niedziela, 31 lipca 2011

Salceson- ciasto z jabłkami, cynamonem i kakao

Jeśli czytając pierwszy człon tytułu pomyśleliście przez moment, że będę Wam pokazywać jak wykonać wyrób podrobowy o nie za ciekawym wyglądzie- mylicie się. No, ale na ogół takie jest zawsze pierwsze skojarzenie gdy opowiadam znajomym o tym cieście.

Obiecuję Wam jednak, że jest ono pyszne, aromatyczne i...ładne. Moja mama robi je już od wielu lat, ale dziś pierwszy raz robiłam je sama. Wpierw jednak pokażę Wam jak wyglądało ono w piekarniku abyście uwierzyli, że nie ma ono nic wspólnego z mięsem.



SKŁADNIKI
2 szklanki mąki pszennej/tortowej
1 szklanka cukru ja zawsze używam białego
5 jajek
1 szklanka oleju ja dodałam 3/4 i było w porządku
1 opakowanie cukier wanilinowego
2-3 łyżki ciemnego kakao ja używam tego z wiatraczkiem
2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczka sody oczyszczonej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
5-6 jabłek średniej wielkości

Najbardziej mozolna część to dla mnie obieranie i krojenie jabłek w kostkę. Ja obrałam 6 sztuk, bo były nie za duże.

Następnie musimy utrzeć cukier z jajkami, a pozostałe suche składniki zmieszać ze sobą.
Przelewamy jajka do naszych "suchych składników", dodajemy olej. Możecie wymieszać masę mikserem, ale jest ona bardzo gęsta i ciężko to wychodzi. Dobrze by było mieć wtedy dość dużą miskę.
Dodajemy jabłka pokrojone w kostkę. Możecie użyć do wymieszania tego wszystkiego łyżki czy warzechy, ale ja na ogół używam do tego własnych rąk. Mam wtedy pewność, że ciasto dobrze się połączy z jabłkami, a i one dobrze się rozłożą w masie.

Blachę smaruję margaryną i wysypuję bułką tartą. Przekładam masę i rozprowadzam ją. Może być ciężko, ale po chwili wszystko ładnie się rozłoży.

Wkładamy do nagrzanego piekarnika 175stop. C na 45-50 minut.

Do ciasta możemy dodać jeszcze bakalie, orzechy czy rodzynki- na pewno będzie pyszne!





Smacznego!

piątek, 29 lipca 2011

GOFRY- na szybko

Prawda jest brutalna- jestem uzależniona od gofrów. Jeśli gdzieś widzę, że je sprzedają- muszę je mieć. Gdy moja mama kupiła parę lat temu gofrownicę długo szukaliśmy dobrego przepisu na owy przysmak. Oczywiście do gofrownicy dołączona była książeczka z paroma przepisami na nie, ale...zgubiła się.

Na szczęście mamy internet! Tam też znalazłam bardzo prosty i szybki przepis na gofry, które do tego zawsze wychodzą pyszne.



Składniki (mamy z nich ok.6-8 porcji, łasuchom radzę podwoić)
1 szklanka mleka ja używam 3,2%, ale sądzę, że nie ma znaczenia jakie wybierzecie
1 szklanka mąki pszenna/tortowa
1 jajko białko oddzielamy od żółtka
3 łyżki oleju stołowe, a olej może być (tak sądzę) dowolny
1 łyżeczka proszku do pieczenia, ale ja zawsze sypię "na oko"


Na samym początku ubijamy pianę z białka (dobrze dodać do niego szczyptę soli- wtedy lepiej i szybciej się ubije). W osobnej misce mieszamy żółtko, mleko, mąkę, proszek i olej. Następnie dodajemy pianę i delikatnie mieszamy łyżką. Ciasto powinno być lejące, ale puszyste. Jeśli uważamy, że jest zbyt rzadkie możemy dodać jeszcze odrobinkę mąki.
Rozgrzewamy gofrownicę (ja często włączam ją gdy ubiję już pianę) i smarujemy ją odrobiną oleju (pędzelki w ruch!). Na jedną porcję składają się ok. 2,5-3 łyżki ciasta. Pieczemy do czasu aż gofry zarumienią się lub będą wyglądały jak porządnie przypieczona.
Po wyciągnięciu posypuję je cukrem pudrem lub nakładam dżem. Można oczywiście ubić śmietankę kremówkę (30% wcześniej powinna być schłodzona) i udekorować ulubionymi owocami.

Jeśli chodzi o gofrownicę, to nie jest to w sumie tak drogi zakup jak mogłoby się wydawać. W sklepach znajdziemy je już od ok.30-40zł. Mała rzecz, a jak cieszy!


A Wy lubicie gofry? Podobają Wam się w ogóle takie notki z przepisami? :)

czwartek, 28 lipca 2011

Ziaja, Nuno, Antytrądzikowy krem tonujący

Wszycy mają, mam i ja!

