sobota, 21 listopada 2009

nareszcie sobota! nareszcie się napiję! właśnie tak brzmi dziś główna myśl w mojej głowie :) może brzmię trochę jak jakiś facet, ale no cóż.... wieczór panieński więc się należy pobawić.
parę pozytywnych rzeczy zdarzyło się ostatnio, trochę miłych wspomnień. nie chcę zapeszać więc nie powiem. czekam do wieczora i szaleję :)

czwartek, 12 listopada 2009

zmiany, zmiany, zmiany...
no i mam grzywkę. czuję się tak jakbym na czole miała jakiś napis, a wszyscy się na niego gapili.
jutro przyjdą zakupy:) czekają mnie ze trzy imprezki, albo dwie, a w tym wieczór panieński. trzeba jeszcze kupić prezenty.
stresik przed poniedziałkowymi jazdami? jak zwykle mi towarzyszy

niedziela, 8 listopada 2009

jeszcze nigdy potrzeba zakupów nie targała mną tak bardzo jak teraz. zrobiłam sobie listę rzeczy, których potrzebuję i czekam teraz jedynie na wypłatę. całe szczęście opłaciłam już prawo jazdy, a może za jakiś miesiąc będę mieć egzamin. najchętniej to bym jednak odwlokła to najbardziej jak się da. co u mnie? cóż... miało ostatnio miejsce parę miłych i niemiłych incydentów, ale nie chcę tu o nich pisać. to raczej nie są informacje, którymi chcę się dzielić ze wszystkimi.
co mnie czeka w najbliższym czasie... dwa razy urodzinowe piwo z koleżankami z pracy, urodziny najlepszej przyjaciółki, jazdy, muszę się pouczyć do egzaminu. planuję w tym tygodniu fryzjera i zakupy. w oko wpadł mi fajny płaszczyk, a chciałam jeszcze jasne, wąskie jeansy i parę innych drobiazgów. mogę zapomnieć o odwiedzeniu centrum handlowego, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. na ogół kręcę się po sklepach w okolicy miejsca mojej pracy, bądź nałogowo kupuję na allegro. moja mama swoja drogą dostaje nerwicy gdy przychodzi tyle paczek. tymczasem na aukcjach znalazłam uroczą torebkę, którą po prostu muszę mieć. chyba jednak trochę na nią poczekam, bo obiecałam koleżance na urodziny profesjonalny zestaw pędzli do makijażu. powinnam swoją drogą zrobić przegląd w swoich kosmetykach i może pooddawać to czego nie używam. jeszcze się zobaczy... ostatnimi czasy polubiłam swoje ciało, co w moim przypadku jest niespotykane. jako ofiara nadmiernego odchudzania się teraz z dumą patrzę w lustro. coś niesamowitego. nie wiem tylko czego jest to sprawą. próbuję przekonać się do kręcenia kolejnych filmików na youtube. zobaczę jak te przekonywania siebie samej się potoczą. jakoś ostatnio brak mi chęci... chciałam poczytać jakąś fajną książkę, ale jedyne co mnie teraz czeka to rozwiązywanie testów na prawo jazdy i czytanie innych tych poradników. hmm... może w poniedziałek kupię sobie jakiś kolorowy magazyn...

czwartek, 5 listopada 2009

no i się zarumieniłam ;) ech....

wtorek, 3 listopada 2009

boję się. znów nachodzi mnie uczucie 'po co to wszystko?' i kompletne zniechęcenie do wszystkiego co robię. przestaje mi zależeć. to takie destrukcyjne uczucie. miałam dziś jazdy. siedziałam za kierownicą eLki i zastanawiałam się co ja tam takiego robię. nie, nie chodzi o strach, czy, ze nie zdam, bo nie nastawiam się na zdanie, ale raczej uczucie: po cholerę mi to. owszem, zaraz moi znajomi wyciągają listy przykładów '100 powodów za', ale ja tego nie czuję. po prostu. to jak mówienie 'będzie lepiej', albo 'wiem co czujesz'. kolokwialnie powiem: gówno prawda. nikt nie wie jak się czuję. mam ochotę rzucić to wszystko w kąt i tak jak zrobiłam z ostatnią szkołą, więcej się tam nie pokazać. męczy mnie wszystko. praca, pogoda, jazdy, ludzie, dom. mogłabym użyć zakupów jako popularnego i ogólnodostępnego leku na takie nastroje, ale nawet nie mam potrzeby kupować czegokolwiek. tylko jestem. wstaję rano, myję włosy, twarz, suszę włosy, nakładam krem, nakładam makijaż, robię coś z włosami, ubieram się, idę na busa lub brat podrzuca mnie na jazdy, potem praca, busem do domu. czytam te wszystkie babskie pisma i porady jaka to ja nie powinnam być. jaka to jestem wspaniała, cudowna, piękna, a ja boję się siebie, bo spodnie, które kupiłam w połowie lipca mam o jakieś półtora rozmiaru za duże. widzę, że chudnę, ale nic z tym nie robię. boję się, że znów zacznie się to co miałam cztery lata temu. jesienna chandra? raczej druga strona mnie

niedziela, 1 listopada 2009

jakim cudem oglądam właśnie serial Brzydula? i to od pierwszego odcinka?
jutro jazdy. po jutrze i w następny dzień także. próbuję jakoś się na to nastawić.
co zrobić by się nie wściec i nie zabić siebie/kogoś?
nawet nie wiem na czym stoję....w pracy i swoim życiu.
tylko chodzę i się wkurw***

środa, 28 października 2009

akcja 'burza' i powstanie warszawskie

czyli dwa tematy, na które muszę napisać parę słów. czemu? bo to wypracowanie mojego brata. zażądałam za niego 300 eurogąbek na nk, ale chyba nie dostanę, heh.
wróciłam do czerwieni na mojej głowie i muszę przyznać, że wygląda ona lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. jestem tylko ciekawa rekcji mamy gdy wróci z małym ze szpitala. nie powiedziałam jej, że się pofarbowałam. muszę zmyć makijaż. moja skóra chyba teraz tego pragnie.
jazdy mnie dobijają. jestem zła na siebie, na to auto i na S., bo jedyne co mu najlepiej wychodzi to wkurzanie mnie. zginie on lub ja. chciałam zapisać się na lekcje karate lub innego takiego sportu. okazało się, że owe 'sporty' mają jakąś swoją filozofię. poczytałam co nieco o niej, ale nie przypadła mi do gustu. muszę jakoś rozładować energię i pozostał mi już tylko samochód. współczuję mu...
napiszę wypracowanie, muszę ogarnąć dom (a w tym wypadku jest co) i jakoś pozbierać się do kupy. wmawiam sobie, ze poniedziałek daleko, a czas zapier*** jak się patrzy...
szukam inspiracji.

sobota, 24 października 2009

szkoda, że nie potrafię się teleportować, albo tak jak prot (bohater książki K-PAX), złapać promień światła. zastanawiam się czy kiedykolwiek w swoim życiu będę mogła byś sama. niby jestem w swoim pokoju, ale gdy tylko wracam z pracy zwalają mi się do niego moi bracia, potem przychodzi mama, a teraz np. siedzi mój najmłodszy brat. nawet gdy zaproszę znajomych mam ich u siebie, a nie chcę nawet pomyśleć co by było gdybym miała faceta. jestem tym wszystkim strasznie zmęczona.

