sobota, 23 sierpnia 2014

Ja nie gdybam. Ty nie gdybaj.

"Gdybanie", to taki nasz ulubiony sport. Lubimy sobie pogdybać, bo daje nam to poczucie posiadania mniejszej kontroli nad naszym życiem (wszystko w końcu zapisane jest w gwiazdach, za wszystko odpowiada los czy w co tam kto wierzy), bo możemy w ten sposób ponarzekać na swoje życie jeśli akurat coś nie układa się po naszej myśli, bo mamy na co zrzucić winę, bo lubimy się się nad sobą użalać. Ilu z nas kładzie się do łóżka i w głowie analizuje każdą rozmowę by wymyślić jak najbardziej ciętą i błyskotliwą ripostę? Albo zastanawia się czy gdyby wykonało inny ruch jego życie nie wyglądałoby lepiej i ciekawiej?

Nie wiem co by było gdybym w gimnazjum powiedziała pewnemu Pawłowi, że jestem w nim zakochana; w liceum bardziej przykładała się do niemieckiego; udała się na studia zaraz po maturze; wyjechała z małej wioski i rzuciła się na głębiny wielkiego miasta... Przez długi czas miałam do siebie pretensje w związku z pewnymi podjętymi decyzjami, które nie zawsze były dla mnie korzystne. Roztrząsałam każde zdarzenie, każdą myśl, każde słowo. Zastanawiałam się co by było gdyby....

No co?
Czy moje życie jest zależne od tego czy w gimnazjum postąpiłam tak a nie inaczej? Czy gdybym zdecydowała się na wyjazd do wielkiego miasta, to w tej chwili w łóżeczku w drugim pokoju spałby mój syn? Czy jeśli poużalam się nad sobą, to jutro moje życie będzie dużo lepsze? No nie.

Dajmy więc sobie w czasie gorszego dnia taki kwadrans, 15 minut na to by poużalać się nad sobą, pogdybać, ale potem przestańmy się mazać i do roboty. Wierzę, że nasza przeszłość ukształtowała nas i postawiła w tej sytuacji, w której znajdujemy się teraz. Od tej chwili wszystko jest w naszych rękach, podejmujemy nowe decyzje, stawiamy nowe kroki. Każdy dzień to nowa czysta kartka, którą możemy zapisać po swojemu. I tak jak nie mamy możliwości wprowadzania zmian w naszej przeszłości, tak możemy pracować w teraźniejszości by kształtować naszą przyszłość.

Jeśli nie jesteśmy zadowoleni z naszej pracy, chcielibyśmy zarabiać więcej- zmieńmy pracę lub znajdźmy dodatkowe zajęcie. Zaraz ktoś powie, że teraz o pracę ciężko, że trzeba mieć znajomości i licho wie jakie wykształcenie bla, bla, bla... Skoro tyle osób potrafi całkiem nieźle zarabiać, no to widać idzie. A wykształcenie to kwestia poświęcenia trochę czasu na naukę i tyle. Jeśli nie odpowiada nam nasza figura, to użalanie się nad tym wcale nie sprawi, że schudniemy i wejdziemy w rozmiar 36. Wszystko możemy zmienić. Tapety w moim mieszkaniu nie zostały położone raz na zawsze więc tak samo mogę myśleć w swoim życiu.

Gdybając nie przywrócimy sobie utraconych szans, a prawdę mówiąc gdybyśmy znów stanęły przed podjęciem tych decyzji, to zrobiłybyśmy tak samo, bo nie znałybyśmy dalszych konsekwencji. Gdybanie zamyka nam umysł i możliwość racjonalnego oceniania sytuacji, możliwość dalszego rozwoju. Zastanów się czy w tej chwili jesteś szczęśliwa. Jesteś? Super! Nie? Co Cię unieszczęśliwia, nazwij to. Co chciałabyś osiągnąć, zmienić? Co musisz zrobić żeby to zmienić? A teraz działaj! Gdybanie nie zrobi niczego za Ciebie, nie pomoże Ci zmienić pracy, schudnąć, zmienić coś w sobie. Tylko Ty możesz ruszyć do przodu!