Gdy pierwszy raz zobaczyłam na jakimś filmiku na YouTube owy krem tonujący z Ziaji zastanawiałam się po co to tak naprawdę. Jednak zaczęło robić się ciepło, przyszło lato i...nagle okazało się, że podkład ze mnie spływa, jest za ciężki, kiepsko się prezentuje (chociaż wcześniej wyglądał naprawdę dobrze) i czułam się bardziej ubrudzona czymś na twarzy niż jakbym miała makijaż. Postanowiłam więc wypróbować Ziajkę, bo co jak co, ale Ziaja zawsze mi pasowała.

Nie wiem jak u Was, ale ja dorwałam ten krem dopiero w drugiej Naturze, a w Rossmannie w ogóle ich nie było. Wybrałam sobie kolor 01 naturalny, i jeśli przy pierwszym nałożeniu pomyślałam "Przecież jest za ciemny?!" tak teraz uważam go za coś świetnego.
PLUSY
- cena: 6-9zł, w zależności od miejsca zakupu,
- pojemność: 60ml, czyli dwa razy więcej niż tradycyjny podkład,
- wydajny, niewielką ilością pokryjemy cała buzię,
- świetnie współpracuje z pudrem/bronzerem/różem, bałam się trochę, że "krem" będzie z nimi wyglądał fatalnie, ale efekt jest niemal idealny jak ze zwykłym podkładem,
- tuszuje mniejsze niedoskonałości, zaczerwienienia, jeśli mamy buzię w niezłym stanie wystarczy nam tylko on,
- wyrównuje koloryt skóry, buzia ma ładny zdrowy odcień, świetnie się w nią wtapia,
- nawilża, skóra jest mięciutka i promienna,
- nie schodzi plamami, bałam się, że jeśli podczas upałów się spocę moja buzia nie będzie wyglądać zbyt ciekawie, ale myliłam się :)
- z pudrem efekt matowej skóry utrzymuje się do ok.4 godzin, ale później moja buzia, chociaż nie jest już matowa, nadal wygląda dobrze,
- nie zapycha porów,
- świetny dla młodych dziewczyn idealny zamiennik podkładu

MINUSY
- dostępność- nieźle się go naszukałam!
- opakowanie trochę niepraktyczne, bo może nam się wylać zbyt dużo produktu (chociaż ma kremową konsystencję jest dość lejący), trzymam go w pozycji leżącej gdzie nakrętka jest odrobinę uniesiona,
- zapach mi on nie przeszkadza, ale innych może drażnić,
- dwa odcienie kolorystyczne 01 naturalny i 02 opalony- nie wszystkim może pasować,
- nie zakryje większych wyprysków czy cieni pod oczami, tutaj trzeba użyć korektora.

Musze przyznać, że na chwilę obecną krem tonujący z Ziaji, to mój ulubiony kosmetyk. Świetnie sprawdza się jako letnia alternatywa podkładu, gdy nie chcemy buzi obciążać niczym ciężkim, a jednak nadal chcemy wyglądać promiennie. Podoba mi się w nim to, że chociaż mam go na buzi cały dzień, to pod koniec dnia ciągle wygląda ona nieźle. Jestem bardzo zadowolona z tego zakupu!


A Wy używacie kremów tonujących w okresie wakacji? Jakie są Wasze ulubione?

niedziela, 24 lipca 2011

Tanio i fajnie: Miss Sporty - Perfect Colour Lipstick

Lubię szminki. Zdecydowanie wolę je bardziej od błyszczyków. Nie jestem jednak w stanie wydać na ten produkt więcej niż 20zł, a nawet ta cena sprawia, że zastanawiam się trzy razy czy warto. Wiem też, że wiele młodych osób ma tak samo.

Dlatego chciałam Wam dziś powiedzieć parę słów o całkiem niezłych szminkach firmy Miss Sporty. Są one dostępne w Rossmannie i kosztują w granicach 6-8zł. Często też można trafić na ich promocję, wtedy warto na nie spojrzeć.

Posiadam trzy szminki z serii Perfect Colour Lipstick (wydaje mi się, że są dwie wersje szminek, bo kiedyś widziałam je w dwóch wersjach cenowych) - są to:

121 BIG LOVE moja ulubiona! Odcień przygaszonego różu, bardzo naturalna w moim przypadku.

119 LOVELY Róż wpadający w czerwień.

020 STRIP-TEASE Beż wpadający lekko w złoto. Delikatny nude.



Całkiem ładne granatowe opakowanie skrywa, jak czytałam, 4g produktu, czyli taki standard. Szeroka gama kolorystyczna (od róży po brązy) sprawia, że każda z nas może znaleźć coś dla siebie. Szminki łatwo rozprowadzają się na ustach nadając im ładny kolor. W zależności od koloru jest on przy pierwszej aplikacji mniej lub bardziej intensywny. Usta nie są matowe, mają delikatny połysk, który bardzo ładnie się prezentuje. Dobrze jest jednak przed jej nałożeniem użyć Carmexu lub jakieś innej pomadki nawilżającej - wtedy szminka robi się bardziej kremowa, lepiej i dłużej trzyma się na ustach. Producent zapewnia nas także o jej właściwościach nawilżających. Ja jednak nie mogę nic o nich powiedzieć ponieważ zawsze używam pomadkowej "bazy" przed ich użyciem.



