niedziela, 31 października 2010

Muffiny- podejście pierwsze.

Zauważyłam ostatnimi czasy, że muffinki stały się mega popularne! Nic w sumie dziwnego. Ładnie wyglądają, są urocze i...smakowite. Mniam, mniam! Możemy je przystroić kremem, zrobić takie z kawałkami czekolady i z czym jeszcze będziemy mieć ochotę. Nie ukrywam, że i mnie nie ominęła MUFFINOWA MANIA. Zaczęło się od tego, że kupiłam sobie formę do robienia babeczek.

Zakupiła dwie formy po 6 "miejsc" na babeczki. Kupiłam je w Auchanie i jedna kosztowała ok. 13zł. Trafiłam akurat na formy non-stick. Czyli babeczka nie przykleja się do blaszki i nie trzeba używać papierowych foremek na nie. Jest to bardzo praktyczne. Posmarowałam tylko miejsca na babeczki margaryną i już.
W moje ręce trafił najprostszy z przepisów na muffiny.
2 szklanki mąki pszennej
3/4 szklanki cukru
1 szklanka mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajko
100g masła
(do roztopienia)

Gdy masełko rozpuszczało się w rondelku mieszałam "suche" składniki. Potem dodałam do nich "mokre". Za pierwszym razem robiłam kakaowe babeczki więc dodałam do nich ciemne kakao. Drugie zaś były waniliowe i tu pomógł mi cukier wanilinowy. Nasza masa będzie mieć fantastyczną konsystencję. Mi osobiście przypomina ona mus. Ciasto nakładałam do formy za pomocą zwykłej stołowej łyżki. Jedna babeczka to ok.1,5 takiej łyżki. W porywach dwie. Z tego przepisu zrobimy od 12 do 18 muffinek. Zależy ile ciasta sobie nałożymy. Pieczemy je przez ok. 20 minut w 200st.C. Na jasnych babeczkach szybciej zobaczymy gdy są gotowe, bo przybierają lekki rumieniec.
Przy wyciąganiu ich chwalimy własności blachy non-stick! Bowiem babeczki wprost się z niej wyślizgują. Coś wspaniałego. Dziś zrobiłam jej z cukrem pudrem, czyli na słodko. Mam nadzieję, że wkrótce będą ciekawsze.
A teraz zdjęcia!





Muszę przyznać, że są pyszne! Już po głowie chodzi mi myśl by zrobić sobie takie cytrynowe. Pychota!
Jeśli chcecie poczytać czym są muffiny zapraszam Was tutaj!
A przepis na te pyszności znalazłam TUTAJ.

Mua! :*

środa, 27 października 2010

Lip Smakers, czyli słodkości dla dziewczyn

Smakersy! Nie wiem czemu, ale sama ich nazwa brzmi już słodko. Byłam mega szczęśliwa gdy dowiedziałam się, że będę mogła mieć możliwość przetestowania tych, jakże popularnych ostatnimi czasy, słodkich pomadek do ust. Musicie bowiem wiedzieć, że Smakersy, to nie tylko nawilżanie i pielęgnowanie Waszych ust, ale przede wszystkim smak i zapach, których nie znajdziecie niestety w wielu innych balsamach do ust.

Czekoladowy błyszczyk w sztyfcie Lip Smacker® M&M's® - żółte cukierki M&M's®
Uwielbiam reklamy M&M`sów! Tak więc bardzo zaciekawił mnie ten hmm.. błyszczyk. Przede wszystkim: czuć czekoladę. Wiele produktów "czekoladowych" pachnie w jakiś sposób chemicznie. Z tym jest inaczej. Dla mnie jest to zapach czekolady. Gdy nakładamy go na usta czujemy się tak jakbyśmy smarowali wargi kostką czekolady. Jedyna jego wada, jak dla mnie, to fakt, że z czasem w ustach pozostaje nieprzyjemny posmak. Reszta to same plusy! Jak inne Smakersy i ten nawilża oraz dba o nasze wargi. Dostępne są 4 rodzaje balsamów z serii M&M`s! Znajdziecie coś dla siebie!
CENA: 10,99 zł

Nawilżający balsam do ust Lip Smacker® Original Strawberry Banana - truskawkowo - bananowy