kupiłam sobie buty tzw. emu. trochę dziwnie się w nich czuję chodząc, bo są bardzo miękkie i mam wrażenie jakbym non stop chodziła po wełnie lub czymś podobnym. przynajmniej nie będę musiała zacząć chodzić teraz w kozakach, bo zaczynają mnie dobijać.
w poniedziałek najmłodszy z braci jedzie do szpitala na zabieg wycięcia trzeciego migdałka. możliwe, że nie będzie go z mamą nawet do tygodnia. czyli zaraz po pobudce i zaraz po powrocie z pracy będziemy mieć tysiące telefonów. nie znoszę tego. w domu zostają dwie dorosłe osoby, a rodzice i babcia przeżywają to jakby w domu została dwójka pięciolatków.
a we wtorek jazdy. sama już nie wiem po co zaczęłam je robić. wpłaciłam drugą i ostatnią ratę za kurs, a nie wiem po cholerę tam jestem. nie chcę myśleć o tym, że listopad zacznę jazdami i to trzy dni pod rząd. tylko mnie dobijcie.
zastanawiam się po co i o czym mam kręcić kolejne filmiki na yt. szlag zaczyna mnie trafiać....
do dupy.

środa, 21 października 2009

słuchając Kasi Kowalskiej

śmigam sobie z dnia na dzień. tak zdecydowanie jest mi najłatwiej.
w sumie to jestem typem osoby 'komfortowej'. robię co mam robić i znikam. tak, tak zdecydowanie jest najlepiej.
zastanawiam się co takiego chciałabym tu zapisać. w poniedziałek mój najmłodszy brat ma zabieg wycięcia trzeciego migdałka i chociaż moja przyjaciółka, studentka medycyny, zapewniała mnie, że to rutynowy zabieg- ja mam obawy. ale to naturalne, tak sądzę. mały przyjmuje po prostu leki przeciwpadaczkowe i ma coś nie tak z krzepliwością krwi więc boję się na zapas.
co jeszcze.... lubię jazdę samochodem. chociaż momentami mam ochotę zabić swojego instruktora, ale ogólnie jest okey. tak czy inaczej nie widzę siebie za kierownicą i zastanawiam się po co tak w ogóle to robię. ale to kolejny problem, z którym muszę się uporać.
śniło mi się dziś, że byłam w ciąży. ba! miałam nawet fajny brzuszek. sprawdziłam w senniku- jest to zwiastun jakieś dobrej nowiny, nowych perspektyw, spełnienia jakiegoś marzenia etc. czyli niby lajt.
jestem na dwudniowym urlopie od pracy, ale za nic nie mam ochoty tam wracać. próbowałam ostatnio wywołać u siebie płacz. nie potrafiłam. chyba płakarka mi się popsuła.
przejechałam dziś kota. był już martwy, ale ja go...dobiłam. no cóż... słucham Kaśki Kowalskiej. nie ma to jak feminizm w połączeniu z depresją.
byle do przodu

------------

na cholerę mi to wszystko? nie rozumiem. po co mi ta przeklęta praca, ten kurs na prawo jazdy przez co tylko chodzę z mdłościami, po co mi kolejne kosmetyki, farby do włosów, ciuchy, kasa, raty, telefon, komputer, makijaż, jedzenie, odchudzanie, muzyka, filmy.... nie rozumiem. czuję się taka nieszczęśliwa, pusta w środku.
przeglądam zdjęcia koleżanki. zastanawiam się czemu jestem taka, a nie inna... Boże. chciałabym móc zasnąć i już się nie budzić. tak wiele rzeczy mi nie pasuje, tak wiele mnie drażni. jednak nie zmieniam tego. dlaczego? bo wiem, że wszystko jest na swoim miejscu, a ja tylko przechodzę kolejny ze swoich kryzysów... ale czemu?

sobota, 17 października 2009

niektórzy mówią, że nie powinno się dorastać
ja jestem pewna, że doświadczę wszystkiego
bez względu na ryzyko
wiem, że presja nigdy nie zniknie
nie myślę o tym, po prostu oddaję się chwili

odkrywam różnice każdego dnia
za późno by zmieniać decyzję
nie myśl- życie się zmienia
czasami po prostu śnimy

zatrzymaj się nim zmienisz zadanie
chyba sobie tego nie uświadamiasz, ale
poradzę sobie dobrze sama
jeśli spadnę pociągnę za sobą wszystko
potem zaś będzie mi łatwiej

ufaj mi, albo chociaż spróbuj
nie mów, że nie próbujesz
nie uciekaj, szansa cię ominie
czas ucieka, potem powiesz, że
znów się spóźniłeś

wygląda na to, że wszystko co robimy
odwraca się czasem przeciwko nam
nie ufaj przedmiotom
czasami po prostu śnij

niektórzy mówią, że będzie mi lepiej
bez słowa sprzeciwu
niewychylania się poza sztywne okładki
to jak uczyć się latać bez skrzydeł u boku
życie nie jest dla uciekinierów
w jakiś sposób każdego dnia staję
twarzą w twarz ze swoimi lękami
pewnymi drogami muszę iść sama
i nie zmienię swojego zdania
czasami zaś po prostu śnię

uwierz mi, że będzie dobrze
gdy wszystko co złe minie- będzie lepiej
czasami zaś po prostu śnij


już trochę lepiej. nie 'najlepiej', ale 'lepiej'.

czwartek, 15 października 2009

nieszczęścia chodzą parami. deprecha jesienna i zawód uczuciowy też. brak słów. mam ochotę jedynie płakać. życie...

PS. od tygodnia chodzę z mdłościami. czy to wina stresu? chyba tak. czuję się cholernie nieswojo. zasada 1: trzymać swoje serce na uwięzi

sobota, 10 października 2009

jak wysoko sięga poziom tolerancji smutku?
na ile możesz sobie pozwolić by
nie stracić swojej przydatności?
wykwalifikowana pomoc
z wykrochmalonymi umiejętnościami
wykrochmalona pomoc
z wykwalifikowanymi umiejętnościami
bezzębne potwory
bezsmakowe trucizny i ty
Książę Jednej Chwili
dzisiaj pan, jutro żebrak
w swoim własnym świecie
w Królestwie Myśli sam sobie
statkiem i kapitanem
by nie ulec tak do końca
sobie samemu, a jednak
sobą będąc
nakreślić nowe horyzonty poza
zasięgiem ich oczu
ile wytrzymasz z daleka od
swojej bezpiecznej klatki z trawy?
z daleka od zamku z chmur pierzastych
i promieni gwiazdy słońca?
gdy pociągną cię w dół strącą
też z góry kawałek nieba
z hukiem spadnie na ich mądre
i otwarte głowy, lecz i tak
po chwili dopasują cię do
Diagramu Tolerancji Smutku
i skończysz swe władanie
w Królestwie Białych Ścian
bo jesteś inny od tysięcy
więc niebezpieczny

wtorek, 6 października 2009

"wiedziałam, że tak to się skończy!"
komentarz mojej przyjaciółki gdy po jazdach napisałam, że mam strasznie fajnego instruktora i, ze mi się spodobał ;)no przecież to nie moja wina!