Mam chyba jedno zastrzeżenie co do tych szminek- zapach. Jest on jakby pudrowy i czasami może przeszkadzać podczas podczas aplikacji.

Jeśli nie chcecie wydawać dużych pieniędzy na szminki, albo nie używacie ich często przez co boicie się, że droższy produkt może się zmarnować w Waszej kosmetyczce- myślę, że szminki MISS SPORTY są dobrym rozwiązaniem. Każda z nas znajdzie w nich coś dla siebie i to za nieduże pieniądze.

Jestem ciekawa ile z Was woli szminki od błyszczyków ;)

sobota, 23 lipca 2011

TAG: 7 makijażowych faktów o mnie

Kto lubi TAGi? Ja lubię. Zawsze dowiem się czegoś ciekawego o innych osobach, które znam i lubię. Mam dziś dla Was znów parę informacji o mnie. BTW, te TAGi to prawie jak Złote Myśli (przyznać się, kto prowadził taki w szkole!).



Zasady są bardzo proste:

1. Napisz kto przyznał ci nagrodę
2. Napisz 7 makijażowych faktów o sobie
3. Przekaż nagrodę 15 następnym blogerkom


TAGowała mnie urocza właścicielka tego oto bloga KLIK! Dziękuję Ci princetonxgirl !

FAKTY:

1. Pod koniec drugiej klasy liceum zaczęłam używać czarnej kredki do oczu, później czarnego cienia do powiek i to przez długi czas był mój jedyny makijaż. Słuchałam wtedy Avril Lavigne i chciałam malować się jak ona.

Swoją drogą- uwielbiam jej płytę "UNDER MY SKIN"


2. Czasami miałabym ochotę pozbyć się wszystkich moich kosmetyków i mieć parę fajnych i dobrych, których bym na pewno używała. Męczy mnie czasami posiadanie tylu cieni, kredek, róży etc. Dlatego też dawno nie kupowałam nic z kolorówki.

3. Nie lubię błyszczyków. W życiu kupiłam chyba tylko jeden, a te co mam dostałam od pewnej cudownej osóbki. Nie mam pamięci by je nakładać, nie lubię jak wszystko potem klei mi się do ust czy zostawiam potem ślady na kubkach.

4. Ciężko wychodzi mi malowanie kresek. Robiąc to płynnym eyelinerem najczęściej marzę sobie jeszcze po rzęsach, potem mam problem z ich wytuszowaniem, bo zaczynają się sklejać strasznie. Nie potrafię też robić kresek kredką, eyelinerem w żelu etc. i na każdym oku mam inną "końcówkę". Zawsze.

5. Rzadko przejmuję się terminem ważności. Na ogół zużywam coś do końca. Nie pozbywam się tuszy po 3 miesiącach tylko gdy nie nadają się do użytku. No chyba, że jest to np. krem do twarzy i podejrzewam, że stoi sobie już tak naprawdę duuuużo czasu.

6. Nigdy nie śpię w makijażu. Nigdy, przenigdy! Zawsze go zmyję.

7. Ciągle szukam idealnego korektora by zatuszować moje cienie pod oczami. W mojej rodzinie to dziedziczne, nie jest to spowodowane chorobą czy brakiem witamin. Chciałabym mieć korektor, który ładnie rozświetli mi oczy i właśnie ukryje owe cienie.

+ BONUS ode mnie

Czasami po wykonaniu całego makijażu, gdy naprawdę się do niego przykładam, siadam przed lusterkiem i mam wrażenie, że jestem brudna, że moja twarzy jest oblepiona czymś nieprzyjemnym i mam ochotę to wszystko zmyć za jednym razem.

Taaaaak, to dziwne.... :)

Osoby, które TAGuje, to przede wszystkim wszystkie te, które chciałaby na ten TAG odpowiedzieć! A tak poza tym, to wybieram:

http://amore-cosmetici.blogspot.com/
http://gusia2205.blogspot.com/
http://lusterko-em.blogspot.com/
http://glamispink.blogspot.com/
http://mojakosmetykomania.blogspot.com/
http://theoleskaaa.blogspot.com/
i dalej już resztę, która mnie obserwuje, prowadzi blogi i chciałaby wziąć w tym udział!

Czy jakieś z moich FAKTÓW pokryły się może z Waszymi?

