czwartek, 16 grudnia 2010

Taki mały felietonik, bo dużo po mojej głowie ostatnio chodzi...

Ostatnimi czasy mam wrażenie, że moje życie zaczyna mnie przerastać, że nie ogarniam tego wszystkiego co dzieje się wokół mnie i najchętniej rzuciłabym wszystko i nie wychodziła z domu przez długi czas. XXI wiek daje nam możliwość hmm...życia bez wychodzenia z domu. Mamy Twittera, Facebook`a, YouTube czy NK. Możemy robić zakupy przez internet, konsultować się z lekarzem na czacie i w ogóle full wypas. Jednak dorosła osoba nie może pozwolić sobie na takie wagary od życia. W ryzach trzyma nas praca, rachunki do zapłacenia, auto, które trzeba oddać do mechanika, wizyta u dentysty czy przygotowanie obiadu dla chłopaka/narzeczonego/męża.

Mając naście lat zawsze powtarzałam, że nie będę taka jak wszyscy, że nie chcę być wciśnięta w ciasną formę społeczeństwa, że nie chcę być ograniczona przez konsumpcyjny styl życia i inne wielkie, a jakże piękne, hasła. Życie jednak rzadko toczy się według naszej myśli i w efekcie młoda dziewczyna pisząca opowiadania na blogach z ambicjami dziennikarskimi skończyła w sklepie odzieżowym gdzie w uroczy sposób jest za nie za duże pieniądze pracownikiem "pełnoetatowym" z brakiem dni wolnych. Skończyła ona tam gdzie nie chciała, ale trzyma dzióbek na kłódkę i pracuje, bo przecież teraz ciężko o pracę i lepiej mieć cokolwiek niż nic.

Jednakże ostatnimi czasy nachodzi mnie taka myśl, aby rzucić tą kartkę ze słowem "Wypowiedzenie" i uwolnić się od problemu. Czuję się zmęczona, rozdrażniona, ubezwłasnowolniona... Od tygodni jestem na skraju płaczu. Jeden drobny powód i zalewam się łzami, a bywa i tak, że ryczę jak małe dziecko do poduszki. Pierwsza moja myśl rano, to : "(przekleństwo), znowu?!". Nie tak powinno być.
Tak jak radził mi mój osobisty terapeuta, czyli mój cudowny mężczyzna, w chwilach smutku, załamania i zniechęcenia, albo złości, gniewu i podniesionego ciśnienia krwi, staram się skupić przez moment na uczuciu, które nas łączy, na jakieś drobnostce z naszego związku, czy na przypomnieniu sobie jak miło jest gdy mnie przytula. Te parę sekund daje mi tak niesamowity spokój, pozwala się zdystansować i uspokoić. Gdy słyszę w pracy jakiś kolejny genialny pomysł, który niemal reżimem dyktatury ma być wprowadzony, albo widzę jak wszystko co robię nie ma najmniejszego sensu (bo jaki sens ma poprawianie po raz setny sznurówki w bucie?) powtarzam sobie w myślach: "Mam przy sobie cudownego mężczyznę, który mnie kocha, dla którego jestem piękna, z którym zamieszkam, który się ze mną ożeni i, z którym będę mieć piękne dzieci". Może to i śmieszne, ale nic innego mnie nie uspokaja! Czuję wtedy dystans do wszystkiego, myślę na spokojnie, bo wiem, że to wszystko długo nie potrwa i za jakiś czas znów będziemy razem i ułożymy sobie wspólne życie po swojemu. Myślę, że to piękne, iż mój mężczyzna stał się takim moim amuletem na złą energię.

Jednak nadal boję się stracić pracę, bo widzę jak teraz o nią trudno. Nadal kombinuję co zrobić by odłożyć trochę kasy, by sobie jakoś poradzić, a niestety nic mi w tym nie pomaga... Czasami gdy pewne rzeczy mnie przerastają marzę o tym by wrócić do czasów dzieciństwa gdzie martwiłam się tylko czy zdążę odrobić zadanie z matematyki przed dobranocką. Nie sądziłam, że bycie dorosłym jest tak stresujące. Chciałabym mieć pracę, którą lubię i, która daje mi jakąś satysfakcję. Z biegiem czasu jednak coraz bardziej wątpię w taka ewentualność. Staram się jednak jak najczęściej sięgać po swój amulet...

Bo przecież wszystko się ułoży, prawda? Bo gdzie jest miłość wszystko MUSI iść w dobrym kierunku. Nie ma innego wyjścia.

piątek, 26 listopada 2010

I znów święta idą...

Albo mi się wydaje, albo w tym roku święta przychodzą naprawdę szybko? Już zaledwie tydzień po 1 listopada, gdy mój chłopak kupował Coca-Colę miała ona już świąteczną etykietę. Tak czy inaczej powinno nas to mobilizować do kupienia świątecznych prezentów. Moja koleżanka z pracy, która tak jak ja pracę utraciła, już od miesiąca zapowiadała, że u niej w tym roku prezentów nie będzie. Ja zaś oświadczyłam, że utrata pracy nie zepsuje mi świąt i rodzinnej atmosfery. Rozpoczęłam więc intensywne poszukiwania prezentów. Z moim chłopakiem mam łatwo, bo już w listopadzie powiedział, że chcę szczoteczkę elektryczną do zębów. Takową więc zamówię na Allegro. Uwielbiam zakupy przez internet! Mam jednak problem z resztą rodziny i...z sobą. Każdy pyta co bym chciała, a ja przybieram wtedy minę świątecznego karpia (rozdziabiam pyszczek ze zdziwienia), bo kompletnie nie mam pomysłu, anie żadnych potrzeb.

Wpierw pomyślałam: kosmetyki- ale przecież mam wszystko (cienie, podkłady, pudry, róże, tusze do rzęs, lakiery do paznokci...uff...i więcej), ciuchy- tak, nie mam miejsca by je gdzieś trzymać, ale będę sobie kolekcjonować, torebka- kupiłam sobie sama taką z Atmosphere, perfumy- oczywiście, że moich 11 flakonów potrzebuje następnego towarzysza na półkę (sick!), książka- wolę kupić ją sama... Sami widzicie. Ze mną jest naprawdę ciężko. Ostatecznie powiedziałam bratu, że może mi w tym roku sprezentować stojak na kolczyki. Jeden problem z głowy. A co mówić reszcie?

Nadchodzi również Sylwester. W tym roku Anetka wraz z Miłością Swojego Życia wybiera się na imprezę. Raczej- zostaję na nią zabierana, a potem odwożę nietrzeźwą MSŻ, ale to szczegół. Nie chcę narzekać, ale ja... Nie lubię imprez. Bardzo, bardzo nie lubię. Czuję się na nich nieswojo, czuję się skrępowana i najczęściej modlę się by się skończyły. Łapie na nich podły nastrój, nie lubię tańczyć, alkoholu nie piję, a uśmiechanie się do wszystkich dodatkowo mnie dobija. Jednak Anetka zawsze była miła i nie odmówi MSŻ, prawda? Prawda. Jeszcze się okazało, że to niby bal jest... Od razu dajcie mi linę, to sama zakończę swój żywot. Poznam na nim dobrych znajomych mojego chłopca więc powinnam wystrzałowo wyglądać. Fryzjer, zadbane pazurki, szczupła sylwetka, opalone ciałko, nienaganny makijaż, świetne ubranie... Jak to wszystko pogodzić?! Co narzekasz młoda, przecież i tak nie pracujesz.

No właśnie, szukam pracy. Chociaż "szukam" to dziwne określenie. Wysłałam parę CV, ale na ogół szukają do banków, spożywczaków itd. Mnie zaś cieszyłaby odzieżówka. Jednakże miałam farta i możliwe, że uda mi się załapać do innej branży, bo, bądźmy szczerzy, liczy się zarabianie. Praca, którą teraz mam podjąć, jest mi potrzebna tylko do września/października 2011 roku, bo potem będę jej szukać już w innym mieście. Tak czy inaczej, coś już na oku mam.
Tym pozytywnym akcentem chyba zakończę tą notkę.

Mua!:*

czwartek, 11 listopada 2010

Rozdanko u Katrin!

Pierwszy raz się bawię w coś takiego, ale czemuż by nie spróbować! Jeśli śledzicie blog hikatrin.blogspot.com to w ostatniej notce owa urocza kobietka urządziła rozdanie.

Nagrody to:
1. paleta 5 cieni z Golden Rose nr 105
2.maskara Pierre Rene 3 in 1 black
3.róż do policzków z Golden Rose nr 05
4.Pomadka Rimmel 002 Candy
5.wazelina o smaku truskawkowym Casulle Cosmetics



Spróbujcie szczęścia tak jak i ja próbuję! :)

niedziela, 31 października 2010

Muffiny- podejście pierwsze.

Zauważyłam ostatnimi czasy, że muffinki stały się mega popularne! Nic w sumie dziwnego. Ładnie wyglądają, są urocze i...smakowite. Mniam, mniam! Możemy je przystroić kremem, zrobić takie z kawałkami czekolady i z czym jeszcze będziemy mieć ochotę. Nie ukrywam, że i mnie nie ominęła MUFFINOWA MANIA. Zaczęło się od tego, że kupiłam sobie formę do robienia babeczek.