niedziela, 4 października 2009

zbyt wiele myśli i spraw krąży ostatnio w mojej głowie. po pierwsze: prawo jazdy. we wtorek mam pierwsze jazdy, a wczoraj gdy mój brat wziął mnie autem by trochę poduczyć doszłam do wniosku, że chyba popełniłam jakiś błąd, bo czułam, że idzie mi koszmarnie. nie wiem więc czy dobrze zrobiłam zapisując się na prawo jazdy.
po drugie: zbliża się zmiana czasu i muszę pogadać z szefem czy będę mogła znów wychodzić z pracy szybciej, by zdążyć na autobus. zbyt ciemno się robi by jeździć stopem.
po trzecie: jestem spłukana mimo, że nie ogłaszam jeszcze swojej upadłości. określiłam, że 'odbiję się od dna' za miesiąc gdy spłacę w tym miesiącu prawko.
po czwarte: nie wiem co ze sobą zrobić. zmienić pracę, czy nie? żeby zmienić muszę mieć prawo jazdy. czyli może dopiero w przyszłym roku.
po piąte: co zrobić ze swoimi włosami? drażnią mnie. wyglądam nijako, a jesienna chandra zaczyna już całkowicie mną rządzić.
po szóste: chciałabym móc w końcu odpocząć.

czwartek, 1 października 2009

rozmawiałam ostatnio z koleżanką. siadła załamana, z jesienną chandrą, która udziela się także i mi, i stwierdziła, że chyba zbyt wiele chce od życia, że jest zachłanna, bo chciałabym zrobić to i tamto. słuchałam jej. doszłam do wniosku, że sama w rzeczywistości mam zupełnie inne podejście do życia mimo, że ja i ona jesteśmy w tym samym wieku i zarabiamy tyle samo. ona planuje przyszłość, ja żyję tym co dziś lub najdalej za tydzień. ona chce huczne wesele, ja zaś wolę 20-50 tysięcy wydać na wycieczkę do Japonii. mówię jej: popatrz na mnie, tak szczerze mam w nosie to co się dzieje wokół mnie. Przyszła mi nowa sukienka, której pewnie nigdy nie założę, ale nie ubolewam nad tym.
bo jaka jest prawda? biorę to co daje życie i zmieniam tylko to co zmienić potrafię, i co zmian wymaga.
moja mama wszystko analizuje, jest sceptykiem, pesymistą. jeśli ktoś ma 99% szans na przeżycie, ona czepia się tego pechowego 1%. i już taka jest. ja zaś jestem osobą, która zamyka strach w pudełku po zapałkach i robi to co robić powinna. zawsze tak było, to co złe zostawiam za drzwiami i robię to co do mnie należy.
powiedziałam mamie, że gdy zdam prawo jazdy chcę sobie kupić samochód. nie drogi. półtora tysiąca. już teraz słucham kazań, że to wydatek, że będą opłaty, że po co, że na co mi to. taka już jest. nie ukrywam, że jest to męczące. to jak ciągłe podcinanie skrzydeł. gdybym przyszła powiedziała 'mamo, dostałam główną rolę w filmie Spilberga i mam jechać do Stanów', ona zaczęłaby mówić o tym, ze nie wie jak na to patrzeć, że lepiej jakbym nie jechała, że to może nie wypalić etc. mój tata? zapyta czy podać mi walizkę.
wiecie co? lubię siebie teraz. kiedyś nienawidziłam, a teraz- lubię. nie, to za duże słowo. jestem dla siebie neutralna. ni grzeję, ni ziębię. czy mam plany? hmm... jazdy mam we wtorek, to chyba plan. chciałabym zdać prawo jazdy za pierwszym razem. może kupić auto. potem zmienić pracę. wyjechać do Anglii? fajnie by było. ale to plany. a ja nie planuję. rzeczy po prostu się dzieją. życie po prostu się dzieje

środa, 30 września 2009

dziwne uczucie. weszłam dziś na nk i zobaczyłam, że mój znajomy dodał nowe zdjęcie. niemowlaka. a podpis? 'pierwszy dzień na świecie mojej małej Księżniczki'. co ja na to? zonk. totalny szok. ale czemu? bo ten facet był moją pierwszą prawdziwą miłością ;) byłam młoda i głupia, miałam te 12-13 lat i szalałam za nim, a i ja mu obojętna nie byłam. jeśli w takim wieku można tak to określić, haha. tak więc troszkę się zdziwiłam i dziwnie nadal z tym się czuję.
sukienka, którą zamówiłam na początku lipca w końcu do mnie dotarła. masakra. coraz chłodniej na dworze. pierwsze jazdy we wtorek o 8. nie wchodzić na jezdnię.

niedziela, 27 września 2009

stałam się ostatnio jakąś maniaczką youtube. obecnie śledzę jeden z fajniejszych pomysłów użytkowników tej strony- swap. osoby, najczęściej z różnych państw, wysyłają do siebie paczkę z kosmetykami i gadżetami różnego typu. paczka oczywiście jest w jakieś określonej kwocie. jejku, jakie cudowne rzeczy można kupić w Japonii! wręcz sama słodycz :)
pod koniec nowego tygodnia mam rozpocząć jazdy, wpłacić drugą ratę za kurs i jakoś dotrzymać do 10tego. mam jeszcze zegarek do odebrania, a w głowie cudny makijaż na halloween, który chciałabym móc wykonać dla tych wszystkich, którzy śledzą moje poczynania na youtube, moja konto znajdziecie tutaj. stałam się też członkinią szlachetnego grona twittersów, chociaż moje poczynania jak na razie są małe. jestem pełna jakiś pozytywnych myśli, sama nie wiem dlaczego. może to wina jesieni. lubię tę porę roku.
wyobrażacie to sobie, że jeszcze nic nie napisałam w 'notatniku rzeczy pozytywnych'. mam przynajmniej parę rzeczy już na liście. np. to, że zostało mi jeszcze 6 dni wolnego do wybrania. marzą mi się zakupy xD

czwartek, 24 września 2009

zakochana materialistka!

stałam się okropną materialistką! to straszna! nie spodziewałam się tego po sobie.... a jednak mnie trafiło... koszmar! z myślą, że w pracy znów będziemy się nudzić kupiłam sobie dwa kolorowe magazyny (glamour i in style). co się stało potem? oszalałam!

1. Jimmy Choo dla H&M

cudowne, prawda? 199 zł. co jest najgorsze? kusza mnie! mówią do mnie: kuuuup nas!