Pomadki Lotta Luv

W zeszłym roku, dzięki uprzejmości sklepu Butik4Girls miałam możliwość przetestowania Lip Smakersów. Notkę na ten temat możecie zobaczyć tutaj. Ostatnio zaś w moje ręce wpadły nowe produkty, które owa firma oferuje, a są to pomadki z serii Lotta Luv.



Tak więc... Co miałam możliwość przetestowania?

<- Odżywczy balsam do ust Cupcake Chocolate Vanilla Sprinkles Lip Balm - o smaku babeczki czekoladowej z kremem waniliowym i kolorową posypką Cena: 9,90zł 4,2g

Odżywczy balsam do ust o smaku Lodów z Polewą Truskawkową - Scented Strawberry Sundae Lip Balm Cena: 9,75zł 4,2g ->

Praktyczna postać sztyftu zapewnia nam higieniczną aplikację produktu na usta. Nie zauważyłam też by naklejka się zdzierała (jak to miało miejsce w LipSmakersach). Pomadki mają bardzo ładny zapach, który na pewno nie kojarzy się chemicznie. Pozostawiają na ustach delikatny kolor, co jest świetną sprawą dla młodych dziewczyn, które nie używają jeszcze szminek. Są lekkie, ale jednocześnie ładnie nawilżają usta. Idealny produkt do torebki! Dobrze też sprawdza się jako baza pod pomadki czy błyszczyki. Nie klei ust. Idealny, moim zdaniem, produkt na lato. Producent jednak zapewnia nas, że z racji iż produkty te dobrze znoszą wysokie i niskie temperatury- sprawdzą się też dobrze zimą. Ja myślę jednak, że jest to świetna letnia alternatywa dla popularnego Carmexu.


Soczysty błyszczyk w tubce o smaku arbuzowym - Squeeze Juicy Shiny Lip Gloss Watermelon Cena: 12,95zł 9g

Bardzo podoba mi się forma aplikacji tego błyszczyku- posiada mały aplikator, którym wydostaje się produkt. Ma bardzo ładny zapach i smak...arbuza. Pozostawia na ustach delikatną, lekko różową poświatę. Nie zawiera drobinek, nie klei się. Mam wrażenie, że również nawilża delikatnie usta. Jest lekki. Miło się go nosi i równo "zjada". Usta z nim bardzo ładnie się mienią. Czasami jednak zdarzało mi się wyciskać z tubki zbyt dużo produktu i miałam problem z jego nadmiarem na ustach.

Producent zapewnia nas także, że produkty te nie są testowane na zwierzętach, a ich termin przydatności to 12 miesięcy.



A Wy lubicie smakowe pomadki do ust? Wolicie używać je latem czy zimą?
Zapraszam Was także do mini mini rozdania na moim kanale pod filmikiem z recenzją pomadek LottaLuv.


Zdjęcia użyte w tej recenzji zostały pobrane ze strony http://www.butik4girls.pl.

poniedziałek, 18 lipca 2011

TAG: One Lovely Blog Award

TAG to chyba najłatwiejszy rodzaj notki na blogu czy filmu na YouTube. Zostałam otagowana przez tosiaczek666 i mam zamiar na ten TAG odpowiedzieć. Dziękuję Ci za niego, kochana!

Zaczynamy!



Zasady zabawy:
-Podziękowania i link blogera, który przyznał wam tę nagrodę.
-Skopiuj i wklej logo na swoim blogu
-Napisz o sobie 7 rzeczy
-Nominuj 16 innych cudownych blogerów(nie można nominować blogera, który wam przyznał nagrodę) - Ja ten punkt trochę sobie zmienię :)
- Napisz im komentarz, by dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji :)


7 rzeczy o mnie, o których (jeszcze) nie wiecie:

-Mam dwóch młodszych braci (21 i 9 lat). Kiedyś bardzo chciałam mieć siostrę, ale na chwile obecną muszę przyznać, że posiadanie braci, to najfajniejsza rzecz na świecie i siostry mieć już nie chcę ;)

-Jestem wielką fanką Gwiezdnych Wojen, Indiany Jonesa, Powrotu do przyszłości, Szklanej pułapki i Bravehearta. Rzadko staję się fanką "nowych produkcji". Zawsze smuciło mnie, że moi rówieśnicy nie mieli kompletnie pojęcia kim jest Darth Vader... Ja na tych filmach praktycznie się wychowałam.

-Noszę buty o rozmiarze 41, a czasami 42. Kiedyś taki rozmiar stopy był wielkim problem, bo bardzo ciężko było o buty. Rządziły wtedy trampki i adidasy. Teraz zaś istnieją takie sklepy jak Deichmann i właśnie tam kupuje buty. Na chwilę obecną mój rozmiar nie stwarza mi problemu, ale jakoś nie lubię się z nim obnosić.