A jedyne nad czym teraz zdarza mi się gdybać, to ewentualnie kwestie rachunków po wyjściu ze sklepu. Ot, czy za dużo nie wydałam ;)

Buziaki,
Aneta

środa, 20 sierpnia 2014

Żłobiarz Sławomir

Gdy Sławko miał 6 mc złożyliśmy w żłobku wniosek o jego przyjęcie. Był to listopad 2013 roku i powiedziano nam wtedy, że z racji dużej ilości dzieci przyjęcie Młodego będzie możliwe w okolicach września 2014 (!). Wtedy wizja oddania naszego pierworodnego w ręce obcych ludzi była dla mnie tak straszna, że dostawałam dreszczy na sama myśl o tym, a w głowie odliczałam miesiące do sądnego dnia gdy go przyjmą.
Pod koniec marca Sławko obchodził swoje pierwsze urodziny, a w mojej głowie kwitła myśl o pójściu do pracy i do szkoły. Tylko co z dzieckiem? Kto się nim zajmie? Czy jestem złą i wyrodną matką, bo chcę się rozwijać i iść dalej? Mną targały rozterki, a mąż molestował telefonicznie sekretariat żłobka (jedynego zresztą w naszym 100tys mieście) z pytaniem czy już coś się zwolniło.

Pod koniec czerwca zadzwonili- jest miejsce! Radość w domu totalna i tylko Młody nie wiedział o co chodzi. Nie powiem by był zachwycony faktem, że mama i tata oddają go na parę godzin obcym ludziom i bandzie dzieciaków. Pierwsze trzy dni chodził tylko na parę godzin, odbierany był po obiadku, a przed drzemką. Później 4 dni chorował i znów musiał chodzić w skróconej wersji do żłobka. Płacz przy oddawaniu, płacz przy odbiorze. Zaczęły się nocne spacery do naszego łóżka (mały śpi w oddzielnym pokoju), potrzeba ciągłego przebywania z nami, ataki płaczu i wrzasków, szczypanie i bicie. W żłobku nie chciał spać i pod koniec dnia zaczynał być nieznośny z powodu zmęczenia. No istny dramat i nawet przez moment zastanawiałam się czy nie zrezygnować z pracy i nie zostać w domu by zajmować się synem do czasu aż pójdzie do przedszkola.

Po miesiącu wszystko się zmieniło. Sławko, dzięki żłobkowi, nauczył się samodzielnego zasypiania w łóżeczku; pije przez słomkę; dużo więcej mówi, naśladuje różne wyrazy, wydaje melodie; stał się bardziej samodzielny i odważny w kontaktach z ludźmi. Teraz wystarczy powiedzieć rano, że idziemy do dzieci, a on już stoi przy drzwiach z bucikami w ręce. Opiekunki nie mogą się go nachwalić, wszystko zjada z apetytem (jadłospis w żłobku robi wrażenie!), grzecznie się bawi z innymi dziećmi, zaczął normalnie sypiać, nie ma już płaczu.

W domu też jest spokojniej. Chociaż ostatnio zauważyłam, że Młody dużo więcej je i cały czas stoi pod szafką by dostać herbatnika lub biszkopta. Próbuje już narzucać swoją wolę albo coś wymusić jednak my jesteśmy nieugięci. Muszę przyznać, że jestem dumna z mojego syna. Po tych dwóch miesiącach widzę jak dobrze zaistniała sytuacja na niego wpłynęła, jak dobrze się rozwija. W domu nie mogłabym mu zapewnić takiego kontaktu z rówieśnikami, możliwości wykazania się, zdobywania nowych umiejętności. A to, że pewnie nie raz jeszcze zachoruje? Cóż, jeśli nie będzie chorował teraz to pewnie nastąpi to w przedszkolu lub szkole. Chorowanie jest rzeczą normalną, a jak na razie mamy już miesiąc bez przeziębienia.