Jeden z moich ulubionych! Pachnie bananami, a smakuje tak słodko, że nic tylko zlizywać go z ust! W połączeniu z jakimkolwiek błyszczykiem o słodkim smaku tworzy niesamowicie smakowita kombinację. Ten balsam to MUST HAVE dla każdego kto chce zakosztować Smakersów (przynajmniej moim zdaniem).
CENA: 7,59 zł

Balsam do ust Lip Smacker® Delectable Desserts Strawberry Cheesecake - pyszny sernik na zimno z truskawkami

Opakowanie najbardziej stonowane z pomadek, które dostałam i...najbardziej tajemniczy produkt. Bachnie, jakże inaczej, sernikiem na zimno, ale na ustach wyczuwałam biszkopt z galaretką truskawkową. Jeśli nie chcecie pomadek w krzykliwych opakowaniach, ta będzie idealna. Opakowanie kojarzy mi się ze stylem pin up, nie wiem czemu :)
CENA: 7,90 zł

Odżywiający balsam do ust Lip Smacker® Vanilla Creams Strawberries'n Cream - truskawki ze śmietaną

Pokochałam go! Jest mój i nikomu nie oddam! Delikatny zapach, a na ustach....sama słodycz. Jest dwukolorowy przez co jeszcze bardziej mnie urzekł. Drugi balsam z listy MUST HAVE. Idealny do pierwszej degustacji Smakersów. Faworyt!
CENA: 11,95 zł

Lip Smakers, to przede wszystkim pachnące i smakowe balsamy do ust. Sztyfty są, jak dla mnie, najlepszą formą aplikacji i jedną z bardziej higienicznych. Smakersy są małe i poręczne. Bez problemu zmieścimy je w kieszeni, torebce, plecaku czy piórniku.idealne do codziennej pielęgnacji ust. Nawilżają, chronią, odżywiają, pielęgnują i nadają delikatny połysk. Idealna baza pod błyszczyki i pomadki. Istnieje wiele rodzajów, smaków i zapachów Smakersów więc każdy znajdzie coś dla siebie w naprawdę przystępnej cenie. Produkty te nie były testowane na zwierzętach! Są idealnym prezentem dla każdej dziewczyny. Częste promocje, aż zachęcają do kupna i przetestowania ich na sobie! :)

SMAKERSY możecie kupić na stronie internetowej:
http://www.butik4girls.pl & http://www.lipsmacker.pl & http://www.smackers.pl/

Mua! :*

(Zdjęcia produktów pochodzą ze strony internetowej www.butik4girls.pl )

czwartek, 21 października 2010

NANTES: Perfect Body, krem do rąk

Oliwkowy nawilżająco-odżywczy krem do rąk i paznokci firmy NANTES, to mój ulubieniec wśród kremów do rąk! Okey, cena może przerazić. 45zł za 100ml produktu, to trochę dużo... Jednak teraz chciałabym opowiedzieć Wam o tym produkcie. Krem do rąk, tak jak żel do mycia twarzy, o którym mówiłam ostatnio, bazuje na NANOwodzie. NANOtechnologia polega w skrócie na rozbijaniu cząsteczek wody na mniejsze elementy, które wnikają w naszą skórę i sprawniej dostarczają nam wszelkiego rodzaju składniki odżywcze.