Zakupiła dwie formy po 6 "miejsc" na babeczki. Kupiłam je w Auchanie i jedna kosztowała ok. 13zł. Trafiłam akurat na formy non-stick. Czyli babeczka nie przykleja się do blaszki i nie trzeba używać papierowych foremek na nie. Jest to bardzo praktyczne. Posmarowałam tylko miejsca na babeczki margaryną i już.
W moje ręce trafił najprostszy z przepisów na muffiny.
2 szklanki mąki pszennej
3/4 szklanki cukru
1 szklanka mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajko
100g masła
(do roztopienia)

Gdy masełko rozpuszczało się w rondelku mieszałam "suche" składniki. Potem dodałam do nich "mokre". Za pierwszym razem robiłam kakaowe babeczki więc dodałam do nich ciemne kakao. Drugie zaś były waniliowe i tu pomógł mi cukier wanilinowy. Nasza masa będzie mieć fantastyczną konsystencję. Mi osobiście przypomina ona mus. Ciasto nakładałam do formy za pomocą zwykłej stołowej łyżki. Jedna babeczka to ok.1,5 takiej łyżki. W porywach dwie. Z tego przepisu zrobimy od 12 do 18 muffinek. Zależy ile ciasta sobie nałożymy. Pieczemy je przez ok. 20 minut w 200st.C. Na jasnych babeczkach szybciej zobaczymy gdy są gotowe, bo przybierają lekki rumieniec.
Przy wyciąganiu ich chwalimy własności blachy non-stick! Bowiem babeczki wprost się z niej wyślizgują. Coś wspaniałego. Dziś zrobiłam jej z cukrem pudrem, czyli na słodko. Mam nadzieję, że wkrótce będą ciekawsze.
A teraz zdjęcia!





Muszę przyznać, że są pyszne! Już po głowie chodzi mi myśl by zrobić sobie takie cytrynowe. Pychota!
Jeśli chcecie poczytać czym są muffiny zapraszam Was tutaj!
A przepis na te pyszności znalazłam TUTAJ.

Mua! :*

środa, 27 października 2010

Lip Smakers, czyli słodkości dla dziewczyn

Smakersy! Nie wiem czemu, ale sama ich nazwa brzmi już słodko. Byłam mega szczęśliwa gdy dowiedziałam się, że będę mogła mieć możliwość przetestowania tych, jakże popularnych ostatnimi czasy, słodkich pomadek do ust. Musicie bowiem wiedzieć, że Smakersy, to nie tylko nawilżanie i pielęgnowanie Waszych ust, ale przede wszystkim smak i zapach, których nie znajdziecie niestety w wielu innych balsamach do ust.

Czekoladowy błyszczyk w sztyfcie Lip Smacker® M&M's® - żółte cukierki M&M's®
Uwielbiam reklamy M&M`sów! Tak więc bardzo zaciekawił mnie ten hmm.. błyszczyk. Przede wszystkim: czuć czekoladę. Wiele produktów "czekoladowych" pachnie w jakiś sposób chemicznie. Z tym jest inaczej. Dla mnie jest to zapach czekolady. Gdy nakładamy go na usta czujemy się tak jakbyśmy smarowali wargi kostką czekolady. Jedyna jego wada, jak dla mnie, to fakt, że z czasem w ustach pozostaje nieprzyjemny posmak. Reszta to same plusy! Jak inne Smakersy i ten nawilża oraz dba o nasze wargi. Dostępne są 4 rodzaje balsamów z serii M&M`s! Znajdziecie coś dla siebie!
CENA: 10,99 zł

Nawilżający balsam do ust Lip Smacker® Original Strawberry Banana - truskawkowo - bananowy

Jeden z moich ulubionych! Pachnie bananami, a smakuje tak słodko, że nic tylko zlizywać go z ust! W połączeniu z jakimkolwiek błyszczykiem o słodkim smaku tworzy niesamowicie smakowita kombinację. Ten balsam to MUST HAVE dla każdego kto chce zakosztować Smakersów (przynajmniej moim zdaniem).
CENA: 7,59 zł

Balsam do ust Lip Smacker® Delectable Desserts Strawberry Cheesecake - pyszny sernik na zimno z truskawkami

Opakowanie najbardziej stonowane z pomadek, które dostałam i...najbardziej tajemniczy produkt. Bachnie, jakże inaczej, sernikiem na zimno, ale na ustach wyczuwałam biszkopt z galaretką truskawkową. Jeśli nie chcecie pomadek w krzykliwych opakowaniach, ta będzie idealna. Opakowanie kojarzy mi się ze stylem pin up, nie wiem czemu :)
CENA: 7,90 zł

Odżywiający balsam do ust Lip Smacker® Vanilla Creams Strawberries'n Cream - truskawki ze śmietaną

Pokochałam go! Jest mój i nikomu nie oddam! Delikatny zapach, a na ustach....sama słodycz. Jest dwukolorowy przez co jeszcze bardziej mnie urzekł. Drugi balsam z listy MUST HAVE. Idealny do pierwszej degustacji Smakersów. Faworyt!
CENA: 11,95 zł

Lip Smakers, to przede wszystkim pachnące i smakowe balsamy do ust. Sztyfty są, jak dla mnie, najlepszą formą aplikacji i jedną z bardziej higienicznych. Smakersy są małe i poręczne. Bez problemu zmieścimy je w kieszeni, torebce, plecaku czy piórniku.idealne do codziennej pielęgnacji ust. Nawilżają, chronią, odżywiają, pielęgnują i nadają delikatny połysk. Idealna baza pod błyszczyki i pomadki. Istnieje wiele rodzajów, smaków i zapachów Smakersów więc każdy znajdzie coś dla siebie w naprawdę przystępnej cenie. Produkty te nie były testowane na zwierzętach! Są idealnym prezentem dla każdej dziewczyny. Częste promocje, aż zachęcają do kupna i przetestowania ich na sobie! :)

SMAKERSY możecie kupić na stronie internetowej:
http://www.butik4girls.pl & http://www.lipsmacker.pl & http://www.smackers.pl/

Mua! :*

(Zdjęcia produktów pochodzą ze strony internetowej www.butik4girls.pl )

czwartek, 21 października 2010

NANTES: Perfect Body, krem do rąk

Oliwkowy nawilżająco-odżywczy krem do rąk i paznokci firmy NANTES, to mój ulubieniec wśród kremów do rąk! Okey, cena może przerazić. 45zł za 100ml produktu, to trochę dużo... Jednak teraz chciałabym opowiedzieć Wam o tym produkcie. Krem do rąk, tak jak żel do mycia twarzy, o którym mówiłam ostatnio, bazuje na NANOwodzie. NANOtechnologia polega w skrócie na rozbijaniu cząsteczek wody na mniejsze elementy, które wnikają w naszą skórę i sprawniej dostarczają nam wszelkiego rodzaju składniki odżywcze.

Działanie kremu zobaczyłam już po 4 dniach. Z moich palców znikły suche skórki (efekt trzymania długopisu, kontaktów z płynami czyszczącymi, szmatkami itd.), skóra wyraźnie się wygładziła, jest elastyczna i naprawdę miła w dotyku. Skórki wokół paznokci już się nie zadzierają! To była moja prawdziwa zmora od wielu lat. Dodatkowo brzydko szpeciła mi paznokcie.
Krem bardzo łatwo się rozprowadza. Myślę, że jest to zasługa jego kremowej konsystencji. Tak jak w przypadku żelu do mycia twarzy, niewielka ilość potrzebna jest by pokryć dłonie. Miły zapach towarzyszy nam potem przez dłuższy czas. Krem zostawia nam na dłoniach coś w rodzaju "niewidzialnych rękawiczek". Są one niewyczuwalne po nałożeniu kremu, ale ujawniają się podczas mycia rąk. Możecie tylko wyobrazić sobie moje zdziwienie gdy myłam dłonie i czułam jak zmywam z nich krem!
Po paru tygodniach stosowania zauważyłam, ze moje dłonie są w o wiele lepszej kondycji. Nie są już suche, podrapane, zniszczone i szorstkie. Możecie mi wierzyć, że używałam naprawdę wielu kremu do rąk, ale tylko krem z firmy NANTES sprawił, że moje dłonie są teraz w naprawdę dobrym stanie.
Jedyna wada tego produktu to jego cena. Nie ukrywajmy, ze pomimo wszystko jest wysoka i to może odstraszać.
Krem ten jest jednak naprawdę świetnym produktem! Jeśli będziecie mieli okazję go wykorzystać- spróbujcie! Na pewno nie pożałujecie, a Wasze dłonie Wam za to podziękują:)

ZOBACZ MOJĄ RECENZJĘ TEGO KREMU NA YT
SKLEP NANTES

Mua! :*

niedziela, 17 października 2010

NANTES: Clean&Fresh żel do mycia twarzy

O firmie NANTES nie wiedziałabym nic gdyby nie pewna wspaniała kobieta, która zaproponowała mi przetestowanie paru ich kosmetyków. Pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej o firmie weszłam na ich stronę internetową, która przy okazji jest również miejscem gdzie możemy zakupić produkty tej firmy. Musicie bowiem wiedzieć, że kosmetyków firmy NANTES nie znajdziecie w drogeriach lub hipermarketach! Możecie je zakupić jedynie ze strony internetowej.

Na czym polega fenomen firmy NANTES? Sekret ukryty jest w NANOwodzie. Sama ta nazwa brzmi jak wyjęta z filmu science-fiction, muszę to przyznać. Postaram się Wam jednak wyjaśnić to w najprostszy sposób, a pod filmem znajdziecie link do strony internetowej gdzie będziecie mogli zobaczyć film z dokładnym wyjaśnieniem idei tej firmy.

Wracając jednak do NANOwody. Kto słuchał na chemii, bądź biologii, wie, że woda składa się z cząsteczek H2O. Dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii duże skupiska cząsteczek wody ulegają rozbiciu na niewielkie, uporządkowane grupy tzw. klastery. Pojedyncza cząsteczka wody ma zaledwie 1 nm (nanometr) średnicy – stąd wywodzi się nazwa NANOwody. Woda ta jest doskonałym rozpuszczalnikiem dla składników aktywnych oraz dzięki małym rozmiarom wyjątkowym nośnikiem substancji odżywczych w głąb skóry.
Brzmi to wprost niesamowicie! Tak więc bez wahania zgodziłam się przetestować owe kosmetyki.

