego codziennego makijażu- korektor, puder, tusz do rzęs i cień do brwi. Podoba mi się jego aplikacja i to jak wygląda na mojej skórze. Cena również jest bardzo przyjemna więc sądzę, że już przy nim zostanę.

Używałyście tego korektora Maybelline? Jakie jest Wasze zdanie na jego temat?

Buziaki,
Aneta

środa, 18 grudnia 2013

Próbuję motywować innych

Muszę przyznać, że gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że kiedyś w przyszłości będę z własnej nieprzymuszonej woli ćwiczyć na pewno bym go wyśmiała. W szkole nie znosiłam wychowania fizycznego, ale nie okłamujmy się- rzadko kiedy zajęcia te są prowadzone w jakiś zachęcający do uprawiania sportu sposób. Albo siatkówka, albo ping-pong, albo godzina niczym niepowiązanych ze sobą ćwiczeń na zakurzonej podłodze. Masakra.
Jakim więc cudem na dzień obecny jestem osobą w miarę aktywną? Mam dla Was parę słów motywacyjnych.

DOBRE NASTAWIENIE

Tak! Dobre nastawienie, to połowa sukcesu. Jeśli od razu będziemy mówić "Nie, nie uda mi się!" no to nie liczmy, że będzie inaczej. Poza tym z postawą na "NIE" szybko zrezygnujemy z podjętych działań, odpuścimy sobie przy pierwszych trudnościach i będziemy przekonani, że mamy rację. Dobre nastawienie sprawia, że sami siebie motywujemy, stawiamy sobie wyzwania, chcemy działać. To dawka pozytywnej energii, która nas napędza.

CHCIAŁABYM WIĘC...

...zamiast "Chciałabym, ale...". Wymówki, wymówki, wymówki! Chciałabym, ale nie mam czasu/jestem zmęczona/leci mój ulubiony serial/jest mi smutno itd. Im więcej powodów znajdziemy by nie ruszyć tyłka z kanapy tym bardziej jesteśmy szczęśliwi, bo w końcu to ten zły i podły świat uwziął się na nas, i to przez niego nie potrafimy zrzucić tych paru kilo. ("Chodźcie tu moje kochane lody na pocieszenie!") Jeśli ktoś chce coś osiągnąć, to znajdzie sposób by to zrobić. Skoro mamy z małymi dziećmi dają sobie radę, kobiety pracujące na pełnym etacie, to czemu my nie jesteśmy w stanie wygospodarować 30 minut?

CZAS DLA SIEBIE

Mam wrażenie, że wiele osób traktuje ćwiczenia fizyczne jako straszną katorgę. Biedna kobieta codziennie przez 45 minut katuje się z Chodakowską zamiast zrobić sobie kawkę, zjeść ciastko i posiedzieć na FB. Powinniśmy jej współczuć! Dla mnie możliwość poćwiczenia, to szansa na chwilę oddechu. Przez tych parę minut nie myślę o obiedzie, sprzątaniu, zmienianiu pieluch. Jestem tylko JA. Mogę nałożyć sobie maseczkę na buzię czy na włosy i skupić się na sobie. A tak nam tego przecież brakuje!

E JAK EFEKTY

Już! Teraz! Zaraz! No niestety, tak to nie działa. Szkoda. Na efekty trzeba poczekać. Jeśli walczymy z większą wagą (ja tak miałam po porodzie) efekty zauważyłam bardzo szybko, bo po około tygodnia. Jednak tak naprawdę dopiero koło miesiąca zobaczymy widoczne zmiany. Najlepiej jest jednak zrobić na początku pomiary. Mierzymy obwód pasa, bioder itd., ważymy się, robimy sobie zdjęcia, a potem możemy na bieżąco śledzić swoje postępy. Czasami waga stoi w miejscu, a lecą nam centymetry. O to przecież chodzi!

NEGATYWNA ENERGIA I SPADEK FORMY

Gdy udało mi się wrócić do wagi sprzed ciąży skontaktowała się ze mną dawna niewidziana koleżanka. Pogadałyśmy trochę, a potem ona pyta : "Mówiłaś, że planujecie drugie dziecko, po co więc ćwiczysz? Chce Ci się? Nie będzie Ci szkoda ciała?" Szczęka mi trochę wtedy opadła, przyznaję. Czy przez 3-4 lata mam tłumaczyć swoją wagę tym, że myślę o dziecku, szukać sobie kolejnych wymówek? "Ach, wiecie, myślimy o drugim dziecku więc po co mam teraz ćwiczyć? Pochodzę jeszcze w tym dresie, a jak już odchowam drugie maleństwo, to wezmę się za siebie." Od razu powinniśmy uciekać od źródła negatywnej energii, bo to ono podsuwa nam czekoladę gdy mówimy, że nie jemy słodkiego.
Spadek formy zaś zdarza się każdemu, ale ważne jest by nie trwało ono dłużej niż 2-3 dni, bo później bardzo trudno jest znów wbić się w rytm. Gdy czujemy, że coś jest nie tak, że dopada nas lenistwo zacznijmy od razu szukać motywacji.

MOTYWACJE I INSPIRACJE

Mają one na nas ogromny wpływ. Warto śledzić na FB kilka stron poświęconych dbaniu o siebie, oglądać metamorfozy innych osób, zdjęcia, szukać nowych zestawów ćwiczeń, czytać motywujące zdania itd. Stawiajmy sobie małe wyzwania- miesiąc bez słodyczy, codziennie 50 przysiadów. Świetną motywacją jest też myśl o czekającej nas nagrodzie. Nie zapominajmy, że główną nagrodą jest zdrowie i sprawność, ale fajnie jest też móc kupić nową parę mniejszych spodni, świetna sukienka, czy torebka. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie gdy sprzątając szafę okazało się, że tylko jedne spodnie na mnie pasują (reszta była o wiele za duża), a gdy wybrałam się do sklepu, to zamiast rozmiaru 40/42 kupiłam 36. WOW! To dopiero motywacja!