Działanie kremu zobaczyłam już po 4 dniach. Z moich palców znikły suche skórki (efekt trzymania długopisu, kontaktów z płynami czyszczącymi, szmatkami itd.), skóra wyraźnie się wygładziła, jest elastyczna i naprawdę miła w dotyku. Skórki wokół paznokci już się nie zadzierają! To była moja prawdziwa zmora od wielu lat. Dodatkowo brzydko szpeciła mi paznokcie.
Krem bardzo łatwo się rozprowadza. Myślę, że jest to zasługa jego kremowej konsystencji. Tak jak w przypadku żelu do mycia twarzy, niewielka ilość potrzebna jest by pokryć dłonie. Miły zapach towarzyszy nam potem przez dłuższy czas. Krem zostawia nam na dłoniach coś w rodzaju "niewidzialnych rękawiczek". Są one niewyczuwalne po nałożeniu kremu, ale ujawniają się podczas mycia rąk. Możecie tylko wyobrazić sobie moje zdziwienie gdy myłam dłonie i czułam jak zmywam z nich krem!
Po paru tygodniach stosowania zauważyłam, ze moje dłonie są w o wiele lepszej kondycji. Nie są już suche, podrapane, zniszczone i szorstkie. Możecie mi wierzyć, że używałam naprawdę wielu kremu do rąk, ale tylko krem z firmy NANTES sprawił, że moje dłonie są teraz w naprawdę dobrym stanie.
Jedyna wada tego produktu to jego cena. Nie ukrywajmy, ze pomimo wszystko jest wysoka i to może odstraszać.
Krem ten jest jednak naprawdę świetnym produktem! Jeśli będziecie mieli okazję go wykorzystać- spróbujcie! Na pewno nie pożałujecie, a Wasze dłonie Wam za to podziękują:)

ZOBACZ MOJĄ RECENZJĘ TEGO KREMU NA YT
SKLEP NANTES

Mua! :*

niedziela, 17 października 2010

NANTES: Clean&Fresh żel do mycia twarzy

O firmie NANTES nie wiedziałabym nic gdyby nie pewna wspaniała kobieta, która zaproponowała mi przetestowanie paru ich kosmetyków. Pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej o firmie weszłam na ich stronę internetową, która przy okazji jest również miejscem gdzie możemy zakupić produkty tej firmy. Musicie bowiem wiedzieć, że kosmetyków firmy NANTES nie znajdziecie w drogeriach lub hipermarketach! Możecie je zakupić jedynie ze strony internetowej.

Na czym polega fenomen firmy NANTES? Sekret ukryty jest w NANOwodzie. Sama ta nazwa brzmi jak wyjęta z filmu science-fiction, muszę to przyznać. Postaram się Wam jednak wyjaśnić to w najprostszy sposób, a pod filmem znajdziecie link do strony internetowej gdzie będziecie mogli zobaczyć film z dokładnym wyjaśnieniem idei tej firmy.

Wracając jednak do NANOwody. Kto słuchał na chemii, bądź biologii, wie, że woda składa się z cząsteczek H2O. Dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii duże skupiska cząsteczek wody ulegają rozbiciu na niewielkie, uporządkowane grupy tzw. klastery. Pojedyncza cząsteczka wody ma zaledwie 1 nm (nanometr) średnicy – stąd wywodzi się nazwa NANOwody. Woda ta jest doskonałym rozpuszczalnikiem dla składników aktywnych oraz dzięki małym rozmiarom wyjątkowym nośnikiem substancji odżywczych w głąb skóry.
Brzmi to wprost niesamowicie! Tak więc bez wahania zgodziłam się przetestować owe kosmetyki.

Żel do mycia twarzy z serii Clean&Fresh z ekstraktem z jeżówki i zielonej herbaty. W tym wszystkim najważniejszy wydaje mi się fakt, iż nie ma alkoholu. Jest to wprost idealny żel dla posiadaczek cery mieszanej, jaką jest moja, i tłustej. Jak wiemy alkohol wysusza nam skórę przez co gruczoły łojowe na naszej twarzy zaczynają szybciej i intensywniej pracować dzięki czemu bywa tak, iż błyszczymy się niemiłosiernie. Ten żel nie wysusza nam skóry, po jego zastosowaniu nie mamy uczucia ściągnięcia, skóra nie jest podrażniona, a wręcz czujemy się tak jakby była oczyszczona dogłębnie i w pełni mogła oddychać. Aż nie chce się nakładać kremu! Jakie są plusy takiego działania? Składniki odżywcze z kremu wchłaniają się szybciej i lepiej, podkład utrzymuje się na twarzy zdecydowanie dłużej. Zdarzało mi się, że w pracy około godziny 16tej mogłam przejechać sobie po czole i nosie palcem i czułam, że mój podkład dosłownie „płynie”, a twarz jest tłusta. Teraz tego problemu nie mam! Wszystko jest w stanie nienaruszonym!
Żel firmy NANTES ma za zadanie utrzymać równowagę naszej skóry, zahamować rozwój bakterii, powstrzymać zmiany trądzikowe, wyregulować proces wytwarzania sebum. W ciągu paru dni na mojej twarzy pojawiło się parę wyprysków, ale było to spowodowane tylko tym, że żel działał. Moja skóra oczyszczała się z całego brudu i bakterii, a żel firmy NANTES właśnie jej w tym pomagał.