-Moim najlepszym prezentem w życiu był...domek dla lalek. Zrobił go mój dziadek na moją I Komunię Świętą. Mamy go do tej pory! Jest podłużny. Ma dwa pokoje i przedziałek ze środka, który można wyciągnąć, rozsuwany dach i kółka. No, ale okna są dość nisko i lalkom Barbie sięgają jedynie do kolan :)

-Pomimo tego, że nie chodzę do Kościoła, jestem osobą wierzącą i chciałabym w przyszłości wziąć ślub kościelny, ochrzcić swoje dzieci itd.

-Sama opłaciłam swoje prawo jazdy, zdałam je za pierwszym razem i...jestem w szczęśliwym związku ze swoim instruktorem. :)

-Od ponad pół roku nie kupiłam prawie nic z kolorówki czy pielęgnacji! Kupuję jedynie wtedy gdy coś się skończyło i nie mam w zapasie. I...jestem szczęśliwa. Strasznie też drażni mnie określenie "kolekcja kosmetyków" (kolekcjonuje się znaczki i motyle) i chciałabym móc już zużyć część połowę z nich.


Osoby, które taguję to:

Days in Colours
Polish makeup bag
Tylko Moda
TheOleskaaa
Skonfundowana Panna
i całą resztę, która ma ochotę się w to zabawić :) Śmiało!

środa, 13 lipca 2011

KinoManiak: K-PAX

Kolejny film, który zapisał się w moim sercu na długi czas i, który bardzo lubię. Napomknę Wam jedynie, że film powstał na podstawie pierwszej książki Gene Brewer`a pod tym samym tytułem. Brewer napisał w sumie cztery książki w oparciu o postać głównego bohatera. Zachęcam Was również do tej miłej lektury.

K-PAX to dramat z 2011 roku, w którym główną rolę prota (imię to pisze się z małej litery) zagrał Kevin Spacey. Film opowiada o pewnym mężczyźnie, który zostaje znaleziony na dworcu i twierdzi, że przybył na Ziemię z planety K-PAX i podróżuje na promieniu światła. Zostaje on skierowany do szpitala psychiatrycznego i trafia pod opiekę jednego z lepszych psychiatrów (Jeff Bridges). Nasz kosmita jest niezwykle wiarygodny! Zna się na astronomii i fizyce, potrafi ze szczegółami opisać zwyczaje panujące na jego rodzinnej planecie i wraz z biegiem filmu coraz bardziej wierzymy w to, że naprawdę pochodzi on z kosmosu. Oczywiście nasz dociekliwy psychiatra nie wierzy w to i próbuje dotrzeć do prawdziwej tożsamości swojego pacjenta. Na oddziale dostrzegane są także wielkie zmiany gdyż wszyscy pacjenci traktują prota niemal jak swoją wyrocznię. Wykonują wydzielane przez niego zadania oraz czekają, aż wybierze jednego z nich, którego zabierze na swoją piękną planetę.
K-PAX, to niesamowity film o człowieku, który tracąc wszystko buduje sobie nowy, idealny świat. Jednocześnie pokazuje innym, że ich życie ma sens, że powinni dostrzec w nim to co piękne i ważne. Jest to naprawdę wzruszająca i ciepła historia, która pozostawia po sobie ślad na dłuższy czas. Dodatkowym atutem są piękne zdjęcia i ścieżka dźwiękowa. Podczas filmu zarówno chcemy poznać prawdziwego prota, ale także trzymamy kciuki za to by ktoś mu w końcu uwierzył, że pochodzi z K-PAX i nie jest jedynie wariatem.



Widzieliście już ten film? A może czytaliście książkę?

wtorek, 12 lipca 2011

Pudrowo, czyli jakie pudry mam i lubię

Nie wyobrażam sobie robienia makijażu i nie używania pudru. Jest to mój podstawowy kosmetyk, ale nie potrafię wydać na niego wielkich pieniędzy. Przedstawię Wam dziś pudry, które posiada, które się sprawdziły i dodatkowo nie kosztują wiele.

W swojej kosmetyczce mam trzy pudry, których używam od długiego czasu i nie widzę powodu bym zmieniała je na jakieś inne. Do wszystkich pudrów używam pędzla Maestro nr 190 rozm. 20 .