Żel do mycia twarzy z serii Clean&Fresh z ekstraktem z jeżówki i zielonej herbaty. W tym wszystkim najważniejszy wydaje mi się fakt, iż nie ma alkoholu. Jest to wprost idealny żel dla posiadaczek cery mieszanej, jaką jest moja, i tłustej. Jak wiemy alkohol wysusza nam skórę przez co gruczoły łojowe na naszej twarzy zaczynają szybciej i intensywniej pracować dzięki czemu bywa tak, iż błyszczymy się niemiłosiernie. Ten żel nie wysusza nam skóry, po jego zastosowaniu nie mamy uczucia ściągnięcia, skóra nie jest podrażniona, a wręcz czujemy się tak jakby była oczyszczona dogłębnie i w pełni mogła oddychać. Aż nie chce się nakładać kremu! Jakie są plusy takiego działania? Składniki odżywcze z kremu wchłaniają się szybciej i lepiej, podkład utrzymuje się na twarzy zdecydowanie dłużej. Zdarzało mi się, że w pracy około godziny 16tej mogłam przejechać sobie po czole i nosie palcem i czułam, że mój podkład dosłownie „płynie”, a twarz jest tłusta. Teraz tego problemu nie mam! Wszystko jest w stanie nienaruszonym!
Żel firmy NANTES ma za zadanie utrzymać równowagę naszej skóry, zahamować rozwój bakterii, powstrzymać zmiany trądzikowe, wyregulować proces wytwarzania sebum. W ciągu paru dni na mojej twarzy pojawiło się parę wyprysków, ale było to spowodowane tylko tym, że żel działał. Moja skóra oczyszczała się z całego brudu i bakterii, a żel firmy NANTES właśnie jej w tym pomagał.

Produkt ten jest niezwykle wydajny. To ogromny plus! Taka butelka wystarczy nam spokojnie na parę miesięcy. Wystarczy odrobina żelu by umyć całą twarzy, szyję i dekolt. Zauważyłam, ze podczas mycia na twarzy pojawiała się taka jakby śliska osłonka, którą wyczuwało się podczas zmywania żelu. Było to całkiem przyjemne uczucie.
Twarz stała się bardziej promienna, zdrowsza, i jakby gładsza. Liczba pojawiających się pryszczy wyraźnie się zmniejszyła. Żel ma przyjemny zapach, nie uczulił mnie.

Może brzmi to bardzo dziwnie, ale….nie znalazłam niczego do czego mogłabym się przyczepić! Dobrze, na początku trochę męczył mnie fakt, iż w opakowaniu nie ma dozownika w postaci pompki i czasami można nałożyć zbyt wiele żelu na dłoń. Z czasem jednak opanowałam jego dozowanie.

Cena żelu z serii Clean&Fresh w cenie regularnej to 45 zł, a w promocji 39. Czy jest to dużo? Na początku, zanim wypróbowałam ten produkt, wydawało mi się, że tak, ale teraz wiem jak bardzo się myliłam! Przez wiele lat kupowałam żele i toniki, które miały usunąć problem pryszczy, błyszczenia i wszystkich tych uroków skóry mieszanej oraz i tłustej. Do tej pory mam w szafce 3 żele, które przestałam używać, bo nie działały, ściągały mi skórę, podrażniały ją i świeciłam się przez nie jeszcze bardziej. Te trzy żele, które stoją odłogiem kosztują razem tyle ile żel firmy NANTES, a on jako jedyny zadziałał.
Myślę, że nie trzeba marnować pieniędzy na kolejny produkt cud i można kupić coś naprawdę dobrego. Bo taki dla mnie jest właśnie ten żel. Wiem, że na pewno będę go kupować! Przekonałam się, że warto zainwestować w siebie i w produkty naprawdę dobrej jakości, a firma NANTES właśnie takie produkuje.
Zapomniałam jeszcze Wam wspomnieć, że w związku z tym, iż nie znajdziecie marki NANTES w drogeriach, to zamawiając je macie pewność w 100%, że produkt, który do Was trafi jest nowy, świeży, nie otwierany, dopiero co wyprodukowany.

Myślę, że nic więcej nie uda mi się Wam już powiedzieć. Odsyłam Was do strony internetowej firmy NANTES i do zapoznania się z ich ofertą. Z tego co się dowiedziałam ciągle pracują nad powiększeniem swojej oferty więc sądzę, że warto śledzić dalej jej poczynania, bo jest to firma naprawdę godna uwagi.

MOJA RECENZJA NA YouTube
STRONA INTERNETOWA FIRMY NANTES


Mua!:*

(Produkt zawiera SLS- Sodium Laureth Sulfate)

wtorek, 12 października 2010

Pędzle HAKURO, czyli dobry pędzel o fajnej cenie

Boli mnie to. Boli mnie gdy muszę wydać dużo pieniędzy na jeden pędzel. Chyba dlatego nigdy nie kupiłam pędzla w Sephorze czy Ingocie. Wiem, że są dobrej jakości, ale jakoś od samego patrzenia na ceny boli mnie serce i kieszeń. Dlatego właśnie miłą niespodzianką była dla mnie informacja, że istnieje coś takiego jak pędzle HAKURO. Gdy ktoś o nich wspomniał szybko wpisałam na Allegro ich nazwę i ku mojemu zdziwieniu pojawiły się pędzle wyglądające całkiem porządnie i to w rozsądnych cenach. Zakupiłam więc parę i o nich właśnie chcę Wam coś powiedzieć, bo tak się składa, że od paru miesięcy królują one w mojej kosmetyczce. (Niestety nie udało mi się zrobić w miarę dobrych zdjęć. Dlatego zapraszam Was na Allegro gdzie zobaczycie je dokładniej.)

1. Podróżny zestaw pędzli
Nie, wcale dużo nie podróżuję. Męczy mnie jednak przewożenie pędzli gdy np. śpię u kogoś lub wyjeżdżam na weekend, czy urlop. Chciałam coś poręcznego ze wszystkim czego bym potrzebowała. Zakupiłam więc taki oto zestaw z myślą „Przyda się na wyjeździe”. I się przydaje! W skład takiego zestawu wchodzi: pędzel do pudru, pędzel do różu, pędzel do korektora, ścięty pędzelek do linera, pędzel języczkowy do nakładania cieni i ścięty do rozcierania. Pędzle te mają o krótsze rączki niż te standardowe dzięki czemu bez problemu mieszczą się w dołączonym do zestawu etui. Jest to miękkie opakowanie w, którym możemy bez problemu przewieźć pędzle. Jestem z tego zestawu bardzo zadowolona. Pędzel do pudru jest mniejszy niż jego tradycyjna wersja, ale wcale nie wypełnia swojego zdania gorzej! Cudownie miękki świetnie rozprowadza puder. Co więcej, jest idealny w nakładaniu różu czy bronzera. To zdecydowanie mój ulubiony pędzel z tego zestawu. Włosie nie wypada, a jedyną wadą jest chyba tylko to, że podczas mycia farbuje delikatnie na czarno. Jednak, ten drobny minus nie zniszczy mojego zachwytu nim. Pędzel skośny do różu jest biały i…używam go przez to dużo rzadziej. Z reguły rzadko używam ściętych pędzelków do konturowania twarzy. Ten zaś trzymam w foliowym opakowaniu by włosie się nie rozchodziło. Miękki pędzelek, który dobrze nakłada róż czy bronzer, ale ja za nim nie przepadam. Wolę ten do pudru. Pędzel do korektora to naprawdę COŚ. Mięciutki i mały, bez problemu rozprowadzi korektor w delikatnej okolicy oka i innych trudniejszych miejscach. Używanie go to czysta przyjemność. Pędzle do cieni również spełniają swoją rolę. Na wyjeździe zdecydowanie lepiej jest mieć te niż pędzle z normalnej długości rączką. Mięciutkie, pięknie nakładają i rozcierają cienie na powiece. Nie kują, chociaż myłam jej już wiele razy. Spełniają się dobrze w kącikach oczu i załamaniu powieki. Pędzelek do linera jest naprawdę cienki i precyzyjny. Cóż więcej mogę powiedzieć? Włosie jest sprężyste i dobrze rozprowadza zarówno cień jak i płynny liner.

Cena: ok.45zł (ale nie pamiętam dokładnie)

2. H50 Flat Top do podkładu/pudru mineralnego
Kocham go! To moja wielka, wielka miłość. Z tym „skunksikiem” nakładanie podkładu to czysta przyjemność. Miękki (pomimo wielu myć), bez problemu dociera w każdy zakamarek twarzy, cudownie rozciera podkład i paroma ruchami ten etap mamy już za sobą. Myślałam, że po umyciu włosie trochę rozejdzie się na boki, ale trzymam go w plastikowym etui i nic takiego nie miało miejsca. Rączka wydaje się trochę toporna, ale tak naprawdę jest bardzo lekka i łatwo można nią kooperować. Włosy nie wypadają. Świetny flat top jeśli nie chcecie wydawać mnóstwa pieniędzy na Sephorę czy Ingot.

Cena: 27zł Do kupienia TUTAJ

3. H79 do nakładania i rozcierania cieni
Pędzelek do rozcierania z białym włosiem? Nie mam serca go używać! Musze jednak przyznać, że w jakiś sposób nakładanie cieni takim pędzelkiem jest…słodkie. Szukałam pędzelka do rozcierania i kupiłam jednocześnie ten i jeden z Maestro. Jeśli Maestro w tym wypadku sprawdza się lepiej, tak ten jest dużo przyjemniejszy. Dobrze nakłada cień, ładnie rozciera. Włosie nie kuje w powieki, ale wydaje mi się, że gdyby był bardziej puszysty sprawdzałby się lepiej w rozcieraniu. Jest to bowiem, jak mi się wydaje, typ pędzelka języczkowego. Nadal jednak uważam, że jest naprawdę dobry!