2. Stradivarius i owa boska torebka

kosztuje koło stówki. koooorci mnie.....

to wręcz żałosne z mojej strony... ech. idę już spać....

poniedziałek, 21 września 2009

czy kiedykolwiek miałyście, bądź mieliście wrażenie, że nie pasujecie do miejsca, w którym żyjecie? ja tak mam niestety często. czy czuliście się głupio, że jesteście tacy, a nie inni? ja tak. to dziwne. zawsze uważałam, że każdy człowiek jest indywidualnością, że jest niepowtarzalny i w ten sposób cudowny i wyjątkowy. głośno tępiłam zachowanie niczym u owcy, która podąża ślepo za stadem. dziś jednak znów poczułam się jak muchomor wśród maślaków. nie wiem czemu ludzie mówią, że jestem dziwna. nie wydaje mi się bym dziwnie się ubierała. sądzę, że to co noszę jest ładne i przyzwoite. często czerpię inspiracje z magazynów o modzie, albo oglądam zdjęcia kobiet, których styl ubierania się uważam za interesujący (np. Emma Watson, Kate Moss). czyli to nie jest kwestia ubioru. makijaż? maluję się jak każda dziewczyna. lubię eksperymentować, ale przecież nie zrobię sobie na powiekach makijażu w stylu mangi i nie wyjdę w nim do pracy. lubię makijaż zadbany, ładnie dobrany kolorystycznie i zrobiony w miarę porządnie. czyli i nie makijaż. tak więc w dziwny sposób stanęłam na swojej osobowości. dziś na przykład okazałam się dziwna, bo powiedziałam, że od małego uwielbiałam się uczyć i pochłaniałam masę książek. interesowało mnie dosłownie wszystko i chciałam zaspakajać swoją chęć poznawania. to więc okazało się dziwne. ale czy na prawdę tak jest? kurczę, sama teraz się w tym wszystkim gubię. nie wiem czy siedzieć cicho i nie odzywać się jak ktoś pyta, czy udawać, że znam się na wszystkim choć nie mam o niczym pojęcia. tego nie znoszę najbardziej- gdy człowiek wypowiada się na temat, o którym nie ma zielonego pojęcia. mam koleżankę, która przerwie ci w połowie zdania, która w dziwny sposób żartuje i chyba właśnie tym chce ukryć swoją ignorancję do pewnych spraw. wiem, że nie wszystkich interesuje np. mitologia czy literatura brytyjska. zdaję sobie z tego sprawę. nie lubię jednak ignorancji. odnoszę czasami wrażenie, że jestem z tym wszystkim sama. jestem dziwna, bo lubię się uczyć i rozwijać, bo mam poglądy, które jestem w stanie obronić, bo mam takie a nie inne zdanie na pewne tematy. przez pewien czas sądziłam, że znajomi są zazdrośni, bo jestem sama i robię to co chcę. nie mam faceta, nie szukam go, rozwijam swoje pasje i dużo czytam. powinnam czuć się z tym dobrze i tak się czuję. jednak gdy dochodzi między nami do konfrontacji, to ja czuję się zaszczuta. jeśli ktoś nie potrafi mi odpowiedzieć jest dla niego idealnym rozwiązaniem powiedzenia słów: 'aaaaaa, znajdź sobie faceta i nie rozdrabniaj się tak'. nie dziwcie się więc, że czuję się wyobcowana. nie na miejscu. zawsze tak było. mój tata zawsze powtarzał, że nie powinnam zwracać uwagi na innych ludzi i mam robić to co uważam za słuszne i co sprawia, że jestem szczęśliwa. chce to robić, ale jak długo będę mieć na to siłę? jak długo jeszcze wytrzymam tą nagonkę? chciałabym pisać. chciałabym znów móc siąść do klawiatury czy kartki papieru i pisać, pisać, pisać... kiedyś było to dla mnie takie łatwe i oczywiste. zaczęłam jednak pracę i wypadłam z rytmu. zaczęłam myśleć o studiach, ale nie potrafię znaleźć kierunku, który w pełni by mnie satysfakcjonował. siedzę więc w swoim małym szarym świecie i zastanawiam się ile jeszcze czasu pozostało mi gdy wyblaknę tak jak on...

sobota, 19 września 2009

zrobiłam ogromne zakupy. poczułam, że mój portfel jest lżejszy. moja karta zubożała o ponad półtorej stówy, heh. powoli muszę się zbierać do zrobienia tortilli na tych wszystkich ludzi. no i sałatka. no i grill. ustawić wszystko... ogarnąć się.
chodzę, siedzę, leżę, stoję i myślę o nim. znów zauroczona?! panie doktorze! to nie zdrowe! waćpannie tak się nie godzi! do tego powiedziano mi, że pojawi się u mnie jego numer telefonu. jeśli tak- nie czekam tylko ślę smsa. nie, nie zadzwonię. nie stać mnie na telefony do londynu. szukam szczęścia w życiu. niedługo zaczynam jazdy. jak ja bym chciała zdać za pierwszym razem... boshe. zastanawiam się co powiedzą znajomi widząc mój pokój. czerwień jest strasznie dzika.
zastanawiam się od wczoraj co ja takiego widziałam w panie Ł.. gadaliśmy wczoraj. miałam wrażenie, że jest zgorzkniałym, samotnym facetem, który tylko udaje jak to on zajebiaszczy nie jest. w sumie... ilu znajomych potrzeba ci by zastąpić uczucie miłości, bliskość i zaangażowania? mówił coś o tym, że związki błyskawicznie się kończą, ze ludzie zdradzają, rozstają, a potem zapytał moja dobrą koleżankę kiedy zostawi ją jej narzeczony. wiecie, chyba tego mu brakuje. brakuje mi faktu, że ktoś może na ciebie patrzeć z takim uwielbieniem, że wkurwiasz go na maksa, a i tak jest z tobą, bo kocha cię do szaleństwa. myślę, ze tego mu brakuje. mieć 24 lata i być tak zgorzkniałym? coś niesamowitego. dopiero teraz widzę jak wiele nas dzieliło. różowe okulary spadły mi z nosa i widzę go w pełnym świetle. okey, też nie mam faceta. nie śpieszno mi do ślubu i jestem z reguły typem samotnika. ale gdy spotkałam Jego, przez krótką chwilę było mi dobrze jak nigdy przedtem nie było przy Ł., nawet gdy był miły. wydaje mi się, że ta znajomość to tylko udawanie- przynajmniej teraz. udajemy, że się lubimy, bo tak naprawdę powiedziałabym mu co myślę o nim i tym jaki jest. nie potrafię jednak krzywdzić ludzi na zawołanie. mówią, że jestem wredna, ale chyba nie aż tak.
dobra, uciekam. muszę zrobić tyyyyle rzeczy. wrzucam jednak śliczny obrazek z panem Leto, który wygląda....bosko.

piątek, 18 września 2009

pomijam fakt, że dziś mam urodziny. coś o czym chce napisać zwaliło mnie rano z nóg i na kolanach pozostawiło, aż do teraz. moje dwie cudowne osoby, z którymi mam zaszczyt pracować oświadczyły wczoraj pewnemu facetowi, że mi się podoba i żałują, że wyjeżdża do Londynu. chłopak był podobno w takim szoku, że ledwie wydukał: też żałuję.
niby mnie szukał po całym sklepie, bo gadaliśmy dzień wcześniej i był tak cholernie sympatyczny.... ech. tak to już bywa

wtorek, 15 września 2009

był uroczy.
czekałam na Ł., a zjawił się uroczy facet. odwagi mi nie starczyło by zapytać o numer telefonu. ech.... :)

niedziela, 13 września 2009

głupia ja. naoglądałam się znów Londyńczyków i znów nawiedza mnie chęć wyjazdu do Anglii. kiedy w końcu pojmę, że to nieosiągalne?