Nie zastanawiam się nad tym czy jestem złą mamą, bo oddaję dziecko do żłobka. Myślę, że każdy z nas ma swój rozum i robi dla swojego dziecka to co uważa za najlepsze. Ja nie chodziłam do żłobka, mój mąż tak i oboje jesteśmy całkiem normalnymi ludźmi. Dla mnie żłobek, to nie zło konieczne- to szansa. Szansa zarówno dla dziecka jak i dla rodziców.


Buziaki,
Aneta

środa, 13 sierpnia 2014

Dziki (jest ten) Józef

Dziki Józef trafił do mnie jako prezent od męża z okazji drugiej rocznicy ślubu. Chciałam by torba, na którą się zdecyduję, była przede wszystkim trwała, pojemna, o klasycznym i ponadczasowym wyglądzie, a dodatkowo będzie pasować do tego co noszę. Przeglądałam wiele stron internetowych w poszukiwaniu tej jedynej i niepowtarzalnej, aż w końcu przypomniałam sobie post MizzVintage, która pokazywała piękną torebkę KLIK KLIK. Tak trafiłam na Józefa. I....zakochałam się.



Zdecydowałam się na model HOR_SATIN - jest to sztywna czarna satynowa torba wykonana ze skóry o wymiarach 39x34x11. Przez moment zastanawiałam się czy nie wybrać tej większej, ale po przejrzeniu paru blogów gdzie prezentowano mniejszą wersję doszłam do wniosku, ze ta będzie dla mnie najodpowiedniejsza.
Torba posiada piękne tłoczenia na spodzie i froncie, okucia w kolorze srebra i zabezpieczenia na rogach Nie zobaczycie odstających nitek na szwach, rozchodzącego się kleju czy luźnych ćwieków. Wszystko wykonane jest z ogromną precyzją.



Torebka jest jednokomorowa, nie posiada zamka ani zatrzasku (co dla niektórych może być problemem), ma kieszeń na telefon komórkowy i smycz (genialny gadżet!) na klucze. Chyba tą smyczą jestem najbardziej zachwycona- wreszcie nie muszę szukać kluczy po torebce, bo wszystkie mam w jednym miejscu. Nie przeszkadza mi także kwestia braku zamka gdyż najczęściej rzeczy po prostu wrzucam szybko do torby, a komunikacją miejską nie podróżuję więc w razie czego portfel wrzucam na dno torby i tyle.



Józek idealnie sprawdzi się gdy we wrześniu rozpocznę naukę, bo bez problemu załaduję do środka zeszyty czy książki. Solidne wykonanie sprawia, że jestem spokojna o jej wytrzymałość. Nie martwię się też czy torebka pasuje do tego co mam na sobie. Model, na który się zdecydowałam, jak i cała seria- pasuje po prostu do większości stylizacji.
Koszt takiej torby wynosi z przesyłką to 320 zł. Jest to inwestycja na kilka lat i myślę, że warto odłożyć sobie pieniążki by sprawić sobie taki prezent. Tym bardziej jeśli nie lubicie, tak jak ja, mieć dużego zbioru torebek.
Na stronie http://dzikijozef.pl możecie zobaczyć inne modele oferowane przez firmę. Za każdym razem, jeśli chcecie poznać cenę produktu, musicie skontaktować się z firmą, ale meile zwrotne z odpowiedzią przychodzą bardzo szybko.

Muszę przyznać, że jestem totalnie oczarowana moim Dzikim Józefem. Teraz mogę nie zaprzątać sobie głowy torebkami przez kilka najbliższych lat. No chyba, że za jakiś czas znajdę w ich ofercie coś równie atrakcyjnego.

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zapuszczalus Pospolitus

Mam tendencję do sezonowego zapuszczania się. Jako Matka Polka podświadomie sądzę, że im większą męczennicę z siebie zrobię i im bardziej się zaniedbam tym lepszą jestem matką. Tak więc w sobotę zmywam resztki odżywki z paznokci (i tak mało co jej tam zostało po tygodniu czasu), nie nakładam maseczek na włosy (bo nie mam przecież kiedy), twarz błaga o peeling (jutro, jutro...), legginsy "domowe" nadają się już tylko do kosza, a paznokcie u stóp maluję raz w miesiącu, a później tylko dokładam lakier (brrrr...napisane brzmi to gorzej niż jak o tym pomyślę...).