Gdy Sławek był mniejszy ćwiczyło mi się lepiej i sprawniej. Pakowałam małego do nosidełka i bez problemu robiłam Skalpel. Teraz leżąc na podłodze jestem bardzo łatwym celem dla tego małego stwora. Bywa, że potrzebuję dużej dawki motywacji i wsparcia, by nie zjeść tabliczki czekolady. Jestem jednak twarda, bo wiem, że już teraz bardzo wiele osiągnęłam. W dniu dzisiejszym moja waga pokazała magiczne 65kg, a nigdy nie sądziłam, że będzie to możliwe. Muszę jeszcze powalczyć o płaski brzuszek. Staram się czerpać, ale też dawać inspirację i motywację innym ludziom. Bo żadna z nas nie jest samotna w tej walce. No i warto, warto walczyć nie tylko o piękne ciało, ale przede wszystkim o dobre zdrowie i sprawność fizyczną.



Buziaki,
Aneta

niedziela, 15 grudnia 2013

Ciasteczka bananowo-owsiane

Pyszne i zdrowe brzydale!

Postanowiłam, że do świąt Bożego Narodzenia nie tknę słodyczy. Jak na razie idzie mi świetnie! Wszystkie słodkości chowam na najwyższą półkę i w chwili kryzysu sięgam po banana. Jednak dziś miałam ochotę na ciasteczka. Przepisów na tego typu ciastka jest bardzo dużo w internecie, znajdziecie wiele wersji. Ta jednak najbardziej przypadła mi do gustu.



SKŁADNIKI:
2 banany
1 szklanka płatków owsianych
garść żurawiny


Banany obieramy ze skórki i blendujemy, dosypujemy płatki, poszatkowaną żurawinę i mieszamy. Za pomocą łyżki wykładamy nasze ciasteczka na papier do pieczenia. Wkładamy do rozgrzanego do 180st piekarnika na ok.20 min.

Z podanego przepisu wychodzi ok. 13 ciasteczek. Można dosłodzić je miodem, dobrać składniki wg swojego uznania. Ja dodałam odrobiny cynamonu.

Ciasteczka idealnie nadają się gdy dopadnie nas mały głód, mam ochotę coś przekąsić czy na podwieczorek. :)

Buziaki,
Aneta

czwartek, 28 listopada 2013

Sławkowa zupka warzywna

Jak pisałam wcześniej- Sławek jest ssakiem aktywnym, ale wprowadzam mu nowe smaki już od jakiegoś czasu. Podchodził do tego dość niechętnie i niejednokrotnie szukałam sposobu jak wcisnąć w niego jeszcze jedną łyżeczkę deserku lub zupki. Przyznam się bez bicia, że korzystałam i korzystam ze "słoiczków". Jeśli chcę wprowadzić mu coś nowego np. rybkę, wygodniej jest mi kupić już gotowy produkt, bo nie warto szykować całego garnuszka by mały zjadł tylko parę łyżek.

Jednak już drugi raz gotowałam mu zupkę i muszę przyznać, że bardzo mu ona smakuje. Sama bym się na nią skusiła! Wystarczyłoby ją tylko dobrze doprawić i dodać kluseczki. Pychotka! Przepis jest banalnie prosty, bazuje na zwykłym rosołku, ale bardzo smakuje mojemu małemu.



SKŁADNIKI:

ok. 1,5 - 2 l wody
2 liście laurowe
4 kuleczki ziela angielskiego
1 pierś z kurczaka
1 większa marchewka
1 większa pietruszka
kawałek selera
1 ziemniak
1 liść kapusty pekińskiej
4-5 łyżek stołowych kleiku ryżowego
1 łyżka masła

Do wody wrzucamy obrane i pokrojone w mniejsze kawałki warzywa, liście laurowe i ziele angielskie. Kroimy pierś z kurczaka na mniejsze kawałki i wrzucamy do reszty składników. Gdy woda zacznie wrzeć zmniejszamy ogień i pozwalamy zupie powoli się gotować przez około godzinę. Następnie wyciągamy z wywaru liście laurowe i ziele angielskie, dosypujemy kleik ryżowy i blendujemy naszą zupę. Dodajemy łyżkę masła i mieszamy.

Ja pakuję zupkę do słoiczków i gdy już wystygnie wkładam je niezakręcone do zamrażalnika. Dopiero następnego dnia nakładam zakrętki by słoiczki nie pękły.

Chętnie podjadam Sławkowi jego zupkę. Tak jak pisałam- wystarczyłoby ją bardziej doprawić, wrzucić kluseczki i mamy obiad dla siebie.
Jestem ciekawa jakie potrawy lubicie przygotowywać swoim maluchom. Macie swoje ulubione przepisy?

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 25 listopada 2013

Mama w domu nic nie robi

"Co Ty robisz w domu całymi dniami?
Nie nudzisz się tak siedząc w domu?
Skoro siedzisz teraz w domu to masz dużo czasu i możesz....

Żyjemy w XXI wieku, ale nadal wśród nas kwitnie przekonanie, że skoro kobieta nie pracuje zawodowo tylko zajmuje się dziećmi, to jest zwykłym leniem. Teraz, gdy urlop macierzyński został przedłużony do roku czasu, nie jedna z nas na pewno spotka się z przynajmniej jednym podejrzeniem o "nicnierobienie". Muszę przyznać, że takie gadanie naprawdę działa mi na nerwy i chociaż na ogół puszczam mimo uszu większość uwag tak nazywanie mnie leniem bardzo mnie rani.

Na zwolnienie lekarskie w ciąży poszłam gdy byłam w 5mc ciąży. Wcześniej pracowałam nawet 7 dni pod rząd po 12 godzin, ale praca w sklepie odzieżowym (chociaż później już tylko 8 godzinna) była dla mnie dość męcząca. Będąc w domu zajęłam się drugą częścią swoich obowiązków, czyli dbanie o dom, gotowanie itd. Miałam wtedy dużo czasu dla siebie i pozwalałam sobie na lenistwo. Jednak było u nas zawsze posprzątane, ugotowane i niezapowiedziani goście nie natykali się na skarpetki rzucone w kąt. Po narodzinach syna obowiązków przybyło. Minęło 8 miesięcy i muszę mieć teraz oczy dookoła głowy. Sławek szybko się przemieszcza, trzeba mieć go zawsze na oku, a czasy gdy siadałam sobie z herbatką i pisałam spokojnie notkę na bloga już dawno minęły.

