czwartek, 16 grudnia 2010

Taki mały felietonik, bo dużo po mojej głowie ostatnio chodzi...

Ostatnimi czasy mam wrażenie, że moje życie zaczyna mnie przerastać, że nie ogarniam tego wszystkiego co dzieje się wokół mnie i najchętniej rzuciłabym wszystko i nie wychodziła z domu przez długi czas. XXI wiek daje nam możliwość hmm...życia bez wychodzenia z domu. Mamy Twittera, Facebook`a, YouTube czy NK. Możemy robić zakupy przez internet, konsultować się z lekarzem na czacie i w ogóle full wypas. Jednak dorosła osoba nie może pozwolić sobie na takie wagary od życia. W ryzach trzyma nas praca, rachunki do zapłacenia, auto, które trzeba oddać do mechanika, wizyta u dentysty czy przygotowanie obiadu dla chłopaka/narzeczonego/męża.

Mając naście lat zawsze powtarzałam, że nie będę taka jak wszyscy, że nie chcę być wciśnięta w ciasną formę społeczeństwa, że nie chcę być ograniczona przez konsumpcyjny styl życia i inne wielkie, a jakże piękne, hasła. Życie jednak rzadko toczy się według naszej myśli i w efekcie młoda dziewczyna pisząca opowiadania na blogach z ambicjami dziennikarskimi skończyła w sklepie odzieżowym gdzie w uroczy sposób jest za nie za duże pieniądze pracownikiem "pełnoetatowym" z brakiem dni wolnych. Skończyła ona tam gdzie nie chciała, ale trzyma dzióbek na kłódkę i pracuje, bo przecież teraz ciężko o pracę i lepiej mieć cokolwiek niż nic.

Jednakże ostatnimi czasy nachodzi mnie taka myśl, aby rzucić tą kartkę ze słowem "Wypowiedzenie" i uwolnić się od problemu. Czuję się zmęczona, rozdrażniona, ubezwłasnowolniona... Od tygodni jestem na skraju płaczu. Jeden drobny powód i zalewam się łzami, a bywa i tak, że ryczę jak małe dziecko do poduszki. Pierwsza moja myśl rano, to : "(przekleństwo), znowu?!". Nie tak powinno być.
Tak jak radził mi mój osobisty terapeuta, czyli mój cudowny mężczyzna, w chwilach smutku, załamania i zniechęcenia, albo złości, gniewu i podniesionego ciśnienia krwi, staram się skupić przez moment na uczuciu, które nas łączy, na jakieś drobnostce z naszego związku, czy na przypomnieniu sobie jak miło jest gdy mnie przytula. Te parę sekund daje mi tak niesamowity spokój, pozwala się zdystansować i uspokoić. Gdy słyszę w pracy jakiś kolejny genialny pomysł, który niemal reżimem dyktatury ma być wprowadzony, albo widzę jak wszystko co robię nie ma najmniejszego sensu (bo jaki sens ma poprawianie po raz setny sznurówki w bucie?) powtarzam sobie w myślach: "Mam przy sobie cudownego mężczyznę, który mnie kocha, dla którego jestem piękna, z którym zamieszkam, który się ze mną ożeni i, z którym będę mieć piękne dzieci". Może to i śmieszne, ale nic innego mnie nie uspokaja! Czuję wtedy dystans do wszystkiego, myślę na spokojnie, bo wiem, że to wszystko długo nie potrwa i za jakiś czas znów będziemy razem i ułożymy sobie wspólne życie po swojemu. Myślę, że to piękne, iż mój mężczyzna stał się takim moim amuletem na złą energię.

Jednak nadal boję się stracić pracę, bo widzę jak teraz o nią trudno. Nadal kombinuję co zrobić by odłożyć trochę kasy, by sobie jakoś poradzić, a niestety nic mi w tym nie pomaga... Czasami gdy pewne rzeczy mnie przerastają marzę o tym by wrócić do czasów dzieciństwa gdzie martwiłam się tylko czy zdążę odrobić zadanie z matematyki przed dobranocką. Nie sądziłam, że bycie dorosłym jest tak stresujące. Chciałabym mieć pracę, którą lubię i, która daje mi jakąś satysfakcję. Z biegiem czasu jednak coraz bardziej wątpię w taka ewentualność. Staram się jednak jak najczęściej sięgać po swój amulet...

Bo przecież wszystko się ułoży, prawda? Bo gdzie jest miłość wszystko MUSI iść w dobrym kierunku. Nie ma innego wyjścia.