Cena: ok. 16zł Znajdziecie na Allegro KLIK


Pędzle HAKURO naprawdę są warte Waszej uwagi. Jeśli nie macie dużych zasobów gotówki myślę, że są naprawdę dobrym rozwiązaniem. Jakość jest świetna i sprawdzają się bez zarzutów. Przy dobrej pielęgnacji posłużą Wam naprawdę długi czas.
Wszystkie te pędzle zakupiłam na Allegro. Link do sprzedawcy znajdziecie TUTAJ

A moja recenzję zobaczycie TUTAJ

Mua! :*

niedziela, 10 października 2010

Coś co chciałabym Wam powiedzieć, a łatwiej mi napisać

Uwielbiam testować kosmetyki. Chyba jak każda kobieta. Uwielbiam kupować nowe marki, nowe produkty, sprawdzać jak działają na mojej skórze, włosach itd. W przeciągu paru lat w całego tego grona kosmetyków dostępnych w naszych drogeriach i innych sklepach, mogłam śmiało wybrać parę, które naprawdę dobrze mi służą i, z których jestem zadowolona.
Jednakże możliwość testowania nowych rzeczy, to możliwość nauki, rozwoju, znalezienia "złotego środka" lub KWC (kosmetyka wszech czasów - bo tak brzmi rozwinięcie tego skrótu na Wizaż.pl). Nie zawsze mamy jednak dostęp do pewnych rzeczy, a o niektórych firmach po prostu nie słyszymy, bo nie są tak reklamowane jak inne marki i są po części niszowe.
odkąd założyłam konto na YT nigdy nie wysłałam meila do żadnej instytucji, firmy czy przedstawicieli firm z prośbą o przesłanie mi kosmetyków do przetestowania i wydania recenzji. Może była to wina mojego lenistwa? Nie potępiam bynajmniej ludzi, którzy to robią! Nie o to chodzi! Ja po prostu nie chciałam tego robić. Uważałam się za zwykłą Anetę, która w sumie do tego się nie nadaje i raczej sobie nie poradzi. Coś jednak się zmieniło...
Jakiś czas temu dostałam wiadomość z propozycją współpracy. Była to polska, mało znana firma. Nie ukrywam- przestraszyłam się. Byłam kompletnie spanikowana. Ale mój chłopak powiedział, że powinnam spróbować, bo przecież najgorszy zawsze jest pierwszy krok. No i się zgodziłam. W najbliższym czasie pojawi się na moim kanale owa recenzja. Tak się złożyło, że w przeciągu krótkie czasu napisała do mnie kolejna firma i znów się zgodziłam. Pojawią się więc kolejne.
Czemu Wam o tym piszę? Nie chodzi mi tutaj o chwalenie się, nie chcę być odbierana jako osoba zarozumiała. Widziałam jednak jak wiele osób miało pretensje do dziewczyn kręcących filmiki na YT, że nakręcają tzw. recenzje "sponsorowane". Ja zawsze wolałam sama coś kupić, a potem o tym mówić niż pisać meile z prośbami. Tymczasem jednak ktoś sam mi zaproponował współpracę. poczułam się....niesamowicie. Poczułam się jak dziewczyna z małej wsi, która może w końcu zrobić coś "bardzo WOW".
Poczułam, ze dostałam szansę i chciałabym ją wykorzystać. Chciałabym byście spojrzeli na moje recenzję tak jak patrzeliście na inne. Nie dostaję za nie pieniędzy, prezentów itd. Nie wiem jak dany kosmetyk na mnie zadziała, nie wiem czy się sprawdzę w takich recenzjach. Danie mi takiej szansy, to dla mnie ogromny prestiż, ale także ogromny problem. Nie jestem osobą pewną siebie i często się waham. Boję się, że nie sprostam, ze zawiodę, że stwierdzicie, iż się sprzedałam.
A to na Waszej opinii zależy mi najbardziej. To wszystko co robię, robię dla Was! Mogłabym rzucić YT w kąt i zacząć zbierać znaczki, ale wiem, ze brakowałoby mi kontaktu z widzami. Bo przywykłam do tego, że ktoś tam jest, ktoś czeka, ktoś pisze... Przywykłam do tego by czuć się potrzebna.
Mam nadzieję, że moje najbliższe filmiki nie zmienią Waszego zdania o mnie. Jestem nadal Anetą, która popełnia gafy językowe, która kocha Potter`a i, która często przeprasza za swój wygląd. To dzięki Wam uczę się, rozwijam i wierzę w siebie trochę bardziej!

Mua! :*

niedziela, 3 października 2010

Prezentowo :)

Kochani! Jeśli widzieliście już mój ostatni filmiki pt: "Podziękowania dla wspaniałej osoby!, to wiecie, że zostałam naprawdę w hojny sposób obdarowana przez pewną cudowną i uroczą osobę. Dała mi ona nie tylko kosmetyki, ale i ogromne pokłady pozytywnej energii, radości, a dzięki kontaktowi z nią wiele spraw w życiu zaczęły mi się dobrze układać, bo mogłam z nią po prostu pogadać "po babsku". Niezmiernie się cieszę z tego, że YT umożliwia ludziom z odległych miejsc na świecie/ w Polsce, żyć w kontakcie i zawierać tak wspaniałe znajomości!

ZAPRASZAM WAS DO ZOBACZENIA WSPOMNIANEGO PRZEZE MNIE FILMIKU! :)

Pokażę Wam dziś zdjęcia kosmetyków kolorowych, które dostałam od Moniki. Niestety mój aparat ciężko oddaje swatche i mogłam jedynie sfotografować ich wygląd w pudełku. Jednakże mam nadzieję, że choć po części oddadzą ich cudowne kolory.


INGLOT, cień do powiek. Pearl, nr 423. Cień o niezwykłym kolorze. Fiolet z brązowym połyskiem. Na skórze daje piękny efekt "rybiej łuski" (jak ja to mówię). Pieknie się rozciera. Ma delikatne drobinki.


SEPHORA, cień do powiek- pojedynczy. Strass nr 16. Można go stosować na mokro i na sucho. Piękny fiolet z ogromną ilością srebrnych drobinek. Idealny do makijażu wieczornego, na sylwestra.


INGLOT, cień do powiek M3. Double Sparkle nr 560. Mapka trzech cieni z lekkimi drobinkami. Kolory są z tego samego zakresu i różnią się jedynie tonami nasycenia. Piękne odcienie fioletu i brązu.


ESTEE LAUDER, cień do powiek. Plum Pop nr 14. Matowy fiolecik. Bardzo ładnie napigmentowany. Jakby lekko przygaszony/zabrudzony. Plusik za lusterko i tajemniczy wygląd w opakowaniu :)



SEPHORA, róż do policzków Blush Me!. Terra Passion nr 9. Piękny odcień brązu i pomarańczy. Bardzo delikatny na policzkach, ciężko z nim "przesadzić". Ma delikatne, nienachalne drobinki. Utrzymuje się na twarzy cały dzień!


INGLOT, puder rozświetlający twarz, ciało i oczy. Nr 86. To jest prawdziwe cudeńko! Cudownie wygląda na twarzy, pięknie rozświetla kości policzkowe, łuk brwiowy itd. Myślę, że spokojnie może zastąpić bronzer czy róż! Na twarzy utrzymuje się cały dzień. Skóra pięknie się po nim mieni!

Kolejna niespodzianka to kula do kąpieli ze sklepu STENDERS. Znalazłam ich stronę internetową i oferta, którą prezentują jest naprawdę kusząca. ZOBACZCIE WIĘC SAMI!

Kula pięknie pachnie! Coś cudownego! Ja czuję kokos, ale nie jestem tego pewna w 100%. Monika napisała mi, że kula ta ma niesamowite właściwości nawilżające i kojące więc... Trzeba wypróbować!

Teraz mam dla Was dokładniejsze zdjęcia kolczyków! Coś pięknego! Uwielbiam taki styl lekko cygański, jakby brudne metale, drewno... Coś pięknego!





Dziękuję Ci kochana jeszcze raz! Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję!


Mua! :*

wtorek, 28 września 2010

Oficjalnie- jesień 2010

Zastanawiam się nad zmianą koloru włosów. Nie, nie rozstałam się z chłopakiem, nie zmieniłam pracy, żadne zmiany w moim życiu (przynajmniej jakieś istotne) nie zaszły. Po prostu...zastanawiam się. Postanowiłam sobie, a moje Szczęście mnie poparło, że będę zapuszczać włosy. Ponad półtora roku temu zafascynowana Ashlee Simpson obcięłam się mniej więcej jak ona w teledysku "L.O.V.E.". No i zrozumiałam, że wolę długie włosy. Jednak nie miałam wyjścia. Włosy miałam zniszczone, końcówki rozdwojone i raczej, to wyświadczyłam im przysługę. Od tamtej pory zapuszczam. Jak widać w filmikach- jest okey. Łykam sobie witaminki (obecnie Capivit Piękne Włosy), na noc nakładam odżywkę i w sumie włosy naprawdę odzyskały formę i rosną mi jakoś...szybciej. Męczy mnie jednak ich monotonny wygląd. Tak więc zastanawiam się czy nie przefarbować się na czarno. Tak szczerze, to nigdy nie miałam jeszcze całych czarnych włosów. Byłam już jasno brązowa, ciemno brązowa, czerwona, czerwona z czarnym spodem, brązowa z czerwonymi końcówkami... No, ale cała czarna jeszcze nie. Zapytałam Szczęścia co o tym sądzi i powiedział, że w sumie czemu by nie. Więc tak patrzę na Lily Allen i się zastanawiam. Acha! Zapomniałam! Fotka na początku pochodzi z jej teledysku "Who`d have known". Zastanawia mnie też grzywka. Widzieliście, że takową posiadałam, a potem żałowałam, że ją mam... Zastanawiam się więc. Mam owalny kształt twarzy i kiedyś pewna makijażystka czy stylistka na kursie z Avonu powiedziała, że ładnie by mi pasowała. Hmm...
Włosy to włosy, odrosną. Nie chcę jednak zmienić koloru włosów, a potem pluć sobie w brodę, że wpadłam na tak głupi pomysł. Co sądzicie o moim pomyśle? Pasowałoby?