Skoro siedzisz teraz w domu, to nauczę Cię robić na drutach/szydełkować, to zrobisz coś dla Sławka.
Skoro jesteś teraz w domu, to masz czas na...


Najbardziej irytujące jest to wtedy gdy takie słowa padają z ust innych matek. Mój dzień, to moje dziecko. Nie mam nikogo do pomocy, siedzę ze Sławkiem cały dzień sama. Mój syn wraz ze mną robi pranie, gotuje obiad, sprząta, odkurza. Tysiące kobiet w naszym kraju żyje tak samo, a tu nagle znajduje się taki rodzynek, który to musi nam szukać zajęcia, bo przecież się nudzimy. Nie pamiętam kiedy ostatnio się nudziłam, nie pamiętam kiedy ostatnio miałam chwilę dla siebie. Kiedy synek śpi ja najczęściej śpię z nim, bo muszę mieć siły na dalsze zabawy. W nocy to ja do niego wstaję, ja zmieniam pieluszki, karmię, ubieram. Do tego stopnia rozplanowałam zwykły dzień, że nie cierpi ani dom, ani mąż ani dziecko. Nie oczekuję noszenia na rękach za to, że dbam o rodzinę jak mogę najlepiej, ale niech nikt nie mówi, że kobieta w domu to nie ma nic do roboty.

Jak wygląda mój dzień? Tak jak wiele z nas wstaję między 6-7 (w nocy 3-4 pobudki), ogarniam mieszkanie (sprzątanie i odkurzanie), jem śniadanie, zmywanie, planowanie obiadu, zajmowanie się dzieckiem, robienie obiadu, zajmowanie się dzieckiem, kąpiel małego, 2 godziny spokoju, idę spać. Oczywiście wszystkie zajęcia przeplatają się opieką nad małym, bo jak pisałam wcześniej- Sławek towarzyszy mi wszędzie. Jeśli chcę na przykład umyć okna, planuję to parę dni wcześniej tak by móc zmienić wygląd jakiegoś dnia. Radzę sobie, zdaniem moim i męża, bardzo dobrze. Brakuje mi owszem czasu dla siebie, chwili by poczytać w spokoju gazetę czy urządzić sobie wspaniałe domowe SPA, ale co poradzę. Z koleżankami nie widziałam się już wieki, w kinie ostatni raz byłam na Walentynki, u fryzjera gdzieś w lipcu, wyspałam się ostatnio 8 miesięcy temu.

Uwielbiam być mamą, ale czasami pewne rzeczy po prostu działają mi na nerwy i nie raz, nie dwa mam wrażenie, że po prostu nie daję rady. Wkurza mnie to gadanie ludzi, że siedząc w domu kobieta nic nie robi. Moja mama otwarcie przyznaje się, że jest leniem, ale prawda jest taka, że to ona prowadzi cały dom, zimą odśnieża, pali w piecu, tnie drewno, a jak trzeba to maluje dach.
Dla wielu wciąż praca w domu, to nie praca. Szkoda.



Buziaki,
Aneta

czwartek, 14 listopada 2013

Królik w czerwonym winie

Bałam się przygotowywać królika. W naszej kuchni króluje kurczak, ale mąż królika kupił i trzeba było coś z nim zrobić. To drugi raz gdy go przyrządzam i ta wersja bardziej mi smakuje. Królika zaś dostaliśmy w Lidlu na promocji więc nie jest źle.

Królik był gościem głównym naszego niedzielnego obiadu. Dodatkami były tłuczone ziemniaki z marchewką i mizeria. W jego przygotowaniu sugerowałam się tym przepisem.



SKŁADNIKI:

tusza z królika
4 łyżki oleju
3 łyżki sosu sojowo0grzybowego
2 łyżki koncentratu pomidorowego
1 łyżeczka słodkiej papryki
1/2 łyżeczka mielonego czarnego pieprzu
2 ząbki czosnku
1 liść laurowy
1/3 szklanki czerwonego wina

Wszystkie składniki marynaty dokładnie mieszamy w misce, dodajemy drobno siekany czosnek i liść laurowy. Opłukanego i lekko osuszonego królika nacieramy dokładnie marynatą i zostawiamy go w niej na jakiś czas. Najlepiej byłoby zostawić go tak na noc, ale 2-3 godziny w lodówce również będą w porządku. Następnie wykładamy nasze mięso wraz z całą marynatą do naczynia żaroodpornego. Jeśli nie mamy pokrywki żaroodpornej możemy wykorzystać folię aluminiową (błyszczącą stroną w dół). Wkładamy mięso do nagrzanego na 180st piekarnika na 1,5 godziny.

Muszę przyznać nieskromnie, że królik wyszedł nam genialnie. Mięso było soczyste, pachnące i bardzo smaczne. Idealnie komponowało się ono z tłuczonymi ziemniakami (ziemniaki gniotę razem z mlekiem i masłem) z marchewką (wykorzystałam już wcześniej kupioną zasmażaną marchewkę) i mizerią. Obiad, dla mnie, bombowy.

Jeśli nie lubicie królika, lub z innych względów nie chcecie go jeść, marynata ta świetnie sprawdzi się też z kurczakiem. Tylko wtedy trzeba pamiętać by trzymać go krócej w piekarniku ;)

Buziaki,
Aneta

wtorek, 12 listopada 2013

Moja świąteczna Wishlist

Święta się zbliżają...
W Lidlu już w październiku można było kupić czekoladowe lizaki z Mikołajami, a teraz już wszędzie są świąteczne ozdoby i choinki. Nie wiem czy byłam w tym roku na tyle grzeczna by dostać od Dzieciątka prezent, a nie węgiel i oszkrabiny (obierki z ziemniaków), ale w razie czego (gdyby okazało się, że zasłużyłam na prezent) postanowiłam stworzyć swoją małą wishlistę.


Kompaktowy Tangle Teezer. Mam wcześniejszą wersję i już powoli dogorywa. Ząbki się powykrzywiały i szczotka zaczęła już straszyć w naszej łazience. Mam nadzieję, że jej kompaktowa wersja wytrzyma dłużej, a i będę ją mogła nosić ją ze sobą w torebce.


