środa, 24 marca 2010

jednym z moich postanowień noworocznych było wykorzystywanie do końca kosmetyków, które już mam zanim kupię jakieś nowe. długo zwlekałam z tym postanowieniem, bo...bądźmy szczerzy...uwielbiałam wydawać pieniądze. pomimo skromnych zarobków zdarzało mi się wracać do domu z torbą pełną kosmetyków z rossmanna, avonu czy oriflame. to było takie moje małe hobby. jednakże fakt posiadania prawa jazdy i fiata126p sprawił, że musiałam trochę posegregować swój system potrzeb. gdy musisz wydawać pieniądze na paliwo, rejestrację, przegląd czy ubezpieczenie samochodu, to inaczej patrzysz na swój kaprys posiadania kolejnej odżywki do włosów czy balsamu wyszczuplającego. tak więc anetka, zmuszona do oszczędzania, wprowadziła w swoje życie noworoczne postanowienie. nie sądziłam, że tak dobrze mi pójdzie. później na YT zobaczyłam serię filmików 'projekt denko', ale nie nakręcałam własnej odpowiedzi. moja zużywanie produktów sprawiło, że w mojej szafce 'zalegają' jedynie produkty nowe, gotowe do użycia. zanim zużyję kolorówkę trochę czasu minie, to fakt, ale reszta- do kosza won puste opakowania!
dzisiaj wyrzuciłam dwa kolejne. jestem z siebie mega dumna. owszem, mam niezmierną ochotę na zakupy, ale gdy teraz wchodzę do drogerii krytycznym okiem patrzę na wszystko i zastanawiam się czy na pewno tego potrzebuję. obym tylko nie stała się minimalistką!

środa, to bez wątpienia jeden z moich ulubionych dni tygodnia. why? spotykam się z ukochanym. odkąd powiedział mi, że uwielbia mnie w zielonym makijażu, to od tamtej pory co środa i co weekend kombinuję jak tu ładnie się dla niego umalować. feministyczne 'ja' powinno się teraz buntować, ale już dawno je zagłuszyłam. jest mi zbyt dobrze. czuję się bezpieczna, kochana, potrzebna i nie chcę tego zmieniać.
pani aneto, pani jest zakochana.
tak, wiem. jestem.

piątek, 19 marca 2010

wciąż zastanawiam się czemu w ogóle prowadzę tego bloga. moja słońce powiedziało ostatnio, że powinnam wrócić do pisania i sam chętnie przeczytałby coś co wyszło by spod mojej ręki. zawsze krępowało mnie gdy osoby z mojego otoczenia czytały to co piszę, a było jeszcze gorzej gdy chciały o tym dyskutować. nie czułam tej krępacji gdy publikowałam swoje opowiadania na forach, blogach typu mylog.pl czy blog.onet.pl . tam miałam chyba więcej anonimowości chociaż po jakimś czasie ludzie już rozpoznawali mój styl pisania. miło by było móc znów do tego wrócić. wrócić do tego słodkiego zniecierpliwienia palców, które chcą jak najszybciej zderzyć się z klawiszami. zdecydowanie preferowałam pisanie na komputerze. tylko wtedy moje myśli nadążały za słowami. ręka jest w tym zbyt oporna.

chciałabym móc wybrać na tego bloga jakiś ładny szablon. nic jednak mnie nie przekonuje. coś prostego, takiego w moim stylu. sama już nie wiem...

moja mama zaopatrzyła mnie w książkowy kalendarz. wiecie, taki w twardej oprawie i kartką na każdy dzień roku. nie była już w stanie słuchać jak chodzę za swoim młodszym bratem i błagam by oddał swój, którego nie używał. uwielbiam takie rzeczy. mogę wtedy pisać do woli. tak więc parę stron zdążyłam już poświęcić. zaczęłam skrupulatnie notować swoje wydatki, rzeczy, które muszę zrobić itd. notuję tytuły książek, które chcę przeczytać i takie różne głupoty. to niezwykle odpręża i mam wtedy wrażenie, że mnie rzeczy siedzi w mojej głowie. jestem jednak dobrej myśli. parę lat temu właśnie w takich kalendarzach uwielbiałam pisać wiersze! może i tym razem coś z tego wyjdzie...

czekam byle do soboty. byle znów móc położyć się do łóżka i przytulić do mojego szczęścia. od tygodnia łączą nas jedynie smsy, a to mi jednak nie wystarcza. nie sądziłam, że będę w stanie kochać tak mocno. nie planowałam tego. podobno rzeczy najmniej zaplanowane są najszczęśliwsze. czy jestem szczęśliwa? jak nigdy wcześniej. gdy jestem z nim nie widzę problemów, nie martwię się pracą, czy jak dotrwać do 10tego z 50zł w portfelu. jest mi po prostu dobrze. zakochałam się jak nastolatka. to śmieszne, ale wręcz bajeczne. jestem w stanie godzinami siedzieć i patrzyć na niego. nie potrzebne są w takiej chwili słowa.

widać po mnie, że wiosna jest blisko...

środa, 3 marca 2010

ile człowiek jest w stanie znieść? ciągle mam wrażenie, że jestem na skraju załamania. na chwilę dochodzę do siebie, by zdarzyła się jakaś mała rzecz, która sprowadzi mnie do podłogi. mam ochotę jedynie płakać. nic więcej. wszystko mnie irytuje, ludzie drażnią, a praca męczy... potrzebuję urlopu. odliczam dni do wypadu do Krakowa. może tam uda mi się naładować choć trochę baterie...