wtorek, 13 lipca 2010

Zmęczona...

O taaaak... Wiem, że w okresie tak intensywnego nasłonecznienia powinnam tryskać energią, optymizmem i chęcią życia. Ja jednak dopiero teraz dowiaduję się ile przekleństw znajduje się w moim słowniku. Jestem poirytowana, zmęczona, rozdrażniona i tykam jak bomba z opóźnionym zapłonem. Do tego dochodzi oczywiście wysoka temperatura i duchota. Okey, dochodzi jeszcze mój samochód. Coś genialnego! Dojeżdżasz do skrzyżowania, włączasz migacz, a nic nie działa, bo padły bezpieczniki. No to awaryjne, zjeżdżam na bok, poprawiam i....na następnym skrzyżowaniu to samo. Boooże... Nie mam już po prostu siły. Powinniśmy jednak myśleć optymistycznie, prawda? Od godziny 14stej w tą sobotę zaczynam urlop. Jednak nawet się nie wyśpię, bo od razu jedziemy do Bydgoszczy. Nie znoszę spać w nowym miejscu, bo na ogół przeistaczam się w sowę. Godzina 3 w nocy, a ja siedzę na łóżku i gapię się w ścianę. Nagle słyszę wszelkie odgłosy rur, każde skrzypnięcie podłogi...
Czyli wiecie już co u mnie. pominęłam fakt, że mam ochotę tylko siedzieć i płakać. Potrzebuję odpoczynku, a nie wiem czy uda mi się go osiągnąć na urlopie...
Nie wiem co mogłabym jeszcze napisać. Mój organizm błaga o odpoczynek. Moja skóra błaga o odżywienie, a ja błagam o święty spokój...
Nawet kręcenie nie daje mi już tak wielkiej frajdy jak ostatnio... Starzeję się.