Regina Brett "Jesteś cudem". Będąc ostatnio w Empiku natrafiłam przypadkiem na tę książkę. Po przeczytaniu paru opisów w internecie stwierdziłam, że bardzo chciałabym ją przeczytać. "Brett dzieli się z nami opowieściami o tym, że szczęście zależy od nas samych – naszych wyborów i decyzji, które najczęściej nie są aż tak trudne, jak się z pozoru wydają. " (http://lubimyczytac.pl) Myślę, że byłaby dużą dawką pozytywnej energii.


Ocieplana kurtka z MOSQITO. Kiedyś nie spojrzałabym na nic gdzie byłby dodatek ze materiałów skóropodobnych. Teraz jednak coś mi się odmieniło i...ta kurtka naprawdę mnie zachwyciła. Zarówno na co dzień jak i na ważniejsze wyjścia. Tak naprawdę jedna kurtka robi nam już całą stylizację. Zakochałam się... ;)


Własna toaletka. (ikea.com.pl) Marzy mi się własny kącik. Miejsce gdzie mogłabym postawić swoje pędzle, kosmetyki, w spokoju usiąść i się umalować, albo po prostu poukładać swoje róże raz jeszcze. Na chwilę obecną nie mam takiego miejsca.


Ramki na zdjęcia o klasycznym wyglądzie. W dużym pokoju mamy wolną ścianę. Marzą mi się na niej piękne rodzinne zdjęcia, jakieś fajne obrazy czy plakaty motywujące. Ciągle jednak nie znalazłam niczego co wpadłoby mi w oko, albo było w dość przystępnej cenie :(


Wyjście do kosmetyczki. Nigdy nie byłam u kosmetyczki. Marzy mi się takie "wyjście dla mamy". Zrobić sobie włosy, brwi, maseczkę, pazurki....Zrelaksować się. Czas dla mnie bez zegarka w ręku i dzwoniącego telefonu. Ale ucieszyłby mnie też taki dzień tylko dla mnie w domu ;)

Marzy mi się jeszcze jedna rzecz, ale w sumie ciężko jest mi to nazwać "rzeczą". Chciałabym bowiem wybrać się na jakiś kurs administracji lub zarządzania. Nie mówię tutaj o studiach, ale o takiej szkole, która pomogłaby mi zdobyć nowe umiejętności nim wrócę na rynek pracy po okresie macierzyńskim. Ciężko to jednak zgrać z dzieckiem, karmieniem piersią i mężem w pracy.

Hmm... Nie pogardziłabym też jakimiś kosmetycznymi nowościami, ale nie mam nic konkretnego na oku ;) Macie już swoje wishlisty? Co chciałybyście znaleźć pod choinką?

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 11 listopada 2013

Najprostsze ciasteczka maślane

Dawno nie było żadnego przepisu:)
Nie boję się piec ciast, ale ciasteczka, to dla mnie czarna magia. Ciasteczka maślane są jednak tak proste, że raczej trudno coś w nich zepsuć. Idealne do kawy czy herbaty, a także do chrupania podczas oglądania filmu.



SKŁADNIKI:

3/4 kostki miękkiego masła
1 jajko + 1 żółtko
1 szklanka mąki pszennej
1/3 szklanki cukru pudru

Wszystkie składniki wrzucamy do miski i zagniatamy ciasto. Jeśli jest zbyt lepkie możemy dosypać trochę mąki. Podzieliłam ciasto na dwie części i do jednej dodałam łyżkę ciemnego kakao, zagniotłam i wstawiłam na chwilę do lodówki. Drugą część rozwałkowujemy do grubości ok. 0,5- 1 cm i wycinamy ciastka (można użyć foremek, szklanki albo z ciasta robić kuleczki i rozgniatać widelcem, dzięki czemu zyskają też fajny wzorek). Ciasteczka wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i wkładamy do nagrzanego do 180st piekarnika na ok.20 minut. Możemy je przed włożeniem posmarować białkiem i posypać cukrem. Po wyjęciu z piekarnika posypałam moje cukrem pudrem.

Smacznego!

Buziaki,
Aneta


PS. Zapraszam Was wszystkich na moje INSTAGRAMOWE KONTO oraz na FB. :)

sobota, 9 listopada 2013

TAG: RAW BEAUTY

Nie mam problemów czy kompleksów jeśli chodzi o wyjście z domu bez makijażu. Bardziej byłoby mi wstyd gdyby moje włosy wołały o szampon i porządne mycie ;) Dlatego też bardzo spodobał mi się TAG, do którego odpowiedzi widziałam już na paru blogach. Pokazać się rano bez makijażu? Żaden problem!



Jestem właścicielką krótkich i rzadkich rzęs, mam dość jasne brwi, widoczne cienie pod oczami, rozszerzone pory w okolicy nosa i czoła. Ale tak właśnie wyglądam i kocham to! Nie mogę zaś narzekać na stan swojej cery, bo dla mnie jest wręcz idealna. Wypryski pojawiają się raz na parę miesięcy i znikają w przeciągu max.2 dni, skóra mieszana stała się normalną i na co dzień używam minimalnego makijażu. Korektor pod oczy, puder, cień do brwi i tusz do rzęs, a czasami omiotę policzki jakimś różem lub bronzerem. Podkładów używam naprawdę sporadycznie, może raz w tygodniu.



Lubię spać w związanych włosach, a co drugi dzień nakładam na noc olejek z Alterry. Wybaczcie proszę ogólne zmęczenie na twarzy, mamy ostatnio ciężkie nocki z licznymi pobudkami, a od 3 do 4 urzędowałam z synkiem w dużym pokoju bawiąc się w najlepsze ;) Mamusie coś o tym wiedzą!

Jak często chodzicie bez makijażu? Czujecie się wtedy kobieco?
Z przyjemnością zobaczę więcej odpowiedzi na ten TAG.

Buziaki,
Aneta

czwartek, 7 listopada 2013

Może ombre?

Złapała mnie jesienna deprecha. Za oknem pochmurno i deszczowo, przestałam się czuć atrakcyjnie, nic na mnie dobrze nie leżało, źle mi się malowało i... Wkurzyłam się trochę. Postanowiłam coś zmienić, a najprościej było zmienić włosy. Wydało mi się jednak monotonne farbowanie na jeden kolor i pomyślałam o ombre.