VIPERA, puder sypki, transparentny 011 Cena: ok.19zł Poj. 15g Termin ważności: 18-24 miesiące

Mój jedyny sypki puder i jednocześnie ulubieniec. Bałam się na początku, że z racji tego, iż jest sypki będzie się rozsypywał wokół i więcej będzie z nim kłopotów niż pożytku. Błąd! Puder ma bardzo solidne opakowanie. Przed użycie lekko wstrząsam pojemniczkiem i nakładam produkt, który osiadł na wieczku. Posiada typowy dla pudrów zapach (pudrowy?), który jest miły podczas aplikacji, ale nie utrzymuje się na twarzy podczas dnia. Puder jest drobno zmielony, nie ma problemów z grudkami. Podczas aplikacji ładnie się rozprowadza i nie bieli twarzy. Pozostawia skórę zmatowioną i delikatną. Nie pozostawia na twarzy wrażenie "nadmiaru pudru" i chyba trudno z nim przesadzić. Matuje na ok. 4-5 godzin w zależności od temperatury, ale po tym okresie skóra wymaga poprawek jedynie w strategicznych miejscach. Nie zapycha mi porów i jest naprawdę bardzo wydajny. Używam go najczęściej i jestem bardzo zadowolona.
Można go kupić na stronie internetowej sklepu Vipera.


SYNERGEN, puder kompaktowy, antybakteryjny 03 Sand Cena: ok.7zł Poj. 9g Termin ważności: 12 miesięcy

Mój ulubiony puder. Tani, wydajny, dobrze matuje, bardzo delikatny zapach, praktyczna gąbeczka (świetna sprawa gdy bierzemy puder ze sobą), nie ciemnieje na twarzy, nie zapycha porów, a producent pisze dodatkowo, że posiada składniki zapobiegające powstawaniu wyprysków. Jeśli jednak nałożę go zbyt wiele mam wrażenie, że widać go na mojej twarzy. Posiada jedynie 3 (!) odcienie i czasami jest bardzo ciężko dostępny. Słyszałam też ostatnio, że puder ten zniknął z drogerii Rossmann gdzie można go było kupić, ale nie wiem nic o tym.


[b] basic, puder kompaktowy w kamieniu 02 Cena: ok. 10zł(?) Poj. 11g Termin ważności: 36 miesięcy

Posiada bardzo ładny zapach (kokosowy) i solidne opakowanie. Ładnie wygląda na buzi, daje naturalne wykończenie. Nie posiada gąbeczki, a byłaby dobrym ułatwieniem podczas podróży. Dobrze się rozprowadza, ładnie matuje. Jedyne czego w nim nie lubię, to fakt, że podczas nabierania produktu pędzlem na wierzchu pozostaje wiele grudek, które mogą się wysypać z opakowania. Dość wydajny. Mam także wrażenie, że z niektórymi podkładami może trochę ciemnieć na buzi, ale nie wiem czym to jest spowodowane. Dostępny w drogerii Schlecker.


A jakie pudry Wy lubicie? Wolicie pudry sypkie czy prasowane?

środa, 6 lipca 2011

Maybelline, Colossal Volum` Express 100% Black

Moje rzęsy są krótkie, cienkie, proste, rzadkie. Moi bracia są zaś posiadaczami długich i gęstych- to się nazywa niesprawiedliwość. Ale cóż, nie jest ro problem, który spędza mi sen z powiek i wstyd mi za nie. Mam takie i akceptuję je w 100%.

Pierwszy tusz do rzęs zakupiłam w wieku 19-20 lat. Przez ten czas wykorzystałam ich wiele, ale tylko jeden został ze mną na dłużej. Jak po tytule się domyślacie- jest to popularny Colossal Volum` Express marki Maybelline.

Jedni kochają ten tusz, inni go nienawidzą. Ja należy do grona jego zwolenniczek.

# duża szczoteczka, która zgrabnie wyłapuje moje rzęsy, ładnie rozdziela, fajnie rozprowadza tusz,
# nie skleja rzęs, nie sprawiła, że miałam 3 mega grube rzęsy
# nie podrażnia oczu jak to się stało z tuszem Rimmel Sexy Curves
# jest naprawdę czarny to mój ulubiony kolor tuszu
# nie kruszy się, nie rozmazuje
# przy dłuższym użytkowaniu lekko gęstnieje, ale nie sprawia to problemu podczas aplikacji,
# kosztuje ok. 25zł na Allegro można znaleźć już za 20zł.
# ładne opakowanie

Jestem w trakcie czwartego opakowania tuszu Colossal Volum` Express i ciągle jestem z niego zadowolona. Tusz bardzo ładnie wydłuża mi rzęsy i...w końcu je widać. Mogę teraz spokojnie nałożyć jedynie tusz, bo wiem, że moje oczy będą widoczne. Jednocześnie efekt wydaje mi się być naturalny, a nie nachalny. Tusze Maybelline często też można dostać na promocji zarówno w Naturze jak i Rossmannie, ale też znajdziecie je na Allegro.

Przepraszam za kiepską jakość zdjęcia :(



Na początku byłam przerażona gdy zobaczyłam jak wielka szczoteczkę posiada ten tusz, ale jego obsługa wcale nie jest tak skomplikowana. Jest moim ulubionym produktem do oczu i na pewno będę jeszcze do niego wracać.

A jaki tusz jest Waszym ulubieńcem? Używałyście tuszu Colossal?

niedziela, 3 lipca 2011

Jak przechowuję swoje kosmetyki...