Co tak poza tym u mnie? Próbuję pozmuszać siebie do kręcenia częściej filmików. Jednakże ten okres mi nie sprzyja. Za oknem pochmurno, szaro, buro i nijako. Rano światło jest kiepskie, a gdy wracam do domu z pracy, to wręcz fatalne. Przez weekend spotykam się ze Szczęściem i kręcić filmików wtedy wybitnie mi się nie chce. Próbuję więc znaleźć trochę czasu rano i...nie przynudzać. Miałam ostatnio L4 w pracy, bo zatrułam się swoim ciastem urodzinowym (sic!), ale pomimo planów- nakręcę coś- nie zrobiłam nic. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu leżałam przed tv i oglądałam od rana wszystko jak leciało na każdym kanale. A potem przyszedł weekend, który spędziłam oglądając serial "Spartakus". Tak, bardzo twórcze i rozwijające zajęcia. Tak, godne 23 letniej kobiety. Tak, doszłam do wniosku, że muszę schudnąć. No i dalej nie wiem co z tymi włosami...

Mua! :*

wtorek, 21 września 2010

TAG muzyczny, czyli naprawdę ciężki...

Dlaczego ciężki? Ponieważ nie jest mi tak łatwo z całej swojej playlisty wybrać 10 (tylko!) ulubionych piosenek. Jednak skoro Kaasix26 mnie zatagowała, to postanowiłam stanąć na wysokości zadania. Oto mój wybór, a w każdym punkcie znajdziecie link do danego utworu. Miłego słuchania (jeśli jeszcze ich nie znacie).


1. Robbie Williams- Angels : jest to zdecydowanie moja ulubiona piosenka tego wokalisty i moim największym marzeniem jest by grała ona podczas mojego ślubu na pierwszy taniec...
2. Aerosmith- Don`t Wanna Miss A Thing : czuję w niej takie emocje, że mam ochotę płakać gdy ją słyszę, bo wszystko to czuję...
3. Goo Goo Dolls- Iris : za "Miastem Aniołów" nie przepadam, ale za tą kanadyjską grupą tak; jeden z ich największych przebojów i jeden z moich ulubionych...
4. Oasis- Wonderwall : mają specyficzne brzmienie, cudowne teksty piosenek, piękny akcent; o decyzjach i drugim człowieku...
5. Alanis Morissette- Ironic : o tym, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, ale takie właśnie jest życie...
6. Nerina Pallot- Sophie : o miłości, takiej płonącej jak ogień...
7. Avril Lavigne- Take Me Away : lubię większość piosenek Avril, ale ta idealnie dopasowuje się do mnie gdy mam zły dzień, czuję się beznadziejna, smutna i żałosna, dodaje mi siły, w jakiś dziwny sposób- pomimo tekstu...
8. Strachy Na Lachy- Dzień dobry, kocham Cię : bo pokazuje mi, że naprawdę kocham i chociaż czasami jestem na Niego zła, smutna, mam dosyć, to pomimo wszystko...kocham i już.
9. Joan Osbourne- What If God Was One Of Us : chociaż nie istnieje nic takiego jak "niepraktykujący katolik", to ja chyba kimś takim jestem, chociaż nie chodzę do kościoła czuję, że wierzę; ta piosenka zaś ma dla mnie niesamowity sens i przesłanie, bo przecież jest Ktoś Ponad...
10. SUM 41- Pieces : wybrałam akurat tą (chociaż darzę ogromnym uczuciem każdą piosenkę tej kanadyjskiej kapeli, słucham ich od prawie 10 lat), bo mówi o tym, że nie można być doskonałym i czasami najlepiej jest być sobą choć chwilami nieszczęśliwym...


Nie TAGuję nikogo konkretnego. Chciałabym jednak by każdy kto napisze odpowiedź do tego TAGu dał mi znać, bo chętnie poznam Wasze ulubione piosenki. Może mamy jakieś podobne na swojej playliście? Dajcie znać.

Mua! :*

środa, 15 września 2010

...moja wada- za dużo myślę

Gdy miałam 3 laka dostałam na urodziny brata. Naprawdę. Braciszka przyniósł bocian 4 dni przed moimi urodzinami i trafił do naszego domu dokładnie w trzecią rocznicę znalezienia mnie w kapuście. Chciałam wtedy nazwać go "Martynka", ale to inna historia. Cóż... To zdarzenie, sprzed 20 już lat, sprawiło, iż zostałam pozbawiona urodziny. Ha! Zapytacie teraz: Ej, jak można nie mieć urodzin?! Tak! Można być ich pozbawionym. Jestem członkiem rodzinki, która uwielbia wprost przesuwać terminy i łączyć imprezy/rocznice itd. Na ogół moje urodziny obchodzono kolejno od 14-17 września najczęściej pomijając mój dzień urodzin. Babcie i ciocie na parę dni przed odpowiednią datą składały mi życzenia, a na marudzenie typu: Dziś nie mam urodzin, uśmiechały się pobłażliwie i odpowiadały, że zadzwonią i tak z życzeniami. Akurat. Ściema ciśnięta prosto między oczy. Jedna moja babcia wprost uwielbia wyjeżdżać gdzieś gdy jedyna wnuczka ma urodziny, a odkąd skończyłam 18 lat co urodziny, bądź inne święto, życzy mi szybkiego wyjścia za mąż. Prawda jest taka, że każde urodziny spędzam...sama. Nie no, jest mama i tata, rodzeństwo, ale to jest kolejny dzień, a nie "coś wyjątkowego". Nie ma tortu, mama kupuje po kawałku jakiegoś ciasta dla każdego i tyle. Zero przejęcia. Nieee, zapomniałam o życzeniach na NK. Tak, kochamy przypomnienia o urodzinach.
Musze przyznać, że niemal z utęsknieniem czekam, aż będę na tyle "dorosła" by móc mieć prawdziwe i normalne urodziny. Nie wiem czemu mi tak na tym zależy, ale naprawdę chciałabym by ktoś przyjechał tylko do mnie na ciacho i kawę, bym mogła coś pysznego zrobić, by nie trzeba było udawać, że miło się bawię przyjmując życzenia. Jednakże nie dane mi to też w tym roku. Spędzę je sama. Podejrzewam, że tak jak teraz będę leżeć na łóżku z laptopem na kolanach i nudzić się strasznie. Widać taki mój los...
Zastanawia mnie jednak także inny problem. Zauważyłam jakiś czas temu (kwestia paru dobrych miesięcy) jak naprawdę wielu osobom wadzi fakt, iż nie studiuję. Pomijam tutaj rodzinę mojego chłopaka, która gdy tylko może wysyła mnie na studia, a gdy wpadnę na weekend pyta bez ogródek gdzie złożyłam papiery. Moi rodzice z czasem przyjęli fakt, iż nie studiuję i ucieszyli się, że podjęłam w takim wypadku pracę. Inni jednak tego nie potrafią zaakceptować. Nie chodzi tu bynajmniej, że nie byłam ambitna i nie chciałam podjąć kształcenia w zakresie wyższym. Co to to nie! Bardzo chciałam studiować- dziennikarstwo lub psychologię- ale uczelnie, na które składałam papiery nie przyjęły mnie. Nie jestem też osobą, która zacznie "jakikolwiek-kierunek-byle-mieć-wyższe". Moi rodzice tego chcieli, ale ja odmówiłam. Poza tym nie było możliwości bym poszła np. na studia zaoczne. Jedynie dzienne, jedynie w filii UŚ w mojej okolicy. Tak więc nie studiuję, ale nie żałuję swojego wyboru. Nigdy nie żałowałam. Jestem zadowolona z tego, że pracuję. Naprawdę. Ludzie jednak, jak widzę, mają z tym jakiś problem i żyją jakimś schematem "studia=lepszy człowiek". Najgorsze są spotkania rodzinne, przez takie przeszłam w tegoroczne wakacje. Każdy z osobna pyta o to co studiujesz, a później- czemu nie studiujesz. Czasami mam ochotę zebrać rodzinę i wystosować orędzie z wytłumaczeniem "why not". Nikogo nie powinno interesować, to co ktoś inny robi ze swoim życiem. Ilu ja się nasłuchałam wykładów o marnowaniu potencjału, energii, talentu... To wszystko tak bardzo podnosi na duchu, że aż chce się żyć! I te imprezy rodzinne gdzie wszyscy rozmawiają o Tobie jakby Cię nie było. Kocham to!
W tym wszystkim nie chodzi o to, że uważam, iż wyższe wykształcenie, to strata czasu, coś gorszego i nie ma sensu się w to bawić. Bynajmniej! Podziwiam ludzi, którzy jednocześnie pracują i studiują. Ja nie miałam możliwości studiowania zaocznego, a teraz niezbyt byłoby mi to na rękę, bo szef niezbyt przyjaźnie patrzy na studentów, a z pracą wtedy też trudno.Nie mam funduszy na studia. Nie znalazłam też kierunku, który by mi odpowiadał. Nie mam też chęci poświęcać 1,5 dnia wolnego w tygodniu na latanie po uczelni i wypełnianie testów. W ciągu paru lat moje priorytety bardzo się zmieniły. Nie chcę, nie mam potrzeby, robić oszałamiającej kariery. Jestem zadowolona z tego co mam, z tego jak żyję... Czego chcę od życia? Chcę mieć szczęśliwą rodzinę, chcę za jakiś czas urodzić swoje pierwsze dziecko, piec ciasto w niedzielę i prać koszulki męża. Naprawdę! I nie będę czuć, że coś straciłam, że mogłam się uczyć itd. Nie żałuję w życiu niczego i jeśli do tej pory nie mam wątpliwości, to nie dostanę ich za 10 lat. Jeśli będę chciała iść kiedyś na studia, to pójdę. Czemu by nie! Nie lubię tylko wtrącania się w moje życie. Nie lubię gdy ktoś na siłę chce mnie wcisnąć w jakąś formę, w którą nie pasuję. Jest to bardzo męczące i bardzo niemiłe z ich strony. Nikt nie powinien się wtrącać jeśli nie ma takiej potrzeby. A ja nie mam ochoty ciągle się tłumaczyć, bo nie robię niczego złego. Żyję po swojemu i z tym mi dobrze...