2 tygodnie przed porodem byłam u fryzjera na farbowaniu i robieniu ombre. Zapłaciłam (dla mnie) całkiem dużo, a efekt był znikomy, praktycznie żaden. Wzięłam więc sprawy w swoje ręce. Dwa dni po pojawieniu się pomysłu z ombre wybrałam się do Rossmanna i zakupiłam rozjaśniacz do włosów.



Zdecydowałam się na produkt z Delii. Jego koszt był wręcz śmieszny- ok.7zł. W środku znajduje się:
- 1 saszetka z proszkiem rozjaśniającym (50g),
- 1 butelka z utleniaczem (50ml),
- 1 saszetka balsamu z ceramidami (15ml),
- para rękawiczek ochronnych.

Sposób przygotowania mieszanki jest tak samo prosty jak przygotowanie zwykłej farby do włosów gdy farbujemy się w domu. Po zmieszaniu w miseczce proszku rozjaśniającego i utleniacza otrzymałam sinoniebieską mieszankę przypominającą w konsystencji gęstą farbę plakatową o typowym ciężkim zapachu.

Jeśli chodzi o nakładanie farby na włosy, to z powodu konsystencji jest to dość oporne. Wpierw zobaczyłam parę filmów na YT na temat ombre i wykorzystałam jeden ze sposobów nakładania farby, a mianowicie- kosmyk włosów delikatnie skręcałam i wtedy zaczynałam nakładać farbę, później go prostowałam o nakładałam już do końcówek. Pomogło mi to uzyskać ładny kolor przejściowy. Po nałożeniu farby odczekałam 40 minut (farba wtedy wydawała się zasychać ;) ), a następnie normalnie umyłam włosy.

Jestem bardzo zadowolona z efektu! Włosy są owszem lekko przesuszone, ale staram się je regularnie nawilżać. W pewnych miejscach nie udało mi się uniknąć rozjaśnienia w linii prostej, ale nie rzuca się to tak bardzo w oczy. Musze przyznać, że taka zmiana na głowie bardzo dobrze mi zrobiła. Poczułam się świeżo, lekko i...seksownie.
Wiele osób pyta mnie czy nie bałam się tego robić sama w domu. Cóż, nie. Od lat farbuję włosy samodzielnie i dawno wyzbyłam się lęku przed tym jak wyjdzie mi to na głowie. A włosy to nie ręka, odrosną. :)



Podoba Wam się ombre? A może same macie je na swoich włosach?

Buziaki,
Aneta

środa, 6 listopada 2013

Zumba, zumba, zumba?

Pomysł z chodzeniem na zajęcia z zumby był nagły i równie szybko został przeze mnie wcielony w życie. Chciałam się zmęczyć. Chciałam zafundować sobie parę razy w tygodniu porządny wycisk, a jednocześnie oderwać się od codziennych obowiązków, zrelaksować się i po prostu wyjść do ludzi bez mojego malucha.

Wraz z koleżanką chodzimy na zajęcia dwa razy w tygodniu i trwają one godzinę. Na początku krótka rozgrzewka, później powtarzamy parę razy układ (jeden lub dwa, w zależności ile znamy) lub uczymy się nowego, a na koniec calm dowm, czyli ćwiczenia na wyciszenie, głównie rozciągające.

Pierwsze zajęcia były naprawdę ciężkie, ale zakończyłam je z uśmiechem na ustach. Przerwy jedynie na to aby się napić, ciągły ruch, strój i włosy mokre od potu. Ufff! Gdy wracałam do domu nie czułam nóg! Minął jednak miesiąc i jestem totalnie zachwycona tymi zajęciami. Bywa, że w ciągu godziny zajęć 7-8 razy powtarzamy jakiś układ. Jest to męczące, ale sprawia mi ogromną radość i satysfakcję gdy uświadamiam sobie, że pamiętam już kroki i nie męczę się już tak bardzo jak wcześniej.

Jakie są dodatkowe plusy? Stajemy się bardziej wytrzymałe, mamy większą świadomość własnego ciała i każdego wykonywanego ruchu, ćwiczy całe ciało, a pomimo zmęczenia jesteśmy totalnie szczęśliwe. Dodatkowo zajęcia pomogły mi złapać oddech w codziennych obowiązkach. Z wielkim podekscytowaniem oczekuję poniedziałku i środy gdy mają one miejsce. Wtedy mąż zostaje z małym na godzinę, a ja się urywam z domu. Mogę wtedy złapać oddech, zrobić coś dla siebie, pobyć wśród ludzi, przestać myśleć o obiedzie, praniu czy porządkach. Godzina przelatuje wtedy bardzo szybko ;)

Czy zauważyłam jakieś widoczne zmiany jeśli chodzi o wygląd mojego ciała? Cóż, moja waga nadal powolutku sobie spada. Na chwilę obecną ważę 66kg z groszami, a nie ważyłam tyle od 4 lat (!), ciało stało się bardziej wytrzymałe, wolniej się męczę.

Mam nadzieję, że moja przygoda z zumbą nie zakończy się szybko. Bardzo cieszą mnie te spotkania i ruch. Za 8 spotkań (2 razy w tygodniu) płacę 50zł. Korzystam z oferty MOKu. Na zajęcia potrzebny jest tylko strój, buty na zmianę, woda, ręcznik i dużo pozytywnego nastawienia.



A na listopad przygotowałam dość krótką listę postanowień. Mam jednak nadzieję, że uda mi się wcielić w życie jeszcze kilka małych planów. Zobaczymy :)


Chodziłyście na zumbę? Podobała Wam się? A może wolicie normalny fitness bez takich udziwnień? :)

Buziaki,
Aneta

środa, 30 października 2013

Podsumowanie październikowych wyzwań!



1. W końcu przebrnęłam przez książkę, którą zakupiłam jeszcze będąc w ciąży. J.K. Rowling "Trafny Wybór" naprawdę przypadła mi do gustu. Dodatkowo wciągnęła mnie do tego stopnia, że zrezygnowałam z paru popołudniowych drzemek z synkiem, aby ją dalej czytać.

2. 2 razy dziennie, czyli rano i wieczorem, wcierałam w swój brzuszek produkt marki Eveline Slim EXTREME 4D. Produkt ten bardzo przypadł mi do gustu- dobrze nawilża skórę i muszę przyznać, że w moim przypadku brzuszek bardzo fajnie się ujędrnił.


