wtorek, 28 września 2010

Oficjalnie- jesień 2010

Zastanawiam się nad zmianą koloru włosów. Nie, nie rozstałam się z chłopakiem, nie zmieniłam pracy, żadne zmiany w moim życiu (przynajmniej jakieś istotne) nie zaszły. Po prostu...zastanawiam się. Postanowiłam sobie, a moje Szczęście mnie poparło, że będę zapuszczać włosy. Ponad półtora roku temu zafascynowana Ashlee Simpson obcięłam się mniej więcej jak ona w teledysku "L.O.V.E.". No i zrozumiałam, że wolę długie włosy. Jednak nie miałam wyjścia. Włosy miałam zniszczone, końcówki rozdwojone i raczej, to wyświadczyłam im przysługę. Od tamtej pory zapuszczam. Jak widać w filmikach- jest okey. Łykam sobie witaminki (obecnie Capivit Piękne Włosy), na noc nakładam odżywkę i w sumie włosy naprawdę odzyskały formę i rosną mi jakoś...szybciej. Męczy mnie jednak ich monotonny wygląd. Tak więc zastanawiam się czy nie przefarbować się na czarno. Tak szczerze, to nigdy nie miałam jeszcze całych czarnych włosów. Byłam już jasno brązowa, ciemno brązowa, czerwona, czerwona z czarnym spodem, brązowa z czerwonymi końcówkami... No, ale cała czarna jeszcze nie. Zapytałam Szczęścia co o tym sądzi i powiedział, że w sumie czemu by nie. Więc tak patrzę na Lily Allen i się zastanawiam. Acha! Zapomniałam! Fotka na początku pochodzi z jej teledysku "Who`d have known". Zastanawia mnie też grzywka. Widzieliście, że takową posiadałam, a potem żałowałam, że ją mam... Zastanawiam się więc. Mam owalny kształt twarzy i kiedyś pewna makijażystka czy stylistka na kursie z Avonu powiedziała, że ładnie by mi pasowała. Hmm...
Włosy to włosy, odrosną. Nie chcę jednak zmienić koloru włosów, a potem pluć sobie w brodę, że wpadłam na tak głupi pomysł. Co sądzicie o moim pomyśle? Pasowałoby?

Co tak poza tym u mnie? Próbuję pozmuszać siebie do kręcenia częściej filmików. Jednakże ten okres mi nie sprzyja. Za oknem pochmurno, szaro, buro i nijako. Rano światło jest kiepskie, a gdy wracam do domu z pracy, to wręcz fatalne. Przez weekend spotykam się ze Szczęściem i kręcić filmików wtedy wybitnie mi się nie chce. Próbuję więc znaleźć trochę czasu rano i...nie przynudzać. Miałam ostatnio L4 w pracy, bo zatrułam się swoim ciastem urodzinowym (sic!), ale pomimo planów- nakręcę coś- nie zrobiłam nic. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu leżałam przed tv i oglądałam od rana wszystko jak leciało na każdym kanale. A potem przyszedł weekend, który spędziłam oglądając serial "Spartakus". Tak, bardzo twórcze i rozwijające zajęcia. Tak, godne 23 letniej kobiety. Tak, doszłam do wniosku, że muszę schudnąć. No i dalej nie wiem co z tymi włosami...

Mua! :*

wtorek, 21 września 2010

TAG muzyczny, czyli naprawdę ciężki...

Dlaczego ciężki? Ponieważ nie jest mi tak łatwo z całej swojej playlisty wybrać 10 (tylko!) ulubionych piosenek. Jednak skoro Kaasix26 mnie zatagowała, to postanowiłam stanąć na wysokości zadania. Oto mój wybór, a w każdym punkcie znajdziecie link do danego utworu. Miłego słuchania (jeśli jeszcze ich nie znacie).