Produkt ten jest niezwykle wydajny. To ogromny plus! Taka butelka wystarczy nam spokojnie na parę miesięcy. Wystarczy odrobina żelu by umyć całą twarzy, szyję i dekolt. Zauważyłam, ze podczas mycia na twarzy pojawiała się taka jakby śliska osłonka, którą wyczuwało się podczas zmywania żelu. Było to całkiem przyjemne uczucie.
Twarz stała się bardziej promienna, zdrowsza, i jakby gładsza. Liczba pojawiających się pryszczy wyraźnie się zmniejszyła. Żel ma przyjemny zapach, nie uczulił mnie.

Może brzmi to bardzo dziwnie, ale….nie znalazłam niczego do czego mogłabym się przyczepić! Dobrze, na początku trochę męczył mnie fakt, iż w opakowaniu nie ma dozownika w postaci pompki i czasami można nałożyć zbyt wiele żelu na dłoń. Z czasem jednak opanowałam jego dozowanie.

Cena żelu z serii Clean&Fresh w cenie regularnej to 45 zł, a w promocji 39. Czy jest to dużo? Na początku, zanim wypróbowałam ten produkt, wydawało mi się, że tak, ale teraz wiem jak bardzo się myliłam! Przez wiele lat kupowałam żele i toniki, które miały usunąć problem pryszczy, błyszczenia i wszystkich tych uroków skóry mieszanej oraz i tłustej. Do tej pory mam w szafce 3 żele, które przestałam używać, bo nie działały, ściągały mi skórę, podrażniały ją i świeciłam się przez nie jeszcze bardziej. Te trzy żele, które stoją odłogiem kosztują razem tyle ile żel firmy NANTES, a on jako jedyny zadziałał.
Myślę, że nie trzeba marnować pieniędzy na kolejny produkt cud i można kupić coś naprawdę dobrego. Bo taki dla mnie jest właśnie ten żel. Wiem, że na pewno będę go kupować! Przekonałam się, że warto zainwestować w siebie i w produkty naprawdę dobrej jakości, a firma NANTES właśnie takie produkuje.
Zapomniałam jeszcze Wam wspomnieć, że w związku z tym, iż nie znajdziecie marki NANTES w drogeriach, to zamawiając je macie pewność w 100%, że produkt, który do Was trafi jest nowy, świeży, nie otwierany, dopiero co wyprodukowany.

Myślę, że nic więcej nie uda mi się Wam już powiedzieć. Odsyłam Was do strony internetowej firmy NANTES i do zapoznania się z ich ofertą. Z tego co się dowiedziałam ciągle pracują nad powiększeniem swojej oferty więc sądzę, że warto śledzić dalej jej poczynania, bo jest to firma naprawdę godna uwagi.

MOJA RECENZJA NA YouTube
STRONA INTERNETOWA FIRMY NANTES


Mua!:*

(Produkt zawiera SLS- Sodium Laureth Sulfate)

wtorek, 12 października 2010

Pędzle HAKURO, czyli dobry pędzel o fajnej cenie

Boli mnie to. Boli mnie gdy muszę wydać dużo pieniędzy na jeden pędzel. Chyba dlatego nigdy nie kupiłam pędzla w Sephorze czy Ingocie. Wiem, że są dobrej jakości, ale jakoś od samego patrzenia na ceny boli mnie serce i kieszeń. Dlatego właśnie miłą niespodzianką była dla mnie informacja, że istnieje coś takiego jak pędzle HAKURO. Gdy ktoś o nich wspomniał szybko wpisałam na Allegro ich nazwę i ku mojemu zdziwieniu pojawiły się pędzle wyglądające całkiem porządnie i to w rozsądnych cenach. Zakupiłam więc parę i o nich właśnie chcę Wam coś powiedzieć, bo tak się składa, że od paru miesięcy królują one w mojej kosmetyczce. (Niestety nie udało mi się zrobić w miarę dobrych zdjęć. Dlatego zapraszam Was na Allegro gdzie zobaczycie je dokładniej.)