3. Nie udało mi się powrócić do ćwiczeń z Ewką, ale za to zapisałam się na zumbę. Zaś po odzyskaniu maty do ćwiczeń powróciłam do wieczornego wyginania się na niej, chociaż nie jest to tak regularne jakbym tego chciała.

4. Udało się! W mojej szafie zrobiło się luźniej. Efekty był dość przerażający, bo zostałam z jedną parą spodni i jednymi legginsami, reszta okazała się dużo za duża. Dodatkowo ok. 8 par butów trafiło na moją czarną listę.
CZĘŚĆ MOICH UBRAŃ TRAFIŁA NA ALLEGRO


5. Ciężko określić, czy te wieczory były romantyczne... Jeśli oglądanie nowego sezonu the Walking Dead takim jest, to wieczór był udany ;)

6. Czas może i miałam, ale sił brak. Nigdy nie był to pełny wieczór tylko dla mnie. Wszystko raczej robione na szybciora z nasłuchiwaniem czy Sławek przypadkiem się nie budzi. :( Udało mi się jednak parę razy nałożyć maseczkę, pomalować paznokcie odżywką czy nałożyć oliwkę na włosy.

7. Udało się w 100%! Byliśmy na basenie chyba 3 razy. Sławek bardzo go lubi. Jeśli zaś chodzi o to co zakładamy małemu do kąpieli, to są to specjalne pieluszki do pływania marki DADA.

8. Zdarzyło się raz... Granat. Na początku mi się nie podobał, ale teraz przywykłam :)

9. Przejrzałam wiele zdjęć ze stron z inspiracjami. Spodobały mi się tam matowe legginsy a`la skóra, które udało mi się zakupić na Allegro. Dodatkowo znalazłam mnóstwo inspiracji w kategorii fitness, do dzieła!

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 21 października 2013

Jeszcze wiele pracy przede mną!

Od chwili gdy rozpoczęłam swoją "metamorfozę" minęło już 5 miesięcy. W maju startowałam z wagi 80kg przy czym moja waga przed ciążą wynosiła 70 kg. Na chwilę obecną myślę, że jest całkiem nieźle. Dziś rano moja waga łazienkowa pokazała mi magiczne 67kg, czyli ważę już 3kg mniej od wagi docelowej.

Widzę naprawdę duże zmiany w swoim ciele- moja pupa i uda zmniejszyły się i spodnie, które kupiłam przed zajściem w ciążę, są na mnie o jakieś 2 rozmiary za duże (a tak je lubiłam....). Czuję się dużo lżejsza i sprawniejsza. Cellulit na udach i pośladkach stał się dużo mniej widoczny.

Mimo, że osiągnęłam już swój cel jeśli chodzi o wagę, to nie mam zamiaru zrezygnować ze stylu życia, który u siebie wprowadziłam. Utrzymanie i ulepszanie tego co jest będzie jednak dużo trudniejsze niż sama droga do tego etapu. Lenistwo, to ciężka choroba i trzeba z nią walczyć wszystkimi dostępnymi środkami.

Tak więc wraz z koleżanką zapisałam się na zajęcia z zumby. Jestem już po paru spotkaniach i muszę przyznać, że jestem bardzo z nich zadowolona. Pomimo tego, że ćwiczyłam w domu, to tam tak naprawdę poczułam czym jest porządny wysiłek. Zajęcia mam 2 razy w tygodniu, a po każdym spotkaniu mój strój nadaje się tylko do prania, bo tak bardzo jest przepocony.

Na chwilę obecną postanowiłam skupić się na brzuchu i talii. Moja koleżanka wykonała a6w i jej efekty naprawdę przypadły mi do gustu więc zastanawiam się nad podejściem do tego treningu. 2 razy dziennie wsmarowuję w te partie ciała balsamy ujędrniające. Skóra na brzuchu po ciąży jest jeszcze luźniejsza i wiotka.
Mam też problem z posiłkami. Rzadko jem normalny obiad, raczej są to potrawy szybko wykonane. Mój maluch zajmuje dużą część mojej uwagi przez co zapominam o tak mało istotnych rzeczach jak jedzenie. Czasami pod koniec tygodnia uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie jadłam nic porządnego. Staram się jednak unikać słodyczy.





Jestem ciekawa czy ktoś z Was robił już a6w. Byłyście zadowolone z efektów? Co polecacie na wypracowanie lepszego brzucha?

Buziaki,
Aneta

piątek, 18 października 2013

Mój ślub- krok po kroku

Ze ślubami bywa różnie... Jedni od początku mają bajkową wizję tego dnia, miesiącami przeglądają katalogi sukien ślubnych, a od lat już wiedzą jakiego smaku będzie tort weselny. Każda panna młoda ma jednak inną wizję tego dnia i trzeba to uszanować.

Wraz z moim ówczesnym narzeczonym (obecnie mężem) ustaliliśmy już na początku, że nasz ślub ma być bardzo kameralny i tego się trzymaliśmy. Przerażała nas wizja wzięcia kredytu na kilka lat tylko po to by zadowolić ciocię, którą widzieliśmy raz w życiu. Tak więc nie mieliśmy zespołu, a DJ-a ; ja umalowałam się sama, a chwilę przed tym umalowałam jeszcze moją mamę; biżuterią ślubną została biżuteria, którą podarował mi kiedyś mój narzeczony; a samochód pożyczyliśmy od mojego brata.

Wiem, że niektórych może to przerażać. My jednak byliśmy tego dnia bardzo szczęśliwi i bardzo dobrze wspominamy ten dzień. Gdybyśmy mieli go powtórzyć zrobilibyśmy wszystko tak samo.
Chciałabym jednak w paru punktach przedstawić Wam kolejność organizacji wszystkiego. Z racji tego, że ślub był kameralny ominęłam parę punktów, z którymi mogą się spotkać inne panny młode. Ślub też został zorganizowany w przeciągu 8 mc.