sobota, 12 września 2009

szaleństwo zakupowe


dopadło mnie to ostatnio. nakupiłam wszystko to co wpadło mi w oko, a całość zwieńczyłam nową (chyba już 11stą) parą spodni. tak leczę swoja jesienną chandrę. nie ma zmiłuj. gdybym zaczęła jeść czekoladę, popijać kakaem i oglądać romantyczne szmiry pewnie do wiosny rozrosłabym się do rozmiarów młodej orki i zwróciła na siebie uwagę green peace. za tydzień szykuje się u mnie imprezka. trzeba się nastawić. obym nie spieprzyła tego swoich humorem, a może być różnie. mam ochotę iść już spać i przespać cały tydzień. byłoby cudownie. zastanawiam się ostatnio na panem Ł. , dawno go nie widziałam. okey, bywam dla niego nie miła i mało się odzywam, a gdy go nie ma obgadujemy go jak można, ale dawno go nie widziałam. wiem... nie lubi mnie i dlatego przyjeżdża gdy mnie nie ma. ha! to było oczywiste. widać moja szczerość co do niego powaliła go. nic na to jednak nie poradzę. ogarnęłam dziś w pracy około 114 par spodni i jakieś 18 bluz. wszystko pospisywać, ometkować, wywiesić. jestem padnięta. ogólnie to ostatnio z reguły mam datalny okres w życiu. tłumaczę go sobie chandrą jesienną. a do tego kupiłam jeansy w rozmiarze 48. nie pytać, chińska rozmiarówka. na jedne noszę 32, inne nawet 50, a te- 48. moja rekcja? bezcenna. idę pod prysznic aby spróbować się utopić, a potem jeszcze podręczę siebie. co mi pozostało... nadciąga koszmarny tydzień.

http://www.youtube.com/user/anetteaneta

poniedziałek, 7 września 2009

7 lat?! już prawie

wiesz. to niesamowite. szłam sobie dziś spokojnym krokiem na stopa (mój środek transportu od wielu lat) i uświadomiłam sobie coś niezwykłego. ja i ty znamy się już prawie siedem lat!. okey, będzie sześć z hakiem, ale to już prawie siedem. coś niesamowitego! nie sądzę bym kiedykolwiek stworzyła lepszy związek z facetem jak tworzę z tobą, moją najlepsza przyjaciółką. w trakcie naszej przyjaźni poznawałam wielu ludzi. paru z nim chciałam przykleić łatkę 'przyjaciel', ale z każdej z nich odpadała ona prędzej czy później. ty ją sobie chyba jednak przyszyłaś, bo tak jak cię znam tak cię uwielbiam. zastanawiałam się dlaczego tak jest. co sprawiło, ze po sześciu latach nie mamy siebie dosyć, że nie wyrzuciłam cię ze swojego życia, że nie powiedziałam 'mam dość!' jak mówiłam już parę razy. to proste. jesteśmy przyjaciółkami, ale dajemy sobie bardzo dużo przestrzeni. każda z nas ma swoje życie i choć one się przeplatają to potrafimy żyć oddzielnie. no i nigdy nie spotykasz mnie w złym humorze. może to dlatego, że średnio widzimy się raz w miesiącu. piszemy smsy też nie co dzień. chyba bym zwariowała! gdybym miała wybierać między facetem, a tobą wybrałabym bez wahania ciebie. wiem, ze mogę na tobie polegać, że mogę zadzwonić nawet o północy, że jesteś. chciałam kiedyś by ktoś jeszcze był taki, ale widać... jest mi to nie pisane. dlatego niezmiernie się cieszę, że jesteś. bo nie czuję się tak samotna jak często to bywa. nieraz wstaję rano z poczuciem, że na świecie jestem tylko ja i nikogo tak naprawdę nie obchodzę, a wtedy myślę o tobie. nie ma nic piękniejszego od przyjaźni. no, z wyjątkiem miłości :) ale skoro znamy się już tyle czasu mogę śmiało powiedzieć, ze kocham cię mała, jak siostrę, której nie mam.

Są takie wydarzenia, które – przeżyte wspólnie – muszą się zakończyć przyjaźnią, a znokautowanie trzymetrowego trolla górskiego na pewno jest jednym z nich. Harry Potter i Kamień Filozoficzny

a ona mi grozi przyjaźnią przez kolejne 40-50 lat.... brak słów :)

niedziela, 6 września 2009

czyżby słońce??

coś przedziera się przez żaluzje mojego okna. słońce? musiałam je pozasłaniać. posiadanie pokoju, którego okno wychodzi na zachód jest bardzo ciężkie jeśli słońce wpada akurat prosto do niego. koszmar! jakimś cudem udało mi się opanować program do obróbki filmów. dzięki niemałej pomocy mojego brata, haha. zastanawiam się nad farbowaniem włosów. gdzieś w szafce pałęta się jakaś farba. jest czerwień i brąz. myślę nad tym drugim. licho wie co obecnie mam na głowie. trzeba coś zmieniać prawda? żyjemy tylko do czwartku. potem udaję, że nie istnieję, przynajmniej do około 20 września. 18 bowiem każdy sobie przypomni, że mnie zna. co z tego, że nie utrzymuje ze mną kontaktu, nie gada od miesięcy, albo pokłócił się ze mną. na bank ktoś będzie chciał napisać by mi przynajmniej dogryźć. myśląc, że parę chamskich uwag sprawi, ze będę jak ono. sądzę, że w następnej notce podsumuję jakoś swój kolejny rok życia. co mi tam.... wybieram zdjęcie na laptopa. postanowiłam go obkleić. jedno cudowne mam na oku, ah :)

środa, 2 września 2009

zakupy- najlepszy sposób na smutek

przynajmniej w moim przypadku to działa. wpierw wydałam pieniądze, które babcia dała mi na urodziny (co z tego, że są dopiero 18stego ;) ), a dziś pomyślałam: 'raz się żyje', i wydałam ostatnią stówę. teraz czekam tylko do dnia wypłaty. obiegłam rossmann i visage, i jestem trochę szczęśliwsza. zobaczyłam wczoraj całego Braveheart`a, po raz nie wiem już, który. znów popłakałam się na końcu :( ledwie wróciłam do domu wszyscy zwalają mi się do pokoju.... brak mi już sił. chyba właśnie mój 7letni brat zaklinował się pod moim łóżkiem

niedziela, 30 sierpnia 2009

niedzielne załamanie

pomimo pięknego słonecznego dnia łapię brzydkiego pochmurnego dołka. postanowiłam ostatnio pobawić się tworzeniem filmików na youtube, a program do ich obróbki przyprawia mnie o palpitacje serca i wzrost ciśnienia. czekam obecnie, aż jeden z nich mi się skonwertuje, a moje pesymistyczne 'ja' podpowiada mi, że pewnie od połowy znów głosu nie będzie :( n-k też potrafi załamać. zobaczyłam u dawnej znajomej zdjęcie z zaproszeniem na jej ślub za dwa tygodnie, a szperając w jej galerii dostrzegłam zdjęcia z całego świata w tym z Indii. dochodzę powoli do wniosku, że moje życie jest beznadziejne, pozbawione sensu, a ja jedynie prześlizguję się z dnia na dzień bez większych osiągnięć. owszem, od tygodnia chodzę na prawo jazdy (pewnie skończę je za jakieś pół roku) i opłacam je sama. może to jest osiągnięcie... do tego mój pomysł powrotu do pisania stanął na samym fakcie bycia pomysłem. nie potrafię się jakoś przełamać. czekam już jedynie do urodzin.... potem może być jedynie gorzej.