1. Podróżny zestaw pędzli
Nie, wcale dużo nie podróżuję. Męczy mnie jednak przewożenie pędzli gdy np. śpię u kogoś lub wyjeżdżam na weekend, czy urlop. Chciałam coś poręcznego ze wszystkim czego bym potrzebowała. Zakupiłam więc taki oto zestaw z myślą „Przyda się na wyjeździe”. I się przydaje! W skład takiego zestawu wchodzi: pędzel do pudru, pędzel do różu, pędzel do korektora, ścięty pędzelek do linera, pędzel języczkowy do nakładania cieni i ścięty do rozcierania. Pędzle te mają o krótsze rączki niż te standardowe dzięki czemu bez problemu mieszczą się w dołączonym do zestawu etui. Jest to miękkie opakowanie w, którym możemy bez problemu przewieźć pędzle. Jestem z tego zestawu bardzo zadowolona. Pędzel do pudru jest mniejszy niż jego tradycyjna wersja, ale wcale nie wypełnia swojego zdania gorzej! Cudownie miękki świetnie rozprowadza puder. Co więcej, jest idealny w nakładaniu różu czy bronzera. To zdecydowanie mój ulubiony pędzel z tego zestawu. Włosie nie wypada, a jedyną wadą jest chyba tylko to, że podczas mycia farbuje delikatnie na czarno. Jednak, ten drobny minus nie zniszczy mojego zachwytu nim. Pędzel skośny do różu jest biały i…używam go przez to dużo rzadziej. Z reguły rzadko używam ściętych pędzelków do konturowania twarzy. Ten zaś trzymam w foliowym opakowaniu by włosie się nie rozchodziło. Miękki pędzelek, który dobrze nakłada róż czy bronzer, ale ja za nim nie przepadam. Wolę ten do pudru. Pędzel do korektora to naprawdę COŚ. Mięciutki i mały, bez problemu rozprowadzi korektor w delikatnej okolicy oka i innych trudniejszych miejscach. Używanie go to czysta przyjemność. Pędzle do cieni również spełniają swoją rolę. Na wyjeździe zdecydowanie lepiej jest mieć te niż pędzle z normalnej długości rączką. Mięciutkie, pięknie nakładają i rozcierają cienie na powiece. Nie kują, chociaż myłam jej już wiele razy. Spełniają się dobrze w kącikach oczu i załamaniu powieki. Pędzelek do linera jest naprawdę cienki i precyzyjny. Cóż więcej mogę powiedzieć? Włosie jest sprężyste i dobrze rozprowadza zarówno cień jak i płynny liner.

Cena: ok.45zł (ale nie pamiętam dokładnie)

2. H50 Flat Top do podkładu/pudru mineralnego
Kocham go! To moja wielka, wielka miłość. Z tym „skunksikiem” nakładanie podkładu to czysta przyjemność. Miękki (pomimo wielu myć), bez problemu dociera w każdy zakamarek twarzy, cudownie rozciera podkład i paroma ruchami ten etap mamy już za sobą. Myślałam, że po umyciu włosie trochę rozejdzie się na boki, ale trzymam go w plastikowym etui i nic takiego nie miało miejsca. Rączka wydaje się trochę toporna, ale tak naprawdę jest bardzo lekka i łatwo można nią kooperować. Włosy nie wypadają. Świetny flat top jeśli nie chcecie wydawać mnóstwa pieniędzy na Sephorę czy Ingot.

Cena: 27zł Do kupienia TUTAJ

3. H79 do nakładania i rozcierania cieni
Pędzelek do rozcierania z białym włosiem? Nie mam serca go używać! Musze jednak przyznać, że w jakiś sposób nakładanie cieni takim pędzelkiem jest…słodkie. Szukałam pędzelka do rozcierania i kupiłam jednocześnie ten i jeden z Maestro. Jeśli Maestro w tym wypadku sprawdza się lepiej, tak ten jest dużo przyjemniejszy. Dobrze nakłada cień, ładnie rozciera. Włosie nie kuje w powieki, ale wydaje mi się, że gdyby był bardziej puszysty sprawdzałby się lepiej w rozcieraniu. Jest to bowiem, jak mi się wydaje, typ pędzelka języczkowego. Nadal jednak uważam, że jest naprawdę dobry!