1. Ustalenie daty ślubu.
Niektórzy wybierają datę pierwszej randki czy pierwszego pocałunku. Tradycyjne śluby odbywają się w soboty, ale coraz częściej wybiera się też dni w tygodniu, my np. wybraliśmy czwartek. Wtedy mamy niemal pewność, że nasza wymarzona sala będzie wolna. (8 mc przed dniem ślubu)

2. Zaklepujemy datę w kościele.
Można udać się do kancelarii samemu, ale fajniej jest iść z partnerem. W kancelarii dowiemy się jakie dokumenty powinniśmy złożyć, kiedy odbywają się Nauki Przedmałżeńskie i/lub Dni Skupienia. (6 mc przed ślubem)

3. Zamawianie lokalu.
My zdecydowaliśmy się na kameralną restaurację typu "piwnica". Mieli wyśmienite jedzenie, przystępną cenę i idealnie do nas pasowała. Podczas spotkania omówiliśmy wstępne menu, które zostało mi później przesłane na skrzynkę meilową. Mogłam nanieść poprawki lub coś wykreślić jeśli miałam na to ochotę. Jak oczywiście wyszło w praniu- zostało nam mnóstwo jedzenia, a jedno danie w ogóle nie zostało podane. (6 mc przed ślubem) Restauracja Stary Zdrój

4. Nauki Przedmałżeńskie, Dni Skupienia Dla Narzeczonych i Poradnia Życia Rodzinnego.
Każdy kto ma to przed sobą jest nieźle spanikowany. Ja jednak wspominam te zajęcia jako coś fantastycznego. Więcej o nich dowiecie się tutaj- Nauki Przedmałżeńskie , Poradnia Życia Rodzinnego. (ok.5 mc przed ślubem)

5. Zamówienie zaproszeń.
Zaproszenia zamówiłam na Allegro. Było to dla mnie dużo wygodniejsze, a i spokojniej mogłam pooglądać różne wzory. Musimy jednak liczyć się z tym, że jeśli planujemy skromną imprezę z niewielką ilością gości będziemy musieli zamówić ciut więcej zaproszeń. W naszym przypadku minimalna ilość zamówionych zaproszeń wynosiła 20szt, a potrzebowaliśmy ich dużo mniej. (ok.5-4 mc przed ślubem)

6. Zbieranie potrzebnych dokumentów.
Z tym miałam chyba najwięcej zamieszania: z Urzędu Miasta musiałam odebrać swój akt urodzenia (ok.80zł), z parafii gdzie byłam ochrzczona potrzebny był odpis aktu chrztu z adnotacją o przyjęciu sakramentu bierzmowania (ciekawostka: moja ówczesna parafia nie wysłała informacji o przyjęciu przeze mnie tego sakramentu -przez 10lat!) oraz zaświadczenie z mojej ówczesnej parafii, że byłam bierzmowana. Wnioski z parafii mogą być odebrane np. przez naszych rodziców, a z opłatami bywa różnie- w moim przypadku one nie wystąpiły. (ok.3mc przed ślubem)

7. Suknia ślubna.
Tym chyba żyje każda panna młoda. Miałam sukienkę szytą na zamówienie u mamy mojej koleżanki. Pomysł na nią znalazłam na Allegro, a pierwsze spotkanie z krawcową gdzie omawiałyśmy szczegóły (wygląd sukienki, pobieranie wymiarów) odbyło się mniej niż 3 miesiące przed ślubem. Sama sukienka była zaś szyta niemal 1,5mc przed imprezą. Buty zakupiłam dużo wcześniej, bo w okolicach lutego-marca gdyż akurat trafiłam w Deichmannie na takie, które mi się podobały. Koszty sukienek są naprawdę różne, ja za swoją dałam 600zł.


8. Wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego.
Składamy tam wniosek o wydanie dokumentów do ślubu konkordatowego, ustalamy jak będzie brzmiało nasze nazwisko po ślubie i jakie będą nosić nasze dzieci. Jest to oczywiście płatne.(ok.1,5 mc przed ślubem)

9. Fotograf.
I znów poratowała nas moja koleżanka polecając nam fotografa. Był to jej znajomy, który jakiś czas wcześniej rozpoczął pracę w tym zawodzie. Przed spisaniem umowy widziałam parę jego zdjęć i spodobały mi się. Jestem bardzo zadowolona zarówno ze zdjęć ze ślubu jak i późniejszej sesji. Muszę jednak podkreślić, że fotograf nie był na całym weselu, a jedynie towarzyszył nam do wejścia na salę. Później zdjęcia robiła rodzina. (1,5 mc przed ślubem)

10. Protokół Małżeński
Spisujemy go ok. miesiąca przed ślubem. Zabieramy ze sobą wszystkie dokumenty + ostatnie świadectwa szkolne z informacją o odbytej katechezie. Protokół nie jest niczym strasznym. Dostaliśmy na tym spotkaniu karteczki do spowiedzi, a ja otrzymałam kartkę do wywieszenia na zapowiedziach w mojej parafii. Sam wygląd i pytania z protokołu spokojnie znajdziecie w internecie. (ok.1 mc przed ślubem)

11. Fryzura ślubna.
Wiele kobiet chodzi kilka razy do fryzjera nim znajdzie tą idealną fryzurę. Ja wybrałam się raz i niemal od razu wyszłam z tym co chciałam mieć. Byłam bardzo zadowolona. Włosy farbowałam wcześniej samodzielnie.( parę tygodni przed ślubem- u mnie były to ok.2)


12. Zakup garnituru dla pana młodego.
To była jedna z ostatnich rzeczy jaką organizowaliśmy, a powinna mieć miejsce dużo wcześniej. Nie miałam wizji jeśli chodzi o to jak powinien w dniu ślubu wyglądać mój mąż. Dla mnie mógłby nawet wystąpić w dresie. Garnitur, który wybraliśmy miał przede wszystkim podobać się jemu. Chciałam by czuł się w nim dobrze, swobodnie i mógł go w przyszłości znów wykorzystać.( tydzień przed ślubem)

13. Bukiet ślubny.
Wykonała go znajoma kwiaciarka. Wymyśliłam sobie prosty bukiet z czerwonych róż, który pasowałby do butów. Dostałam też od niej kwiatki, które zostały mi wpięte we włosy.(tydzień, a nawet parę dni przed ślubem)

14. Spowiedź przedślubna.
Dzień przed ślubem. Ze spowiedzią jest tak- jeśli mieszkacie razem obowiązuje Was tylko jedna spowiedź, jeśli nie- są dwie. Nie macie się czego bać, ja swoją wspominam bardzo dobrze.