No to po marudziłam sobie nieźle... :)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Jesień szybsza niż ta kalendarzowa

Kocham jesień. Okey, brzmię może jak wariatka, bo przecież jesień to przede wszystkim deszcz, plucha, spadające liście, zimno i koniec wakacji. Jednak ja uwielbiam to wszystko! Uwielbiam zakładać ciepłe swetry, szaliki, płaszcze, żakiety... Uwielbiam wracać do ciepłego domku i z kubkiem herbaty słuchać jak wiatr i deszcz uderzają w mój dom, a ja siedzę sobie bezpieczna i radosna. Kalendarzowa jesień jeszcze nie zapukała do naszych drzwi, ale to co jest za oknami chyba idealnie obrazuje to czego można się spodziewać. Od razu poznać, że wakacje dobiegły końca.

Nadchodząca jesień wiążę się także z pewnym dniem, który zdarza się każdemu z nas raz w roku. Urodziny. Nie urodziłam się w czasie "kalendarzowej jesieni", a załapałam się jeszcze na lato. Tak czy inaczej zawsze czułam się emocjonalnie związana z tą deszczową porą roku. Nie lubię urodzin. Nie wiem czemu, ale zawsze czuję się dziwnie gdy się zbliżają. Nigdy też nie miałam prawdziwych urodzin. Tak się złożyło, że mój młodszy brat obchodzi swoje urodziny 4 dni przed moimi i zawsze rodzice oraz rodzina uwielbiali odprawiać nam je razem. Nie znosiłam tego. Nie ma to jak obchodzić urodziny prędzej, a potem w dniu gdy one przypadają siedzieć samemu. Tak więc coś mi się wydaje, że moje 23 urodziny również będą tak wyglądały, ale nie sądzę bym powinna się w tym miejscu rozdrabniać. Łudzę się jednak, że gdzieś tak około 100 roku życia będę obchodzić je należycie i w terminie. Zbliżające się urodziny, to także bardzo dziwny dla mnie okres, coś w stylu "latka-lecą-i-co-w-związku-z-tym-zrobisz". Robię sobie w głowie małe podsumowanie, plusy z plusami, minusy z minusami itd. Zastanawiam się dokąd zmierzam i czego od życia oczekuję. (W tym miejscu gratuluję samej sobie jakże mądrych przemyśleń!) To niesamowite. Gdy próbuję sobie przypomnieć jakieś wcześniejsze urodziny okazuje się, że byłam w 180 procentach innym człowiekiem. Aneta to Aneta, w porządku. Zmieniały mi się jedynie poglądy, systemy wartości i potrzeby. Z dziewczyny, która uważała się za "nierozumianą i niechcianą przez brudny i popieprzony świat, która buntowała się nie wiedząc sama przeciw czemu to robi" stałam się...kobietą. Tak, tak, tak! Yes, yes, yes! (Jak to powiedział znany większości z nas pewien polityk.) Mi samej bardzo ciężko w to uwierzyć! Pamiętam jak zakładałam glany, używałam jedynie czarnej kredki do oczu i twierdziłam, że nikt mnie nie rozumie. Czas jednak to wszystko zweryfikował. Co śmieszne, nie zostałam zmuszona do zmieniania siebie. Nikt nie zabrał mi glanów. Dla mnie wszystko to co miało miejsce w przeciągu ostatnich 2-3 lat było i jest naturalnym procesem rozwoju. Sama decydowałam co chcę zmienić i robiłam, to według swojej myśli. Podjęłam pracę, zrobiłam prawo jazdy, zakochałam się... Czuję się spełniona. Jak na razie oczywiście. To co robię, jaka jestem i co czuję- ma sens w 100%. Jak na osobę mającą 23 lata jestem szczęśliwa jak nigdy nie sądziłam być. Myślałam, że moje życie skazane jest na smutek i łzy. Tymczasem mam nie tylko to co chciałam mieć, ale także rozwijam się w innych szczeblach i kierunkach, o których wcześniej nie myślałam. Mam tu oczywiście na myśli YouTube.
Nie sądziłam, że ten portal da mi tyle radości i tak bardzo pomoże mi w budowaniu siebie. YT dało mi poczucie samodzielności, pewności siebie, ukształtowało pewne cechy mojego charakteru i odrobinę utwardziło moją skórę. Słowa krytyki bolą mnie teraz odrobinę mniej, mniej się boję podejmować pewne decyzje. Nie sądziłam, że coś takiego będzie mi dawać tyle radości.
Co jeszcze mnie zmieniło? Miłość. Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Pokochałam i zostałam pokochana. Nic piękniejszego nie mogło mnie spotkać. Ja, która twierdziła, że jest skazana na wieczną samotność i nieszczęśliwe zakochiwanie się w piosenkarzach, pokochała w 200% prawdziwego i normalnego faceta. Cóż może być piękniejszego! Stałam się spokojniejsza, zaczęłam planować, zaczęłam czuć w sobie potrzebę silnej stabilizacji. Przywiązałam się do tej drugiej osoby i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Nie wiem jakich słów mogłabym użyć, aby przekazać Wam wszystkim to co czuję. To wręcz żałosne, że słowa potrafią tak ograniczać! Gdybym miała powiedzieć co czuję do mężczyzny, z którym jestem to mogłabym Wam tylko powiedzieć, że jestem pewna ponad wszystko, ze to z nim chcę mieć dzieci i dom, chcę być w zdrowiu i chorobie, chcę by widział mnie bez i w makijażu, chcę by widział mnie gdy płaczę i gdy się śmieję, chcę z nim wybierać meble do kuchni i reszty pokojów, pomalować ściany na piękne kolory, co niedzielę piec mu pyszne ciasto, a potem zestarzeć się i wciąż patrzeć na niego z miłością. To bowiem czuję i myślę gdy tylko o Nim pomyślę.
Miłość zmienia człowieka i wyciąga z niego najpiękniejsze cechy. Nawet mój tata powiedział, że odkąd jestem zakochana stałam się zupełnie innym człowiekiem.

Więc widzicie kochani... W wieku 23 lat dopiero szczerze mogę powiedzieć: jestem kobietą. Dopiero teraz poczułam się nią w pełni. Okey, w 99,9%, bo nie zostałam jeszcze matką. Patrzę z niezwykłą dumą na to co udało mi się osiągnąć przez ten czas. Jestem szczęśliwa. I nawet ten deszcz za oknem i wiatr nie sprawi, że będzie inaczej! :)

piątek, 27 sierpnia 2010

Rok bycia na YouTube

Czasami zastanawiam się co takiego sobie myślałam siadając przed swoim aparatem i włączając opcję nagrywania, a później wrzucając to w sieć. Nie wiem. Nie jestem w stanie tego określić. Nie oglądałam wtedy wielu filmików o makijażu, czy kosmetykach. Panacea81 była pierwsza. Poza tym było sierpniowe popołudnie i trochę się nudziłam. Nuda. Jeśli Potrzeba jest matką wynalazków, to Nuda jest jej matką chrzestną. Tak właśnie było w moim przypadku. Nie oczekiwałam tłumu widzów, wielkiego sukcesu, kontraktów z firmami kosmetycznymi i pierwszy stron w gazetach. Chciałam się sprawdzić. Chciałam zobaczyć czy potrafiłabym znaleźć w sobie odwagę by pociągnąć to dalej, nadać temu ręce i nogi. Chyba mi się udało... Jakież to nieskromne stwierdzenie!
Nie uważałam siebie nigdy za 'guru' czy specjalistkę w tej dziedzinie. Byłam totalną nowicjuszką, nie potrafiłam namalować sobie kreski, a jakiekolwiek bardziej skomplikowane makijaże oczu były dla mnie zagadką. Chociaż tak jest chyba i do tej pory. Chciałam się jednak uczyć. Bardzo, bardzo chciała. Śledziłam więc inne kanały YT, czytałam komentarze i rady widzów i...uczyłam się. Nie uważam też, że wiem wszystko. Co to to nie. Nieustannie się uczę i jestem tym faktem zachwycona.
A co najpiękniejszego jest w tym wszystkim? Widzowie! Widzowie, ich komentarze, wiadomości prywatne... Wiem, że mogę na nich liczyć, że doradzą, podpowiedzą, poprawią gdy coś powiem źle. Jestem szczęśliwa, że tak duże grono osób jest mi w stanie pomóc czy doradzić! Do tego nawiązałam dzięki YT kilka naprawdę miłych znajomości. Internet daje niesamowite możliwości i tyle rzeczy ułatwia!
Chciałabym być na tym portalu kolejny rok. Chciałabym się dalej rozwijać, zaskoczyć Was czymś nowym, przyciągać do siebie i ... nie wiać nudą. Mam nadzieję, bardzo cichą, że może mogłoby mi się to udać. Przy odrobinie szczęścia i Waszej pomocy :)

DZIĘKUJĘ WAM ZA TEN ROK!

sobota, 21 sierpnia 2010

Odpowiedź na (pierwszy) TAG

Zasady:
1. Napisz, kto przyznał Ci tę nagrodę.
2. Wymień 10 rzeczy, które lubisz.
3. Przyznaj tę nagrodę 10 innym blogerom i poinformuj ich komentarzem.