http://www.youtube.com/user/anetteaneta

kupiłam na allegro. na pocieszenie....

wtorek, 25 sierpnia 2009

chwila oddechu i kurs

urlop. lub coś co możemy nazwać jego namiastką. wzięłam sobie dwa dni wolnego (zostało mi jeszcze 8 do wykorzystania). dziś zaś rozpoczynam kurs na prawo jazdy. z dobrymi wiatrami w ciągu pół roku się wyrobię i będę mogła zmienić pracę. nie mam nic do tej... wiecie, nikt nikomu nie płaci za siedzenie, a nam płacą. czytamy książki, gazety, robimy sobie paznokcie itd. owszem, czasami mamy taki nawał pracy, że koło godziny 17stej myślimy sobie 'chyba dziś nie byłam jeszcze w wc'. nudzę się jednak. pracuję tam ponad rok i potrzebuję zmiany. poza tym... tysiąc złotych jest fajne, ale chciałabym zarabiać choć stówkę do dwóch więcej. może mogłabym sobie coś sensowniej odłożyć. tak więc z wielkim optymizmem podchodzę do prawa jazdy. opłacam je sobie sama i dam z siebie wszystko by doprowadzić je do końca jak najszybciej. gdy tylko zdam,
czyli za jakieś 6 miesięcy, bo teraz robi się to dłużej, to zmieniam pracę.
dostałam już prezent na urodziny od brata. to owa paleta, której zdjęcie prawdopodobnie widzicie. muszę przyznać, ze jest fantastyczna. postanowiłam poprzednią odsprzedać koleżance z pracy. jak widać zbliżają się moje urodziny. niechętnie do nich podchodzę. tak chyba jest co roku. przyznam szczerze- jestem nieco zawiedziona sobą. liczyłam na coś więcej, a wyszło jak zwykle. próbuję zmieniać siebie. kiepsko mi to wychodzi. praca mnie dołuje, ludzie drażnią... chciałabym móc mieć kogoś komu powiem 'skoczymy jutro do Krakowa?', a on lub ona odpowie 'tylko się spakuję'. cóż... widać, zbyt wiele wymagam.
tak to jest, urodziny- czas refleksji.

środa, 12 sierpnia 2009

But now I am worrying that I am too naive to change the world

miks pogodowy. efekt: bolące zatoki i spojówki. muszę wybrać się do okulisty i chyba sprawię sobie okulary. zbyt wiele książek przeczytałam, a do tego fatalne światło w pracy męczy mi oczy. zapisałam się z E. na kurs wizażu. może być fajny. będzie nie tylko o makijażu, ale także o kompozycji ubrań, fryzurach, dbaniu o ciało, dietach itd. w tym miesiącu zaczynam także kurs na prawo jazdy. spoglądałam dziś na kalendarz i przy dobrych wiatrach w październiku może zacznę jazdy więc może jeszcze w tym roku będę mieć egzamin. co potem? jeśli będę mieć prawo jazdy i uda mi się kupić jakieś małe auto zmieniam pracę. chcę się tez zapisać do szkoły policealnej na wizaż lub stylizację, ale z tym jak na razie muszę poczekać. dojazdy- wyjątkowo nie lubię tego słowa.
w niedzielę idę oddać krew. muszę jednak poszukać gdzieś mojej książeczki. przynajmniej poczuję się choć trochę jak ktoś dobry. cieszę się, że będę mieć tyle zajęć. trochę się boję, ale podchodzę do tego z optymizmem. w końcu we wrześniu będę mieć 22 urodziny i sama już za siebie odpowiadam. przeszkadza mi to, ze jestem niemal przywiązana do miejsca, w którym żyję. całe wakacje przejeżdżę na stopa, a już raz jeden stary facet chciał mnie obmacać. wyzbyłam się też głębszych uczuć w stosunku do pana Ł. jutro chłopak ma 24 urodziny.
patrzę na siebie teraz... czuję się dobrze. nie, nie powiem, ze jestem szczęśliwa, bo nie czuję tego. jest dobrze, średnio. tak jak być powinno. niczego nie żałuję.
okey, może niekoniecznie musiałam ścinać włosy, ale przecież odrosną.
życie...
byle dożyć w spokoju 22 urodzin. potem pomyśli się dalej :)

środa, 29 lipca 2009

czy tego chcę czy nie

1. w niedzielę 7 urodziny mojego najmłodszego brata, yeah! mata do tańczenia schowana w pościeli
2. zapisałam się na kurs prawa jazdy i teraz czekam na telefon od nich
3. widziałam Harry`ego! i jest przeuroczy :)
4. skończyły mi się książki :( więc wracam do pana Whartona
5. zastanawiam się nad roczną szkołą policealną. muszę dowiedzieć się szczegółów. wizaż lub stylizacja. oba kuszą
6. nowa płyta pani Lavigne w listopadzie tego roku. jak miło!
7. zakochana w TEJ PIOSENCE <3
8. schudłam! kilogram, ale jaka radocha, hihi
9. od soboty cudne dwa tygodnie z panną E., bo panna R. idzie na urlop.
10. co zrobić aby nie obchodzić urodzin?
11. obym wyrobiła z funduszami na to wszystko, oby........


piątek, 17 lipca 2009

się toczy

spalona po wizycie w solarium. moje zbyt dobre serce kosztuje mnie pieczeniem skóry na dekolcie.
odnalazłam na dysku ulubioną płytę Goo Goo Dolls i delektuję się nią.
stałam się fanką CSI: Nowy Jork (w niedzielę i czwartek o 20.00 na Polsacie! ) i Danny`ego, ahhh.
w przyszłą sobotę idę z przyjaciółkami na Harry`ego Potter`a i Księcia Półkrwi.
zapisuje się na prawo jazdy od sierpnia. spłucze mnie to totalnie, ale zapłacę je sama.
zostało mi jeszcze duuuużo rat za laptopa, ale myślę, że jest tego wart.
czuję w głowie i sercu nowe opowiadanie. jestem prze szczęśliwa.
od jutra ogłaszam dwu miesięczną żałobę narodową w związku z moimi zbliżającymi się 22 urodzinami.
ma ktoś jakąś fajną książkę w zanadrzu?
od wieków nie kupiłam nowego cienia do powiek- jesteście dumni? pomijam fakt, że mam ich ponad 120 :/