Przed ślubem wiele osób mówiło mi, ze nie dam rady sama się umalować, że będę zbyt zestresowana. Bzdura! Swój makijaż wykonałam spokojnie, wszystko poszło tak jak chciałam, a nawet umalowałam dodatkowo moją mamę. Makijaż wytrzymał całą noc i byłam z niego bardzo zadowolona.

Ups! Pominęłabym kwestię obrączek. (Znów) Koleżanka poleciła mi prywatnego jubilera, którego ceny były naprawdę przystępne. Wcześniej zawitaliśmy w Aparcie, Kruku i YES, ale tam ceny przewyższały nasze zarobki kilkakrotnie. Trochę to przerażające...

Organizacja ślubu tylko na początku wydaje się być trudna i nie do ogarnięcia. Impreza była skromna i mała (mniej niż 30 osób), ale była niesamowicie ciepła i rodzinna. Taka jaką sobie wymarzyliśmy...

Buziaki,
Aneta

sobota, 5 października 2013

Pourodzinowe szaleństwo zakupowe!

Z racji faktu, że we wrześniu skończyłam 26 lat (do 30stki bliżej niż dalej ;) ) mogłam sobie pozwolić na niemałe szaleństwo zakupowe. Dostałam odgórny nakaz "Kup coś dla siebie! więc poddałam mu się i ruszyłam na zakupy.
Oprócz wielu kosmetyków, które wpadły w moje ręce udało mi się też zakupić kilka ubrań.

Ciekawi co zakupiłam? Zapraszam :)



Będąc w Rossmannie zakupiłam sobie (od lewej) Eveline Slim Effect 4D i 3D, czyli balsamy mające na celu wyszczuplić i ujędrnić nasze kobiece ciałka. Były na promocji, a ja stosuję je by ujędrnić brzuszek więc wzięłam dwa. Z Bielendy Sexy Mama zakupiłam balsam do pielęgnacji biustu. Chciałam mieć produkt, który zadba o biust podczas karmienia, ale będzie bezpieczny dla malucha. Ten zaś zapewnia, że takowy jest. Biedronkowe BeBeauty, które naprawdę bardzo lubię i używam od wielu miesięcy- micelarny żel nawilżający do mycia twarzy i płyn micelarny, który stosuję do demakijażu oczu. Sprawdzają się u mnie świetnie!
Zmywacz do paznokci Isana i szampon do włosów z Ziaji, to również dwa produkty, które są w naszym domu już od miesięcy.
Postanowiłam wypróbować 3 minutową maseczkę do włosów Aussie, ale sięgnęłam po mniejsze opakowanie. Użyłam na razie parę razy, ale nie mam wyrobionego zdania. Zostając w temacie włosów- zakupiłam także farbę z Syoss, która była aktualnie w promocji, w kolorze "słodki brąz". Zobaczymy co mi z tego wyjdzie.
Z pielęgnacyjnych gadżetów do mojego koszyka wpadły gąbeczki do zmywania maseczek (świetne, chociaż ciężko je z czasem domyć!) i żelowa maska na oczy. Na ową maskę czaiłam się już długi czas i jestem nią totalnie zachwycona. Trzymam ją w lodówce i super sprawdza się gdy boli mnie głowa lub chcę się zrelaksować, a dodatkowo efekt wzmacnia nałożenie kremu pod oczy. Dalej oczywiście standardowo- maseczki Ziaja, które uwielbiam.



BIOLIQowe zakupy na Allegro! Serum rewitalizujące, które recenzowałam ostatnio (bardzo mi odpowiada!) oraz zestaw 3 kosmetyków z linii 35+- krem pod oczy, krem intensywnie odbudowujący na noc i krem przeciwdziałający oznakom starzenia. Zdecydowałam się na serię 35+ z racji, że w przeciągu ostatnich miesięcy straciłam dużo na wadze i chcę ujędrnić skórę twarzy. Co ciekawe, po porodzie moja cera z mieszanej stała się normalną w stronę suchej. Najbardziej nie mogę się doczekać pierwszego użycia kremu na noc!



Sweter zakupiony w Takko Fashion za szalone 39,99zł. Zobaczyłam go w gazetce promocyjnej i bardzo chciałam go chociaż zobaczyć. Dostępny w wielu kolorach (szary, żółty, biały, zielony, czarny), bardzo wygodny i ciepły. Świetnie sprawdza się z legginsami.



Kolejny sweter, tym razem zakupiony w internetowym sklepie TCHIBO za 79,99zł. Rękaw 3/4, również bardzo wygodny i ciepły. Pod spód zakładam bokserkę lub podkoszulkę i świetnie się prezentuje.



W październiku idziemy na wesele i musiałam kupić sobie sukienkę. Udało mi się dorwać naprawdę śliczną w Reserved za szalone 59,99zł. Była ostatnia i to jeszcze w rozmiarze S(!), ale leży na mnie idealnie i bardzo mi się podoba. W tym samym sklepie zakupiłam także marynarkę- 129,99zł. Jest ona granatowa, ciut grubsza, z poszewką w cienkie paski i możliwością wywinięcia rękawów. Zmieściłam się w rozmiar 38.





Jak sukienka już jest, to trzeba kupić też buty. Z racji tego, że nie posiadam żadnych eleganckich butów na wyjście skierowałam się do Deichmanna i znalazłam fajne buty na obcasie, które są bardzo wygodne za 69 zł.



Nawilżacz powietrza jest wręcz niezbędny odkąd grzejniki zaczęły grzać i nasz maluch zacząć źle sypiać z powodu suchego powietrza. W Biedronce zaś capnęłam 3 antyalergiczne poduszki z fajnymi poszewkami i serwetki pod talerze w wesołą kratkę.

Tutaj mam bransoletkę, którą wygrałam w konkursie Dove na Facebooku.


A tak mniej więcej prezentuje się sukienka i żakiet na mnie. Muszę przyznać, że leżą naprawdę dobrze!



Uffff, to była długa notka! Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca. Dawno nie robiłam zakupów tylko dla siebie, a teraz czuję się naprawdę dopieszczona. Kolejna taka możliwość nastąpi... za rok? :)

Buziaki,
Aneta