TAGowały mnie:
MizzVintage i MADDENINGS

LUBIĘ
1. spędzać czas ze swoim Szczęściem, a nawet uwielbiam! Jestem wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie i czuję, że kocham.
2. Harry`ego Potter`a Książki, filmy, gry, ciekawostki... Mam bzika na punkcie tej historii i wartości, które przesyła.
3. Desery lodowe od Grycana Deser bananowy....Mmmmm....
4. Jajecznicę z pomidorami Ten zapach pomidorów podsmażanych na patelni, do tego świeża bułeczka z masełkiem i herbata...Raj.
5. Kupować ludziom prezenty i patrzeć jak się cieszą gdy je dostają Nie trzeba komentować :)
6. Milkę Deserową Wchłaniam tabliczkę na poczekaniu, jest B.O.S.K.A. !
7. Piec ciasta Znajduję fajny przepis i wykorzystuję go. Tata twierdzi, że odkąd jestem z moim chłopakiem zmieniłam się pod tym względem strasznie :)
8. Uzmysławiać ludziom, że pomimo wszystko są szczęśliwi i stać ich na wiele choć w danej chwili czują się kimś słabszym i gorszym od robaczka W końcu uśmiech ludzi jest tak bardzo potrzebny! Nie wolno się załamywać!
9. Gdy ludziom podoba się to co lubię i jaka jestem Pomimo wszystko mam kompleksy i każde miłe słowo sprawia, że czuję się odrobinę pewniejsza siebie, szczęśliwsza i w ogóle...
10. Pomagać ludziom Przytrzymywać drzwi gdy wchodzą do sklepu, podnieść gdy coś upadło, odłożyć na miejsce, podać coś, podwieźć gdzieś, a do wszystkiego dołożyć uśmiech. Dzień jest wtedy dla nas obojga lepszy!


Okazuje się teraz, że nie cieszą mnie "kosmetyczne/babskie" sprawy, dziwne...
Ten jakże uroczy TAG chciałabym przekazać... Carterfold, Allinbrocade, ohmykat!, FOTO-MAKEUPOWO, 82inez, kizia-miziaa, wytworkizmorki, MakeUp - Gamegirl, handmadebykicia, make up samouk
Mam nadzieję, że będziecie chciały odpowiedzieć na ten TAG :) Buziaki gorące!

niedziela, 15 sierpnia 2010

O odchudzaniu, zmianach w postrzeganiu siebie i tym co ostatnio siedzi mi na głowie.

Waga idealna. Jakież, to piękne. Każda z nas chciałaby osiągnąć ten cel chociaż na pewno będziemy się upierać, że kochamy swoje ciało, że akceptujemy siebie i nie będziemy próbowały starać się być jak te modelki z kolorowych magazynów. Taaaak... Ja też tak mówię. Jednak siadam sobie w pewną sobotę przed laptopem, wcinam ciacho, które sama zarobiłam ( I ♥ Zeberka! ) i oglądając sobie zdjęcia na portalu NK zaczynam się zastanawiać czy jestem taka jak być powinnam. Mam przed oczami zdjęcie ślicznej, szczupłej dziewczyny, którą parę razy spotkałam. Wiedząc, że jest fotomodelką poszukałam sobie jej zdjęć i...odstawiłam to jakże pyszne ciacho. Przy wzroście 172cm waży zaledwie 52kg! Zaczęłam się zastanawiać nad możliwością szybkiej utraty 14 kilo bez potrzeby pozbawianej się, któreś z kończyn. I chociaż widzę na zdjęciach, że dziewczynie można zagrać dowolny utwór na żebrach, że praktycznie nie ma piersi, a nogi to patyki- ja i tak zaczynam się zastanawiać... Znam doskonale konsekwencje gdybym zaczęła się odchudzać. 5 lat temu ważyłam 57kg doprowadzając siebie tym samym do stanu naprawdę kiepskiego. Jednak dlaczego mając obecnie wagę idealną zastanawiam się czy powinnam schudnąć? Tak czy inaczej jest to wpływ telewizji, kolorowych magazynów i projektantów mody, którzy tworzą w szczególności dla szczupłych kobiet. Za nic nie chciałabym wrócić do tego stanu sprzed 5 lat gdy mogłam wyciągać włosy garściami, non stop miałam siniaki i jakikolwiek wysiłek sprawiał, że było mi słabo. Co to to nie! Cieszę się niezmiernie z tego co mam, ale ciągle się zastanawiam. No i co najważniejsze, odkładam na bok ciastko...
Nasłuchałam się ostatnio wywodów moich rodziców, że się odchudzam i koszmarnie schudłam, co dla mnie jest śmiechu warte. Nie wydaje mi się bym jadła strasznie mało lub coś z tych rzeczy. Nie odmawiam sobie frytek czy słodyczy. Nie wiem o co tyle krzyku. Szkoda, że tak ciężko zaakceptować nam siebie, a gdy już nam się to udaje nasza akceptacja zostaje poddana silnej próbie. Czasami się poddaję. Przechodzę na dietę minimalnego jedzenia z zamiarem szybkiej utraty wagi, a ta tak naprawdę nie ma zamiaru się ruszać. Ironia. Wcieram te wszystkie balsamy wyszczuplające i jedyne co zauważyła to fakt, że moje uda jakby naprawdę trochę się wyszczupliły. Szkoda, że z brzuchem nie jest tak samo. Zakończę chyba tego jakże marudzącego posta i zacznę szukać jakiś informacji o uzyskaniu płaskiego brzucha. Może w końcu uda mi się wziąć za siebie tak porządnie...

niedziela, 8 sierpnia 2010

....w chwilowym zawieszeniu

Tak. Tak właśnie w obecnej chwili się czuję. Nie będę udawać, że jest inaczej, nie przykleję sobie uśmiechu do twarzy by zadowolić innych wokół siebie. Nie jestem taka. Mam swoje chwile słabości i potrafię przyznać się do tego z ręką na sercu. Jak więc czuję się teraz? Jakby ktoś wypompował mi mózg i wpakował w moje ciało litry smutku. Spędzam cały dzień w łóżku, mam ochotę płakać i wypchać się aż po uszy niezdrowym i kalorycznym jedzeniem. Już tydzień jestem sama i kompletnie nie wiem co mam z sobą zrobić. Gdyby nie praca, to zaczęłabym chodzić po ścianie. Moje Szczęście wybyło do Francji z orkiestrą na jakiś festiwal. Zostałam tylko ja i wysyłanie SMSów w przestrzeń kosmiczną. Owszem, popieram Waszą myśl: czas wolny, to możliwość uporządkowania swoich spraw, zadbania o siebie, rozwijania siebie itd. itp. Fajnie. Tylko, że jak już wszystko posprzątam, ogarnę i nałożę na twarz maseczkę, to nie wiem co dalej. Nie sądziłam, że człowiek potrafi się tak bardzo przywiązać do drugiej osoby.
Nie ukrywam, że na ten smutek najlepsze byłyby zakupy. Jednakże nie mam nawet pomysłu co sobie kupić. Stanę sobie w R. przed półkami i uświadamiam sobie, że mam w domu wszystko czego mogę sobie zażyczyć. Jeśli kupie kolejny balsam, czy cień, czy cokolwiek innego wyląduje to tylko w szafce obok tylu podobnych rzeczy. Nawet nie chce mi się już chodzić do drogerii czy po innych sklepach. Kompletnie nic mi się nie podoba. To straszne.
Do tego zbliżają się moje urodziny. Jeszcze trochę i skończę 23 lata. Jakież to cudowne. Zaczynają się tez pytania o to co chciałabym dostać jako prezent. Kiedyś strasznie mi się to podobało, ale teraz niespecjalnie. Bo nie mam żadnych potrzeb, nie brak mi niczego. I to wręcz śmieszne. Nie no, dobra, brat obiecał, że mi kupi nowy zapach Avril Lavigne- Forbidden Rose. Ale poza tym? Nie mam żadnej innej "zachcianki". Chciałabym tylko miło i spokojnie spędzić dzień...
Zaczynam chyba marudzić... Do tego wypadają mi włosy, łamią mi się paznokcie, nie potrafię schudnąć i nie umiem dobrać sobie lakieru do paznokci.... Chyba jest to kryzys wieku średniego. Powinnam więc zakończyć tego jakże irytującego mnie i męczącego posta.
Mam nadzieję, i cieszę się, że wytrzymujecie ze mną... Może wrócę z lepszym nastrojem i energią.

wtorek, 13 lipca 2010

Zmęczona...

O taaaak... Wiem, że w okresie tak intensywnego nasłonecznienia powinnam tryskać energią, optymizmem i chęcią życia. Ja jednak dopiero teraz dowiaduję się ile przekleństw znajduje się w moim słowniku. Jestem poirytowana, zmęczona, rozdrażniona i tykam jak bomba z opóźnionym zapłonem. Do tego dochodzi oczywiście wysoka temperatura i duchota. Okey, dochodzi jeszcze mój samochód. Coś genialnego! Dojeżdżasz do skrzyżowania, włączasz migacz, a nic nie działa, bo padły bezpieczniki. No to awaryjne, zjeżdżam na bok, poprawiam i....na następnym skrzyżowaniu to samo. Boooże... Nie mam już po prostu siły. Powinniśmy jednak myśleć optymistycznie, prawda? Od godziny 14stej w tą sobotę zaczynam urlop. Jednak nawet się nie wyśpię, bo od razu jedziemy do Bydgoszczy. Nie znoszę spać w nowym miejscu, bo na ogół przeistaczam się w sowę. Godzina 3 w nocy, a ja siedzę na łóżku i gapię się w ścianę. Nagle słyszę wszelkie odgłosy rur, każde skrzypnięcie podłogi...
Czyli wiecie już co u mnie. pominęłam fakt, że mam ochotę tylko siedzieć i płakać. Potrzebuję odpoczynku, a nie wiem czy uda mi się go osiągnąć na urlopie...
Nie wiem co mogłabym jeszcze napisać. Mój organizm błaga o odpoczynek. Moja skóra błaga o odżywienie, a ja błagam o święty spokój...
Nawet kręcenie nie daje mi już tak wielkiej frajdy jak ostatnio... Starzeję się.