Muszę przyznać, że z ogromną frajdą śledzę ten TAG. Zaglądanie w szuflady, kuferki, pudełeczka z kosmetykami innych dziewczyn sprawia mi ogromną frajdę. To mam! To chciałabym wypróbować! O, nigdzie tego nie umiałam znaleźć!

Dzisiaj i ja pokażę Wam jak wygląda u mnie przechowywanie kosmetyków. Zdjęć jest wiele, ale jest to spowodowane głównie tym, że nie trzymam kosmetyków w jednym miejscu. Są pogrupowane w jakiś tam sposób, którego ja sama nie potrafię pojąć.
Przepraszam Was także za czasami kiepską jakość zdjęć.

Zapraszam do podróży po moim pokoju!

Przy lustrze, w jednym z koszyków zakupionych w Rossmannie (był to zestaw 4 koszy w różnej wielkości) trzymam takie rzeczy jak: płatki kosmetyczne (w słoiku na herbatę0 również z Rossmanna), płyn do demakijażu, tonik, krem pod oczy, spray ochronny do włosów, krem do twarzy na noc, jakieś serum, olejek z drzewa herbacianego, a także opaski do włosów.


W skrzyneczce zakupionej w Pepco trzymam swoje pomadki. Lubię układać je do góry dnem, bo wtedy widzę ich nazwy i kolory.


Wszystko to stoi na takiej oto małej komódce z Jysk (sama skręciłam!), a w szufladzie trzymam rzeczy "na zapas", czyli jakieś świeczki, próbki, kosmetyczkę itd.


Na półce nad łóżkiem trzymam swoje perfumy. Przez ostatnie dwa lata mój zbiór bardzo się poszerzył i chciałabym w końcu jakieś zużyć... Wiem doskonale, że perfumy powinno trzymać się w kartonikach, z dala od światła, ale ja nie potrafię ukrywać ładnych flakonów, a poza tym nic im się nie stało, nie straciły niczego z zapachu czy trwałości.


Górna szuflada mojej pionowej komódki, to miejsce na maseczki do twarzy, antyperspiranty i...gaz pieprzowy, bo nie wiedziałam gdzie go ukryć przed młodszym bratem.


Mój kuferek (zakupiony w Oriflame- zdzierstwo straszne, ale ogólnie bardzo go lubię) stoi na regale. Kiedyś zajmował miejsce na ostatniej półce, ale teraz mieszka tam moja prostownica i inne bzdety więc wyemigrował piętro wyżej. Tam też trzymam lakiery do włosów.


Kuferek jest wyłożony jakimś materiałem i czasami na nim odciskają się ślady po podkładzie lub pudrze, ale łatwo schodzą. Tak wygląda w całej okazałości. Bardzo rzadko zmieniam rozmieszczenie kosmetyków na półkach, obecna wersja jest dla mnie najwygodniejsza.


A teraz jak widać: pudry, róże, rozświetlacze, paletki trójki z Inglota (pozbyłam się tych większych i wróciłam do tych)...


...tusze do rzęs, bazy pod cienie, korektory, pojedyncze cienie...


...bronzery, pozostałe paletki, podkłady.


Moja "toaletka" to tak naprawdę chybotliwy stolik pod komputer, który wzięłam od brata w zamian za moje stare biurko, które już nie mieściło mi się w pokoju. Jak widać- zajęłam także parapet. Na biurku mam takie rzeczy jak chusteczki nawilżające, patyczki, pudełko z kosmetykami, który rzadko używam i lusterko z Jyska.


Pędzle trzymam w zwykłych szklankach. W plecionym koszyczku za nimi znajdują się błyszczyki. Widzicie także kredki do oczu, które są trzymane w takim samym, ale mniejszym koszyku. No i moje ulubione pęsety z Rossmanna.


W szufladce w biurku trzymam bazy pod makijaż, Duraline, zalotki, cienie do brwi, eyelinery, kredki, których nie używam, kępki rzęs.


Na półce, zaraz obok "toaletki", trzymam swoje palety ( Manly, Sephora i no name), koszyczek i pudełko z lakierami do paznokci, zmywacz, odżywki etc.


Zdjęcie z łazienki, spod prysznica- szampon do włosów, peeling do twarzy, żel, szczoteczka do mycia twarzy itd.


A tu moja półeczka zawalona różnymi rzeczami- balsam do ciała, odżywka do włosów, pianka do golenia, kremy na wykończeniu, antyperspirant i inne takie.


Nie robiłam już zdjęcia parapetu przy łóżku, bo trzymam tam jedynie krem do rąk, balsam, pomadki do ust, krem do stóp i chusteczki.