Cena: ok. 16zł Znajdziecie na Allegro KLIK


Pędzle HAKURO naprawdę są warte Waszej uwagi. Jeśli nie macie dużych zasobów gotówki myślę, że są naprawdę dobrym rozwiązaniem. Jakość jest świetna i sprawdzają się bez zarzutów. Przy dobrej pielęgnacji posłużą Wam naprawdę długi czas.
Wszystkie te pędzle zakupiłam na Allegro. Link do sprzedawcy znajdziecie TUTAJ

A moja recenzję zobaczycie TUTAJ

Mua! :*

niedziela, 10 października 2010

Coś co chciałabym Wam powiedzieć, a łatwiej mi napisać

Uwielbiam testować kosmetyki. Chyba jak każda kobieta. Uwielbiam kupować nowe marki, nowe produkty, sprawdzać jak działają na mojej skórze, włosach itd. W przeciągu paru lat w całego tego grona kosmetyków dostępnych w naszych drogeriach i innych sklepach, mogłam śmiało wybrać parę, które naprawdę dobrze mi służą i, z których jestem zadowolona.
Jednakże możliwość testowania nowych rzeczy, to możliwość nauki, rozwoju, znalezienia "złotego środka" lub KWC (kosmetyka wszech czasów - bo tak brzmi rozwinięcie tego skrótu na Wizaż.pl). Nie zawsze mamy jednak dostęp do pewnych rzeczy, a o niektórych firmach po prostu nie słyszymy, bo nie są tak reklamowane jak inne marki i są po części niszowe.
odkąd założyłam konto na YT nigdy nie wysłałam meila do żadnej instytucji, firmy czy przedstawicieli firm z prośbą o przesłanie mi kosmetyków do przetestowania i wydania recenzji. Może była to wina mojego lenistwa? Nie potępiam bynajmniej ludzi, którzy to robią! Nie o to chodzi! Ja po prostu nie chciałam tego robić. Uważałam się za zwykłą Anetę, która w sumie do tego się nie nadaje i raczej sobie nie poradzi. Coś jednak się zmieniło...
Jakiś czas temu dostałam wiadomość z propozycją współpracy. Była to polska, mało znana firma. Nie ukrywam- przestraszyłam się. Byłam kompletnie spanikowana. Ale mój chłopak powiedział, że powinnam spróbować, bo przecież najgorszy zawsze jest pierwszy krok. No i się zgodziłam. W najbliższym czasie pojawi się na moim kanale owa recenzja. Tak się złożyło, że w przeciągu krótkie czasu napisała do mnie kolejna firma i znów się zgodziłam. Pojawią się więc kolejne.
Czemu Wam o tym piszę? Nie chodzi mi tutaj o chwalenie się, nie chcę być odbierana jako osoba zarozumiała. Widziałam jednak jak wiele osób miało pretensje do dziewczyn kręcących filmiki na YT, że nakręcają tzw. recenzje "sponsorowane". Ja zawsze wolałam sama coś kupić, a potem o tym mówić niż pisać meile z prośbami. Tymczasem jednak ktoś sam mi zaproponował współpracę. poczułam się....niesamowicie. Poczułam się jak dziewczyna z małej wsi, która może w końcu zrobić coś "bardzo WOW".
Poczułam, ze dostałam szansę i chciałabym ją wykorzystać. Chciałabym byście spojrzeli na moje recenzję tak jak patrzeliście na inne. Nie dostaję za nie pieniędzy, prezentów itd. Nie wiem jak dany kosmetyk na mnie zadziała, nie wiem czy się sprawdzę w takich recenzjach. Danie mi takiej szansy, to dla mnie ogromny prestiż, ale także ogromny problem. Nie jestem osobą pewną siebie i często się waham. Boję się, że nie sprostam, ze zawiodę, że stwierdzicie, iż się sprzedałam.
A to na Waszej opinii zależy mi najbardziej. To wszystko co robię, robię dla Was! Mogłabym rzucić YT w kąt i zacząć zbierać znaczki, ale wiem, ze brakowałoby mi kontaktu z widzami. Bo przywykłam do tego, że ktoś tam jest, ktoś czeka, ktoś pisze... Przywykłam do tego by czuć się potrzebna.
Mam nadzieję, że moje najbliższe filmiki nie zmienią Waszego zdania o mnie. Jestem nadal Anetą, która popełnia gafy językowe, która kocha Potter`a i, która często przeprasza za swój wygląd. To dzięki Wam uczę się, rozwijam i wierzę w siebie trochę bardziej!