1. Robbie Williams- Angels : jest to zdecydowanie moja ulubiona piosenka tego wokalisty i moim największym marzeniem jest by grała ona podczas mojego ślubu na pierwszy taniec...
2. Aerosmith- Don`t Wanna Miss A Thing : czuję w niej takie emocje, że mam ochotę płakać gdy ją słyszę, bo wszystko to czuję...
3. Goo Goo Dolls- Iris : za "Miastem Aniołów" nie przepadam, ale za tą kanadyjską grupą tak; jeden z ich największych przebojów i jeden z moich ulubionych...
4. Oasis- Wonderwall : mają specyficzne brzmienie, cudowne teksty piosenek, piękny akcent; o decyzjach i drugim człowieku...
5. Alanis Morissette- Ironic : o tym, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, ale takie właśnie jest życie...
6. Nerina Pallot- Sophie : o miłości, takiej płonącej jak ogień...
7. Avril Lavigne- Take Me Away : lubię większość piosenek Avril, ale ta idealnie dopasowuje się do mnie gdy mam zły dzień, czuję się beznadziejna, smutna i żałosna, dodaje mi siły, w jakiś dziwny sposób- pomimo tekstu...
8. Strachy Na Lachy- Dzień dobry, kocham Cię : bo pokazuje mi, że naprawdę kocham i chociaż czasami jestem na Niego zła, smutna, mam dosyć, to pomimo wszystko...kocham i już.
9. Joan Osbourne- What If God Was One Of Us : chociaż nie istnieje nic takiego jak "niepraktykujący katolik", to ja chyba kimś takim jestem, chociaż nie chodzę do kościoła czuję, że wierzę; ta piosenka zaś ma dla mnie niesamowity sens i przesłanie, bo przecież jest Ktoś Ponad...
10. SUM 41- Pieces : wybrałam akurat tą (chociaż darzę ogromnym uczuciem każdą piosenkę tej kanadyjskiej kapeli, słucham ich od prawie 10 lat), bo mówi o tym, że nie można być doskonałym i czasami najlepiej jest być sobą choć chwilami nieszczęśliwym...


Nie TAGuję nikogo konkretnego. Chciałabym jednak by każdy kto napisze odpowiedź do tego TAGu dał mi znać, bo chętnie poznam Wasze ulubione piosenki. Może mamy jakieś podobne na swojej playliście? Dajcie znać.