sobota, 4 lipca 2009

ugotowana

rozumiem, że musi popadać, pogrzmiewać i być duszno. siedzę jednak teraz w domu i wręcz się gotuję. jest wyjątkowo ciepło. of course... mój tata będący obecnie we Włoszech ma gorzej. 37 stopni brzmi o wiele gorzej niż nasze ok. 30.
znów zmieniłam kolor włosów. wróciłam do brązu. nie wiem co mną kierowało gdy nakładałam farbę na włosy. proszę o to nie pytać.
przerobiłam kilka następnych książek, po czym jedna pt.; 'drogi Osamo' wprawiła mnie w bardzo depresyjny nastrój. książka o wpływie ataku terrorystycznego na psychikę ludzi nie jest raczej optymistyczny.
w pracy też nie najfajniej. zjawił się On, a ja doszła do wniosku, że oprócz 'cześć' nie mam mu nic więcej do powiedzenia.
czas leci niesamowicie. pracuję już rok w tym sklepie, niedługo znów moje urodziny, a ja... jestem koszmarnie zmęczona. owszem, mogę wziąć urlop. zostało mi 11 dni do wybrania. co mnie jednak powstrzymuje? a co ja mam robić przez te 11 dni? spędzić je w domu? można gdzieś pojechać. okey, mam jechać sama? już widzę jak sama tułam się pociągiem do Zakopanego lub nad morze. boska perspektywa. z tego co mnie otacza wnioskuję, że jakiekolwiek wolne wezmę we wrześniu bądź i później, bo nie dojść, że nie mam z kim jechać, to nie mam też pomysłu gdzie. życie...
mój zakupoholizm działa nadal. czekam na wielką zamówioną dostawę kolorówki. muszę znaleźć dla niej miejsce, bo zbyt wiele rzeczy już mam. ah, zapomniałam. stałam się szczęśliwą posiadaczką 16 profesjonalnych pędzli do makijażu. jestem mega szczęśliwa!
choć jedna rzecz mnie raduje...

sobota, 20 czerwca 2009

ponuro i deszczowo

zaczęły się wakacje, a dla mnie zaczął się cudowny okres ciągłego jeżdżenia stopem. w roku szkolnym na ogół do pracy jeżdżę busem, a podwóz łapię z powrotem. teraz zaś w obie strony będę zatrzymywać samochody. rok już tak przeżyłam więc przeżyję i następny.
jestem zmęczona. ten tydzień wykończył mnie psychicznie i odebrał mi stówę. tak, tak. ze sklepu zniknęły nam dwie bluzy o łącznej wartości około 300 zł. no i płacimy za nie same... gdyby to jednak szło jakoś wytłumaczyć. życie.
ostatni tydzień to także tydzień złych wiadomości. moja babcia ma przerzuty do płuc, raka łatwo nie da się pozbyć, a mój najmłodszy brat całe życie będzie brał leki przeciwpadaczkowe, bo ostatnie wyniki były fatalne. mama stara się mu teraz załatwić pełną niepełnosprawność, bo wcześniej miał częściową.
dostałam także wielkiego obrzydzenia do mężczyzn, po tym co ostatnio usłyszałam, a wiązało się to z seksem w zamian na załatwienie mi zwolnienia z zajęć teoretycznych na kursie prawa jazdy. miałam wcześniej podobne propozycje, ale nigdy nie były one tak obsceniczne. patrzę teraz na każdego mężczyznę z niemałym obrzydzeniem. dochodzę również do wniosku, że posiadanie partnera nie jest mi pisane.
cierpię z powodu braku lektury i w efekcie zaczęłam czytać 'kod da vinci'. było to spowodowane zobaczeniem filmu 'anioły i demony' (ach, ten ewan!). powinnam wziąć się za posprzątanie swojego pokojowego bałaganu, ale w efekcie leżę na łóżku z laptopem na kolanach. zastanawiam się kiedy zadzwoni babcia, która ostatnio mocno mnie zagrzała. wyskakuje z moimi imieninami, których nigdy nie obchodzę, życzy mi szybkiego wyjścia za mąż, a o moich urodzinach nie pamięta. mam brzydki nawyk bycia szczerą i powiedziałam jej co o tym wszystkim myślę.
dochodzę do wniosku, że najlepiej mi samej i nie mam ochoty zawracać sobie głowy kimś kto nie jest tego wart. parę radzy nawiedziły mnie palpitacje serca w obawie, że Ł. znów sie pojawi, ale po dzisiejszym dniu mam jedynie ochotę kazać mu spadać ode mnie.
za oknem pada. w pracy zimno. w domu zimno. jestem głodna. internet mnie dobija. mam ochotę na zakupy. musze posprzątać. no i nie lubię swoich włosów. zapowiada się cudowny weekend i boski tydzień. mam nadzieję, że chociaż wakacje jakoś po ludzku spędzę....kiedyś. zostało mi 11 dni urlopu i chciałabym go wykorzystać. nie stać mnie raczej na wyjazd do włoch czy francji, ale może kraków na parę dni mnie przyjmie. oby...

piątek, 12 czerwca 2009

zabójcze buty i długi weekend

po burzy. ostatnio często mają u nas miejsce. ten widok jest akurat z okna mojego pokoju. piękny. Oluś mówi, że na zdjęciu widać smoka. dopiero z czasem go zauważyłam.

pierwszy dzień mojego hmm ... urlopu. zrobiłam sobie długi weekend po roku pracy. jestem zadowolona. czuję się jednak jakbym w ogóle nie wypoczywała, bo gdzie się nie ruszę tam ktoś za mną lezie. czekam z utęsknieniem na poniedziałek by pojechać do miasta i pomarnować trochę czasu w centrach handlowych.


-buty
-torebka
-bluzka
-dwa razy kino
i kasa leci. owe buty po lewej to mój najnowszy nabytek. dziś spędziłam w nich kilka godzin i.... nie zrobiłam sobie żadnej krzywdy! hurrra! owszem, jestem 10 cm wyższa, ale są takie fajne, że musiałam je mieć. no i mam. powinnam zakopać swoją kartę głęboko w ziemi by cokolwiek móc oszczędzić.

tata obiecał przywieźć mi z Hiszpanii, czy gdzie tam pojechał, nową paletę cieni i pędzli do makijażu. czekam teraz na niego, a jeszcze bardziej na owe pędzle, bo znalazła fajną aukcję za allegro gdzie za pięć dyszek, można kupić świetny zestawik. koszmar! szlaban na allegro!

pomimo mojego ostatniego objadania się, albo raczej 'wchłaniania wszystkiego co jest wokół mnie', waga nadal stoi na 65 kilo. bynajmniej jestem szczęśliwa. wzięłam się więc ostro za siebie. a co! eksperymentuję z nowymi rzeczami. buty na obcasie, róż na policzkach etc. miła odmiana.

próbuję zorganizować sobie życie. może coś z tego wyjdzie. zmykam, bo oczy mi sie same zamykają. marzę o ciepłym prysznicu, a potem seria ćwiczeń i spać :)

sobota, 6 czerwca 2009

szukam inspiracji...