Mua! :*

niedziela, 3 października 2010

Prezentowo :)

Kochani! Jeśli widzieliście już mój ostatni filmiki pt: "Podziękowania dla wspaniałej osoby!, to wiecie, że zostałam naprawdę w hojny sposób obdarowana przez pewną cudowną i uroczą osobę. Dała mi ona nie tylko kosmetyki, ale i ogromne pokłady pozytywnej energii, radości, a dzięki kontaktowi z nią wiele spraw w życiu zaczęły mi się dobrze układać, bo mogłam z nią po prostu pogadać "po babsku". Niezmiernie się cieszę z tego, że YT umożliwia ludziom z odległych miejsc na świecie/ w Polsce, żyć w kontakcie i zawierać tak wspaniałe znajomości!

ZAPRASZAM WAS DO ZOBACZENIA WSPOMNIANEGO PRZEZE MNIE FILMIKU! :)

Pokażę Wam dziś zdjęcia kosmetyków kolorowych, które dostałam od Moniki. Niestety mój aparat ciężko oddaje swatche i mogłam jedynie sfotografować ich wygląd w pudełku. Jednakże mam nadzieję, że choć po części oddadzą ich cudowne kolory.


INGLOT, cień do powiek. Pearl, nr 423. Cień o niezwykłym kolorze. Fiolet z brązowym połyskiem. Na skórze daje piękny efekt "rybiej łuski" (jak ja to mówię). Pieknie się rozciera. Ma delikatne drobinki.


SEPHORA, cień do powiek- pojedynczy. Strass nr 16. Można go stosować na mokro i na sucho. Piękny fiolet z ogromną ilością srebrnych drobinek. Idealny do makijażu wieczornego, na sylwestra.


INGLOT, cień do powiek M3. Double Sparkle nr 560. Mapka trzech cieni z lekkimi drobinkami. Kolory są z tego samego zakresu i różnią się jedynie tonami nasycenia. Piękne odcienie fioletu i brązu.


ESTEE LAUDER, cień do powiek. Plum Pop nr 14. Matowy fiolecik. Bardzo ładnie napigmentowany. Jakby lekko przygaszony/zabrudzony. Plusik za lusterko i tajemniczy wygląd w opakowaniu :)



SEPHORA, róż do policzków Blush Me!. Terra Passion nr 9. Piękny odcień brązu i pomarańczy. Bardzo delikatny na policzkach, ciężko z nim "przesadzić". Ma delikatne, nienachalne drobinki. Utrzymuje się na twarzy cały dzień!


INGLOT, puder rozświetlający twarz, ciało i oczy. Nr 86. To jest prawdziwe cudeńko! Cudownie wygląda na twarzy, pięknie rozświetla kości policzkowe, łuk brwiowy itd. Myślę, że spokojnie może zastąpić bronzer czy róż! Na twarzy utrzymuje się cały dzień. Skóra pięknie się po nim mieni!

Kolejna niespodzianka to kula do kąpieli ze sklepu STENDERS. Znalazłam ich stronę internetową i oferta, którą prezentują jest naprawdę kusząca. ZOBACZCIE WIĘC SAMI!

Kula pięknie pachnie! Coś cudownego! Ja czuję kokos, ale nie jestem tego pewna w 100%. Monika napisała mi, że kula ta ma niesamowite właściwości nawilżające i kojące więc... Trzeba wypróbować!

Teraz mam dla Was dokładniejsze zdjęcia kolczyków! Coś pięknego! Uwielbiam taki styl lekko cygański, jakby brudne metale, drewno... Coś pięknego!





Dziękuję Ci kochana jeszcze raz! Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję!


Mua! :*