Mua! :*

środa, 15 września 2010

...moja wada- za dużo myślę

Gdy miałam 3 laka dostałam na urodziny brata. Naprawdę. Braciszka przyniósł bocian 4 dni przed moimi urodzinami i trafił do naszego domu dokładnie w trzecią rocznicę znalezienia mnie w kapuście. Chciałam wtedy nazwać go "Martynka", ale to inna historia. Cóż... To zdarzenie, sprzed 20 już lat, sprawiło, iż zostałam pozbawiona urodziny. Ha! Zapytacie teraz: Ej, jak można nie mieć urodzin?! Tak! Można być ich pozbawionym. Jestem członkiem rodzinki, która uwielbia wprost przesuwać terminy i łączyć imprezy/rocznice itd. Na ogół moje urodziny obchodzono kolejno od 14-17 września najczęściej pomijając mój dzień urodzin. Babcie i ciocie na parę dni przed odpowiednią datą składały mi życzenia, a na marudzenie typu: Dziś nie mam urodzin, uśmiechały się pobłażliwie i odpowiadały, że zadzwonią i tak z życzeniami. Akurat. Ściema ciśnięta prosto między oczy. Jedna moja babcia wprost uwielbia wyjeżdżać gdzieś gdy jedyna wnuczka ma urodziny, a odkąd skończyłam 18 lat co urodziny, bądź inne święto, życzy mi szybkiego wyjścia za mąż. Prawda jest taka, że każde urodziny spędzam...sama. Nie no, jest mama i tata, rodzeństwo, ale to jest kolejny dzień, a nie "coś wyjątkowego". Nie ma tortu, mama kupuje po kawałku jakiegoś ciasta dla każdego i tyle. Zero przejęcia. Nieee, zapomniałam o życzeniach na NK. Tak, kochamy przypomnienia o urodzinach.
Musze przyznać, że niemal z utęsknieniem czekam, aż będę na tyle "dorosła" by móc mieć prawdziwe i normalne urodziny. Nie wiem czemu mi tak na tym zależy, ale naprawdę chciałabym by ktoś przyjechał tylko do mnie na ciacho i kawę, bym mogła coś pysznego zrobić, by nie trzeba było udawać, że miło się bawię przyjmując życzenia. Jednakże nie dane mi to też w tym roku. Spędzę je sama. Podejrzewam, że tak jak teraz będę leżeć na łóżku z laptopem na kolanach i nudzić się strasznie. Widać taki mój los...
Zastanawia mnie jednak także inny problem. Zauważyłam jakiś czas temu (kwestia paru dobrych miesięcy) jak naprawdę wielu osobom wadzi fakt, iż nie studiuję. Pomijam tutaj rodzinę mojego chłopaka, która gdy tylko może wysyła mnie na studia, a gdy wpadnę na weekend pyta bez ogródek gdzie złożyłam papiery. Moi rodzice z czasem przyjęli fakt, iż nie studiuję i ucieszyli się, że podjęłam w takim wypadku pracę. Inni jednak tego nie potrafią zaakceptować. Nie chodzi tu bynajmniej, że nie byłam ambitna i nie chciałam podjąć kształcenia w zakresie wyższym. Co to to nie! Bardzo chciałam studiować- dziennikarstwo lub psychologię- ale uczelnie, na które składałam papiery nie przyjęły mnie. Nie jestem też osobą, która zacznie "jakikolwiek-kierunek-byle-mieć-wyższe". Moi rodzice tego chcieli, ale ja odmówiłam. Poza tym nie było możliwości bym poszła np. na studia zaoczne. Jedynie dzienne, jedynie w filii UŚ w mojej okolicy. Tak więc nie studiuję, ale nie żałuję swojego wyboru. Nigdy nie żałowałam. Jestem zadowolona z tego, że pracuję. Naprawdę. Ludzie jednak, jak widzę, mają z tym jakiś problem i żyją jakimś schematem "studia=lepszy człowiek". Najgorsze są spotkania rodzinne, przez takie przeszłam w tegoroczne wakacje. Każdy z osobna pyta o to co studiujesz, a później- czemu nie studiujesz. Czasami mam ochotę zebrać rodzinę i wystosować orędzie z wytłumaczeniem "why not". Nikogo nie powinno interesować, to co ktoś inny robi ze swoim życiem. Ilu ja się nasłuchałam wykładów o marnowaniu potencjału, energii, talentu... To wszystko tak bardzo podnosi na duchu, że aż chce się żyć! I te imprezy rodzinne gdzie wszyscy rozmawiają o Tobie jakby Cię nie było. Kocham to!
W tym wszystkim nie chodzi o to, że uważam, iż wyższe wykształcenie, to strata czasu, coś gorszego i nie ma sensu się w to bawić. Bynajmniej! Podziwiam ludzi, którzy jednocześnie pracują i studiują. Ja nie miałam możliwości studiowania zaocznego, a teraz niezbyt byłoby mi to na rękę, bo szef niezbyt przyjaźnie patrzy na studentów, a z pracą wtedy też trudno.Nie mam funduszy na studia. Nie znalazłam też kierunku, który by mi odpowiadał. Nie mam też chęci poświęcać 1,5 dnia wolnego w tygodniu na latanie po uczelni i wypełnianie testów. W ciągu paru lat moje priorytety bardzo się zmieniły. Nie chcę, nie mam potrzeby, robić oszałamiającej kariery. Jestem zadowolona z tego co mam, z tego jak żyję... Czego chcę od życia? Chcę mieć szczęśliwą rodzinę, chcę za jakiś czas urodzić swoje pierwsze dziecko, piec ciasto w niedzielę i prać koszulki męża. Naprawdę! I nie będę czuć, że coś straciłam, że mogłam się uczyć itd. Nie żałuję w życiu niczego i jeśli do tej pory nie mam wątpliwości, to nie dostanę ich za 10 lat. Jeśli będę chciała iść kiedyś na studia, to pójdę. Czemu by nie! Nie lubię tylko wtrącania się w moje życie. Nie lubię gdy ktoś na siłę chce mnie wcisnąć w jakąś formę, w którą nie pasuję. Jest to bardzo męczące i bardzo niemiłe z ich strony. Nikt nie powinien się wtrącać jeśli nie ma takiej potrzeby. A ja nie mam ochoty ciągle się tłumaczyć, bo nie robię niczego złego. Żyję po swojemu i z tym mi dobrze...

No to po marudziłam sobie nieźle... :)