pochmurna sobota. jedna z tych kiedy pragniesz schować się pod kołdrę i nie wychodzić stamtąd dopóki dopóty nie poczujesz się lepiej... czuję się beznadziejnie przejedzona i obrzydliwie napuchnięta.
czytam Kate Long "Podręcznik złej matki", bo przez "Trainspotting" już przebrnęłam. fantastyczna książka. jestem koszmarnie zmęczona, a ciągle coś czegoś ode mnie chce.
postanowiłam wziąć parę dni wolnego, od 11 czerwca do 15 włącznie. mam już plany na piątek (kino, zakupy, antykwariat, odwiedzić ciocię), a mama wyskoczyła mi bym wolny dzień spędziła pilnując młodszego brata. pomijam fakt, że będzie to pierwszy tak naprawdę wolny dzień od roku, który mogę spędzić tak jak chcę. teraz zaś mam poczucie winy jak cholera....
chciałabym by wszyscy zniknęli przynajmniej na jakiś czas. chciałabym odpocząć. tak naprawdę. chciałabym zrobić sobie maseczkę, pooglądać głupie filmy, poczytać gazety, posprzątać. teraz zaś w moim pokoju siedzi młodszy brat, a z głośników dobiega dziwna muzyka z jakieś gry. kocham go najmocniej na świecie, ale czasami mam serdeczną ochotę by nie widzieć go na oczy. zdecydowanie potrzebuję wolnego...
powinnam wziąć się za sprzątanie...

podsumowanie:
książek do przeczytania: jedna (leży obok mnie na łóżku i błaga by coś z nią zrobić)
plany na weekend: brak (pewnie będę siedzieć przed komputerem, albo czytać książkę)
niemiłe czynności do wykonania: jedna (czeka mnie wizyta u rodziny)
znajomi z, którymi chciałabym porozmawiać: zero (nie chcę nikogo widzieć)
planowane filmy, które obejrzę: jeden ('Chłopiec z latawcem' czy jakoś tak, jak mi się będzie jakimś cudem chciało)
inne aspiracje: zacząć w końcu coś pisać

sobota, 30 maja 2009

pierwsze w życiu raty, zakupoholizm i próba organizacji siebie

okazało się, że jestem zakupoholiczką. okey, może nie 'okazało się', bo ja w sumie dawno to podejrzewałam, ale 'w pełni uświadomiłam sobie ten fakt'. wiecie co... dziwię się szczerze, że zarabiając tysiąc złotych można tyle wydawać. no, ale widać idzie. mój zakupoholizm jako tako nie jest jeszcze w stanie krytycznym, owszem, mam już z 7 par spodni, 11 flakonów perfum, 11 torebek, ok. 30 bluzek, mnóstwo cieni do powiek w tym dwie palety, kilkanaście kredek, parę tuszy i regał pełen książek i... nie wymienię wszystkiego. jestem jednak najbardziej dumna z paru rzeczy, bo spełniłam kilka swoich marzeń.
- aparat cyfrowy Nikon Colpix L19 (jeśli modelu nie pokręciłam)- robi wyjątkowo ładne zdjęcia i na moje nędzne wymagania jest naprawdę w porządku
- mój nowy nabytek, to laptop HP 550. wzięłam go na raty, bo nie chciałam doszczętnie pustoszyć swojego konta, a tak to raczej tego nie odczuję.
- seria książek Harry`ego Potter`a! pomimo mojego wieku uwielbiam je i przeczytałam już wiele razy. udało mi się jednak wyczaić na allegro tomy w tańszych cenach i pozbierałam wszystkie
- perfumy Kate Moss; mam wszystkie trzy: Kate, Velvet Hour i Summertime. mmmm... uwielbiam...

czeka mnie więc 20 rat po 70 zeta. doszłam do wniosku po długim namyśle, że tak czy inaczej w ciągu miesiąca wydaję taką kasę na jakieś bzdety, a tak będę mieć coś własnego, no i może sprawi to, że wrócę do pisania. od wczoraj kopiowałam wszystko co miałam na dysku by teraz móc spokojnie leżeć na łóżku i bawić się nowym nabytkiem. jestem mega szczęśliwa z tego powodu! :) nawet już szefem się nie przejmuję. wczoraj miałam z nim nieprzyjemną rozmowę gdy zadzwonił aby zapytać o utarg. jedynie mnie zdenerwował.

to dziwne. jakiś czas temu jeszcze bym się tym przejmowała, ale teraz jest mi obojętne to czy mam tą pracę czy nie. zawsze można znaleźć coś innego, chociaż nie zaprzeczam, ale fajniej mieć pracę niż jej szukać. tak więc uśmiecham się, robię co mam robić i łapię stopa do domu.
zaczynam organizować sobie życie. powoli, ale z uporem. trzymam się listy swoich zmian i mam nadzieję, że nie zbłądzę po drodze. marzą mi się wakacje. przy dobrych wiatrach wraz z Olą wyskoczymy na parę dni do Krakowa. stęskniłam się za Wawelem, Sukiennicami, Kazimierzem... mam nadzieję, że we wrześniu spełnię swoje marzenie i polecę do Anglii. chciałabym, bardzo. jak na razie skromnie marzę o tygodniu tam, ale zobaczymy jeszcze jak to będzie.
do poniedziałku muszę przeczytać Trainspotting, bo obiecałam koleżance z pracy, że jej pożyczę.
jestem zmęczona. za mną koszmarnie ciężki tydzień. cieszę się jednak na wypłatę i kilka dni wolnego. przyda mi się.

marzę o kinie, dużych lodach, zakupach i pięknej pogodzie... no i znów zerkam na allegro! wszystko przez to, że zachciało mi się profesjonalnego zestawu pędzli do malowania, uh

niedziela, 24 maja 2009

słoneczna niedziela

hello!

nareszcie wolne! czekam zawsze całe sześć dni by móc położyć się do łóżka z myślą 'jutro nie muszę wstawać o siódmej', a potem marzę by ten dzień trwał wiecznie. no, ale niestety... szybko wolnego mieć nie będę. chciałam wziąć 2-3 dni w tym tygodniu, ale koleżanka z pracy ma L4 tak więc nie mogę. w następnym też niezbyt, bo jestem przed wypłatą i nigdzie bym sobie nie pojechała (tak mi brakuje szlajania się po centrum i objadania nachos`ami w kinie!). muszę więc czekać...czekać...czekać....

jest jednak kilka pozytywnych rzeczy, które mnie czekają w nowym tygodniu
. pierwsza z nich to fakt, iż przyjdzie do mnie kupiona na Allegro paletka 120 cieni. wydałam na nią majątek, ale wystarczy mi na długi czas więc to poniekąd...oszczędzanie, prawda? cudeńko wyglądać jak ta na zdjęciu obok.

plusy numer 2 i 3, to dwie książki. pierwsza z nich to
"Podręcznik złej matki" Kate Long, a druga to Irvine Welsh "Trainspotting". przyjdzie jeszcze baza pod cienie do powiek z Joko, ale to raczej tylko taki mały bonusik :)

jeśli przyjrzycie się uważnie po lewej stronie zobaczycie listę hmm... zadań, które stworzyłam dla siebie. wiem, wiem... jest połowa roku, a ja postanawiam coś zmieniać? przeczytałam ostatnio ładne zdanie Nigdy nie jest za późno, aby zacząć żyć tak jak się tego chce. nie wiem jak chcę żyć, ale myślę, że i do tego dojdę. w końcu ścięłam już włosy, a więc pierwszy krok ma za sobą, prawda? :)

rozpisałam się trochę. słońce strasznie nagrzewa mój pokój. mam ochotę zagrać w jedną z tych gier dla dzieci, o przygodach pana Potter`a :)