sobota, 20 czerwca 2009

ponuro i deszczowo

zaczęły się wakacje, a dla mnie zaczął się cudowny okres ciągłego jeżdżenia stopem. w roku szkolnym na ogół do pracy jeżdżę busem, a podwóz łapię z powrotem. teraz zaś w obie strony będę zatrzymywać samochody. rok już tak przeżyłam więc przeżyję i następny.
jestem zmęczona. ten tydzień wykończył mnie psychicznie i odebrał mi stówę. tak, tak. ze sklepu zniknęły nam dwie bluzy o łącznej wartości około 300 zł. no i płacimy za nie same... gdyby to jednak szło jakoś wytłumaczyć. życie.
ostatni tydzień to także tydzień złych wiadomości. moja babcia ma przerzuty do płuc, raka łatwo nie da się pozbyć, a mój najmłodszy brat całe życie będzie brał leki przeciwpadaczkowe, bo ostatnie wyniki były fatalne. mama stara się mu teraz załatwić pełną niepełnosprawność, bo wcześniej miał częściową.
dostałam także wielkiego obrzydzenia do mężczyzn, po tym co ostatnio usłyszałam, a wiązało się to z seksem w zamian na załatwienie mi zwolnienia z zajęć teoretycznych na kursie prawa jazdy. miałam wcześniej podobne propozycje, ale nigdy nie były one tak obsceniczne. patrzę teraz na każdego mężczyznę z niemałym obrzydzeniem. dochodzę również do wniosku, że posiadanie partnera nie jest mi pisane.
cierpię z powodu braku lektury i w efekcie zaczęłam czytać 'kod da vinci'. było to spowodowane zobaczeniem filmu 'anioły i demony' (ach, ten ewan!). powinnam wziąć się za posprzątanie swojego pokojowego bałaganu, ale w efekcie leżę na łóżku z laptopem na kolanach. zastanawiam się kiedy zadzwoni babcia, która ostatnio mocno mnie zagrzała. wyskakuje z moimi imieninami, których nigdy nie obchodzę, życzy mi szybkiego wyjścia za mąż, a o moich urodzinach nie pamięta. mam brzydki nawyk bycia szczerą i powiedziałam jej co o tym wszystkim myślę.
dochodzę do wniosku, że najlepiej mi samej i nie mam ochoty zawracać sobie głowy kimś kto nie jest tego wart. parę radzy nawiedziły mnie palpitacje serca w obawie, że Ł. znów sie pojawi, ale po dzisiejszym dniu mam jedynie ochotę kazać mu spadać ode mnie.
za oknem pada. w pracy zimno. w domu zimno. jestem głodna. internet mnie dobija. mam ochotę na zakupy. musze posprzątać. no i nie lubię swoich włosów. zapowiada się cudowny weekend i boski tydzień. mam nadzieję, że chociaż wakacje jakoś po ludzku spędzę....kiedyś. zostało mi 11 dni urlopu i chciałabym go wykorzystać. nie stać mnie raczej na wyjazd do włoch czy francji, ale może kraków na parę dni mnie przyjmie. oby...

piątek, 12 czerwca 2009

zabójcze buty i długi weekend

po burzy. ostatnio często mają u nas miejsce. ten widok jest akurat z okna mojego pokoju. piękny. Oluś mówi, że na zdjęciu widać smoka. dopiero z czasem go zauważyłam.

pierwszy dzień mojego hmm ... urlopu. zrobiłam sobie długi weekend po roku pracy. jestem zadowolona. czuję się jednak jakbym w ogóle nie wypoczywała, bo gdzie się nie ruszę tam ktoś za mną lezie. czekam z utęsknieniem na poniedziałek by pojechać do miasta i pomarnować trochę czasu w centrach handlowych.


-buty
-torebka
-bluzka
-dwa razy kino
i kasa leci. owe buty po lewej to mój najnowszy nabytek. dziś spędziłam w nich kilka godzin i.... nie zrobiłam sobie żadnej krzywdy! hurrra! owszem, jestem 10 cm wyższa, ale są takie fajne, że musiałam je mieć. no i mam. powinnam zakopać swoją kartę głęboko w ziemi by cokolwiek móc oszczędzić.

tata obiecał przywieźć mi z Hiszpanii, czy gdzie tam pojechał, nową paletę cieni i pędzli do makijażu. czekam teraz na niego, a jeszcze bardziej na owe pędzle, bo znalazła fajną aukcję za allegro gdzie za pięć dyszek, można kupić świetny zestawik. koszmar! szlaban na allegro!

pomimo mojego ostatniego objadania się, albo raczej 'wchłaniania wszystkiego co jest wokół mnie', waga nadal stoi na 65 kilo. bynajmniej jestem szczęśliwa. wzięłam się więc ostro za siebie. a co! eksperymentuję z nowymi rzeczami. buty na obcasie, róż na policzkach etc. miła odmiana.

próbuję zorganizować sobie życie. może coś z tego wyjdzie. zmykam, bo oczy mi sie same zamykają. marzę o ciepłym prysznicu, a potem seria ćwiczeń i spać :)

sobota, 6 czerwca 2009

szukam inspiracji...

pochmurna sobota. jedna z tych kiedy pragniesz schować się pod kołdrę i nie wychodzić stamtąd dopóki dopóty nie poczujesz się lepiej... czuję się beznadziejnie przejedzona i obrzydliwie napuchnięta.
czytam Kate Long "Podręcznik złej matki", bo przez "Trainspotting" już przebrnęłam. fantastyczna książka. jestem koszmarnie zmęczona, a ciągle coś czegoś ode mnie chce.
postanowiłam wziąć parę dni wolnego, od 11 czerwca do 15 włącznie. mam już plany na piątek (kino, zakupy, antykwariat, odwiedzić ciocię), a mama wyskoczyła mi bym wolny dzień spędziła pilnując młodszego brata. pomijam fakt, że będzie to pierwszy tak naprawdę wolny dzień od roku, który mogę spędzić tak jak chcę. teraz zaś mam poczucie winy jak cholera....
chciałabym by wszyscy zniknęli przynajmniej na jakiś czas. chciałabym odpocząć. tak naprawdę. chciałabym zrobić sobie maseczkę, pooglądać głupie filmy, poczytać gazety, posprzątać. teraz zaś w moim pokoju siedzi młodszy brat, a z głośników dobiega dziwna muzyka z jakieś gry. kocham go najmocniej na świecie, ale czasami mam serdeczną ochotę by nie widzieć go na oczy. zdecydowanie potrzebuję wolnego...
powinnam wziąć się za sprzątanie...

podsumowanie:
książek do przeczytania: jedna (leży obok mnie na łóżku i błaga by coś z nią zrobić)
plany na weekend: brak (pewnie będę siedzieć przed komputerem, albo czytać książkę)
niemiłe czynności do wykonania: jedna (czeka mnie wizyta u rodziny)
znajomi z, którymi chciałabym porozmawiać: zero (nie chcę nikogo widzieć)
planowane filmy, które obejrzę: jeden ('Chłopiec z latawcem' czy jakoś tak, jak mi się będzie jakimś cudem chciało)
inne aspiracje: zacząć w końcu coś pisać