Wiem, że mam wiele kosmetyków, ale muszę Wam też powiedzieć, że od pół roku nie kupiłam z kolorówki nic poza podkładem. Z kosmetyków pielęgnacyjnych kupuję nowe rzeczy jedynie gdy coś mi się skończy i nie mam w zapasie. Korzystam z tego co mam i czuję się z tym świetnie. Nie będę ukrywać też, że powoli męczy mnie to wszystko i chciałabym by kończyło się szybciej ;) Postanowiłam bowiem, że w przyszłości (gdy skończę co trzeba) będę inwestować jedynie w dobre i sprawdzone u mnie rzeczy, pójdę w jakość, a nie ilość.

Taki TAG udowodnił mi, po raz kolejny, że chomikowanie nie jest dobre. Cieszę się, że zużywam to co mam, jestem z w stanie powstrzymać się od zakupów i zapytać siebie "Czy to jest mi na pewno potrzebne?"

Mam nadzieję, że ta mała niemała wycieczka Wam się spodobała! Czy zauważyłyście u mnie coś co same macie i jesteście z tego, lub nie, zadowolone? Dajcie znać!

sobota, 2 lipca 2011

KinoManiak: Powrót do przyszłości

Słowem wstępu- mój tata miał wielki wpływ na to co oglądałam w dzieciństwie. Wychowałam się na Czterech Pancernych, Gwiezdnych Wojnach, Indianie Jonesie, Szklanej Pułapce, Rocky`m, Terminatorze, Zabójczej Broni i...Powrocie do przyszłości. W tej "mini serii" chciałam Wam przedstawić moje ulubione filmy, do których często wracam, oglądam kilkakrotnie i, chociaż znam je niemal na pamięć, zawsze mnie zaskakują i odkrywam je na nowo.

Powrót do przyszłości to film przygodowy i fantastyczno-naukowy z roku 1985. Wyreżyserował go Robert Zemeckis (Forrest Gump, Cast Away: Poza światem) i wraz z częścią drugą i trzecią, tworzy trylogię.
Pokrótce opowiadając fabułę: Marty McFly (Michael J. Fox) jest zwyczajnym nastolatkiem, który marzy o karierze muzycznej. Przyjaźni się z szalonym i utalentowanym wynalazcą Dr. Emmettem Brownem (Christopher Lloyd), który tworzy wehikuł czasu wykorzystując do tego samochód, a dokładnie De Loreana (samochód ten był produkowany jednie przez dwa lata, a do dziś przetrwało ich niespełna 6500 szt.). Aby wehikuł działał Doktor wykorzystał pluton, który dali mu libijscy terroryści do skonstruowania bomby.
Podczas jazdy testowej zjawiają się i zabijają Doktora, a Marty wskakuje do samochodu i niespodziewanie cofa się w czasie (aby to osiągnąć trzeba przyspieszyć do 88 mil na godzinę, czyli ok. 142 kmn/h). Marty cofa się do roku 1955 i...poznaje swoich rodziców, a zbiegiem okoliczności nie doprowadza do ich zapoznania się z czego wynika cała seria niefortunnych zdarzeń. Odnajdując Doktora "z przeszłości" dowiaduje się, że cokolwiek zrobi teraz będzie mieć to wpływ na jego życie w przyszłości. Próbują połączyć rodziców Marty`ego, a także odesłać go z powrotem do jego czasów (chcą wykorzystać do tego piorun, który ma uderzyć w wieżę ratusza).

"Powrót do przyszłości", to niesamowicie dobra zabawa, która pomimo upływu lat nie traci nic ze swojego wigoru, a także spokojnie może konkurować z obecnymi produkcjami. Wartka akcja, dużo wyśmienitej zabawy, śmieszne dialogi, szybkie zwroty akcji- czego więcej można oczekiwać? Marty`emu trudno przystosować się do różnic panujących między jego teraźniejszością, a teraźniejszością rodziców- gdy u nich pojawia się pierwszy telewizor, on jest do niego przyzwyczajony.

Film ten to niesamowita historia opowiadająca o przyjaźni, dorastaniu, umiejętności podejmowania decyzji i wiary we własne siły, ale...przede wszystkim świetna zabawa.
Wraz z pozostałymi częściami świetnie się uzupełnia i tworzy doskonałą całość.

Często wracam do tego filmu i zawsze go oglądam gdy leci w telewizji. Nawet mój 9letni brat jest nimi zachwycony! Jeśli jeszcze go nie widzieliście lub nie wiedzieliście, że film z roku `85 może być fajny, to serdecznie Wam go polecam.
A jeśli widzieliście, to chętnie przeczytam co o nim myślicie. Może akurat lubicie go tak bardzo jak ja :)

Na zakończenie mam dla Was film-zapowiedź z piosenką "Johnny B. Goode", która pojawia się w filmie.



Sądzicie, że takie "starsze" filmy mają szansę konkurować ze współczesnym kinem? Ja uważam, że tak! Są takie filmy, o których mogę opowiadać jednym tchem... I ten do nich należy.