środa, 16 czerwca 2010

Bo życie nie śpi, a czas ucieka

Czasami jest to wręcz irytujące. Czasami zastanawiam się czy w ogóle ma sens prowadzenie jeszcze kanału na YT gdy kolejny raz odkładam nakręcenie jakiegoś filmiku "na później". Może przeraża mnie trochę ten szum wokół kręcenia filmików, choć nie ukrywam, że wiadomości od widzów są dla mnie czasami jak balsam na duszę i dodają mi siły w ciągu chwil gdy nie mam na nic chęci. Potrzebuję jednak odrobiny odpoczynku i myślę, że lipcowy urlop mi go zapewni.

Pomyślałam także, że napiszę Wam co mniej więcej planuję w związku z moim kanałem. Cóż, pewna osoba podsunęła mi pomysł bym stworzyła serię filmików dotyczących książek, na których podstawie nakręcono filmy. Pomysł jak najbardziej mi się spodobał i uzyskał on u mnie nazwę Książka&Film. Mam nadzieje, że Wam się spodoba. Nie ukrywam, że przeczytałam wiele książek zmobilizowana poprzez filmy więc może uda mi się Was zainteresować jakimiś perełkami.
Chciałabym także nakręcić dla Was recenzję produktów LUSH, które ostatnio mam miły zaszczyt testować, zrobić małe rozdanie dla widzów, może zrobić jeden "Strój Dnia" (tego nie jestem już zupełnie pewna) i jeszcze jeden mały projekcik chodzi mi po głowie, ale czekam, aż się ukształtuje sam w moich myślach.
Tak więc z tego co piszę wszystko jest na dobrej drodze ku temu, aby mój kanał rozwijał się w kierunku przeze mnie wybranym i naprawdę ciekawym- czyli zaciekawić.

Zakładając kanał YT nie chciałam obracać się tylko wokół kosmetyków. Mam nadzieję, że uda mi się nadać mojej myśli przewodniej wyrazistszą formę i, że Wam się spodoba.
Tym czasem jednak spróbuję nakręcić dla Was tyle filmików ile będę w stanie, odpisać na wszystkie wiadomości i czerpać jak najwięcej z tej pozytywnej energii, którą od Was dostaję.

Tak więc myślę, że byłoby to na tyle co chciałabym Wam dziś przekazać. Jesteście niesamowici, cudowni i dziękuję Wam za to, że jesteście i pozwalacie mi być dla Was. Nawet nie wiecie ile wspaniałych rzeczy się od Was nauczyłam!

Pozdrawiam gorąco! Trzymajcie się ciepło i byle do wakacji :)

poniedziałek, 31 maja 2010

Moje zmiany w pielęgnacji cery

Postanowiłam zmienić coś w swoich kosmetycznych nawykach. Od dawien dawna używałam głównie żeli, toników i wszelkiego rodzaju mazideł ukierunkowanych na cerę trądzikową i z problemami. Powiedziałam więc: DOŚĆ! I zmieniłam wszystko. Poza tym nie mam nastu lat i powinnam bardziej przykładać uwagę do tego co nakładam na buźkę.
Tak więc wszystkie antybakteryjne, przeciwtrądzikowe itd. żele do mycia twarzy zastąpiłam żelem do mycia twarzy z białą herbatą z serii Planet Spa (Avon).

Żel ma za zadanie opóźniać proces starzenia się skóry, oczyszczać, odżywiać, wzmacniać i odstresować skórę. Jestem bardzo zadowolona z tego produktu. Pięknie pachnie, pozostawia skórę świeżą, nie napina naskórka. Skóra nie jest po nim przesuszona, a gładka i delikatna. Ja kupiłam ten żel w promocji za ok. 16zł.
Tak więc myję twarz ciepłą wodą i nakładam na dłonie odrobinę tego żelu. Zrezygnowałam z używania szczoteczki do mycia twarzy. Oczywiście, była cudowna! Nie musiałam dzięki niej używać peelingu i dokładnie oczyszczała skórę. Jednakże zauważyłam, że równie dokładnie podrażniała mi naskórek. Tak więc odstawiłam ją dla swojego dobra.

Ziaja, HerbikaPlant, Czarny bez stał się moim kremem na dzień. Szybko się wchłania, idealny pod makijaż, nawilża, wygładza i wzmacnia naskórek. Ma również łagodzić negatywny wpływ środowiska na skórę. Jestem bardzo zadowolona z tego kremu tym bardziej, że kosztował mnie ok.7 zł.
Co do demakijażu. W odstawkę poszły u mnie chusteczki dziecięce. Miałam przez nie tylko wypryski, zaczerwienienia i przesuszenia na twarzy. Zastąpiłam je Ziaja, Calma HLC, mleczkiem do demakijażu z wapniem.

Mleczko to jest bardzo delikatne, ale skutecznie usuwa makijaż, nawilża skórę, nie podrażnia okolic oczu, nie powoduje zaczerwienień i neutralizuje wolne rodniki, które przyspieszają proces starzenia się skóry. Kosztuje ok. 8zł. Wiem, ze wiele osób chwali sobie dwufazową Ziaję, ale jak wspomniałam już w filmiku, ja za nią nie przepadam.
Całą twarzy przecieram później bezalkoholowym nawilżającym tonikiem do twarzy z serii Avon Solutions. Odświeża on skórę, nawilża, nie podrażnia skóry. Jestem z niego zadowolona, ale sądzę, że gdy tylko się skończy spróbuję czegoś nowego.

Ziaja, Oliwkowa, Naturalny krem oliwkowy , to mój krem na noc. Jest to krem ochronny i odżywczy dla skóry. Regeneruje naskórek, przeciwdziała zaczerwienieniom, łagodzi podrażnienia. Jestem bardzo zadowolona z tego kremu. Cudownie nawilża mi skórę i rano jest ona nieziemska w dotyku. Na pewno nie stosowałabym tego kremu na dzień. Długo się wchłania i pozostawia tłusta powłokę na twarzy, która ma za zadanie nawilżyć naskórek.
Na punktowe wypryski stosuję punktowy żel na wypryski marki Synergen, marki Rossmann.

Nakładam go wieczorem na wypryski. Żel wysusza i łagodzi stany zapalne. Kosztuje około 6zł i jest dla mnie naprawdę sprawdzony.

W taki oto sposób mój problem z wypryskami, pryszczami i innymi problemami zniknął :)
Mam nadzieję, że mniej więcej udało mi się przedstawić Wam kosmetyki, które teraz dominują podczas mojej pielęgnacji. Liczę też, że jest to przydatne.
Pozdrawiam gorąco!

niedziela, 23 maja 2010

Haul majowy

Muszę przyznać, że ostatnio całkiem sporo nowych rzeczy wylądowało w moich rękach. Przyznaję się bez bicia i większego oporu, że dla mnie osobiście najlepszym lekarstwem na smutek dnia codziennego są zakupy. Skoro więc jestem osobą bardzo podatną na wpływ pogody tak więc przez ostatnie deszcze i brak słońca kupiłam więcej niż sama mogłam chcieć.
Przede wszystkim napadłam Allegro. Trafiłam na cudowną okazję. Pewna osoba sprzedawała nowe testery szminek z Rimmela. Nie byłabym sobą gdybym nie zakupiła kilku. Tym bardziej, że pojedyncza sztuka kosztowała tylko 4 zł.
A oto i kolorki.

076 Scream


035 Heather Shimmer


091 Coral In Gold


212 Amethyst Shimmer


048 9 To 5


121 Birthday Suit


001 Nude Pink


040 Asia


Po raz pierwszy w moich rękach zagościła także szminka firmy L`OREAL w odcieniu 425 Perfect Coral.


Jeśli oglądacie mój kanał na YT wiecie także, że ostatnio dostałam parę cudownych prezentów. Kamerka jednak nie oddaje ich ładnych kolorów więc postanowiłam dodać dla Was zdjęcia.

Poczwórna paletka GOSH`a nr 49 Jamaica


Paletka 3 cieni z Inglota. Niestety nie potrafię ich wyciągnąć i trochę boję się, że przez moje nieudolne próby, któryś uszkodzę. Tak więc przykro mi bardzo, ale nie ogę podać Wam ich numerów.

UDAŁO SIĘ! Od lewej 134, 128 i 423.

Po wielu latach oglądania katalogów z Avonu zdecydowałam się w końcu na kupno paletki czterech cieni. Avon, True Colour, Mocha Latte. Ich cena promocyjna wynosiła 19,90 zł, ale są idealne do codziennego makijażu tym bardziej, że uwielbiam brązy w różnych odcieniach.


Bardzo kusiła mnie też nowa kolekcja lakierów Bell, Fashin Colour. Zrobiłam zamówienie na 4 lakiery, ale w efekcie dostałam 4 te same odcienie. Cóż, muszę teraz zrobić zwrot i wymianę. Mój kolor to 304. Jest to delikatny fiolet z drobinkami. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia chociaż trzeba nakładać 2-3 warstwy, aby nie było prześwitów na paznokciach.


Jeśli miałyście styczność z innymi lakierami tej serii i mogłybyście mi polecić jakieś inne ładne kolorki, to chętnie z nich skorzystam. Gorąco Was wszystkich pozdrawiam!