W mojej kosmetyczce nie znajdziecie "nowości", w łazience mam balsam do biustu, którego nie nakładam, w szafie mam nówki nieśmigane spodnie dresowe, których nie noszę, bo mi szkoda, a kucyk, to najlepsza forma uczesania. Pracą i prowadzeniem domu zasłaniam się i tłumaczę fakt, że nie mam czasu dla siebie. Acha, no i jeszcze dzieckiem.

Tylko czemu innym mamom mogę śmiało i pewnie mówić, że wszystko idzie pogodzić, dlaczego w to święcie wierzę, a sama czasami tak łatwo się gubię? Chyba tak po prostu łatwiej. Chyba łatwiej jest wciągnąć jeansy i narzucić byle jaką bluzkę, niż układać jakąś stylizację na dany dzień. Łatwiej nałożyć tylko korektor pod oczy i tusz do rzęs niż wykonać cały makijaż. Kupuję lakier do paznokci chociaż wiem, że pewnie nawet go nie użyję albo użyję tylko raz, ale chociaż przez moment poczuję się kobieco.

Czasami mówię sobie, że nawet nie warto się starać, bo zaraz dziecior przyjdzie i wytrze w moje spodnie ręce obklejone bananem, bo mąż nawet nie zwróci uwagi na makijaż, bo nic się nie stanie jak sobie odpuszczę. No tak, nic się nie stanie. Tylko po jakimś czasie w końcu padnę na łóżko i poczuję się totalnie beznadziejnie, będzie mi źle ze sobą samą, będę niczym ten Dementor wysysający szczęście i radość z innych. To nie jest fajne.

Dlatego dziś w końcu zdjęłam z szafy Dzikiego Józefa, którego podarował mi mąż, ubrałam się do pracy znośnie, ba! nawet narysowałam sobie kreski eyelinerem. Potem zastanowiłam się co zakupię z nowej oferty Lidla (See You In London już wkrótce wchodzi do oferty - btw), pomyślałam co trzeba uzupełnić z kolorówki i... Jakoś się ogarniam.

Bo nic mi nie da siedzenie i czekanie na cud, sama muszę te "cuda" sobie sprawiać i nad nimi pracować.


Buziaki,
Aneta

wtorek, 29 lipca 2014

Batiste- suchy szampon

Należę do tych osób, które wolą rano wstać 15 minut wcześniej i umyć włosy niż bawić się suchym szamponem. Jednak gdy w słynnej już Biedronce pojawił się suchy szampon BATISTE (wielbiony na YT i innych blogach) pomyślałam, ze fajnie byłoby go wypróbować. W moje ręce trafiły dwie wersje- klasyczna i o zapachu kwiatowym.

Jak na razie używałam tylko klasycznej, ale podejrzewam, że od tej drugiej różni się tylko zapachem. Poprawcie mnie jeśli się mylę.



Jeśli chodzi o moje wrażenia co do tego produktu, to rozumiem, że wielu osobom przypadł on do gustu, ale u mnie niestety szału nie robi i nadal wolę normalnie umyć włosy.

ZALETY:
+ zapach nie jest duszący i szybko się ulatnia dzięki czemu w małej łazience nie robimy sobie komory gazowej,
+ nie bieli włosów, nie widać go na włosach po zastosowaniu,
+ faktycznie wchłania sebum i włosy wyglądają lepiej,
+ bardzo ładne opakowanie,
+ całkiem wydajny, używałam go kilkakrotnie i jeszcze go mam.

WADY:
- nie zauważyłam by moje włosy były uniesione i puszyste, ale mają one tendencję do bycia 'oklapniętymi' więc nie zwalam tego na szampon :),
- włosy stały się matowe,
- po zastosowaniu i tak musiałam spiąć je w kucyk (lub inną fryzurę), bo niestety nie uważam by nadawały się by wyjść w rozpuszczonych,

Jak pisałam wcześniej, nadal jestem zwolenniczką zwykłego mycia włosów, jednak gdy jesteśmy na wakacjach, albo musimy gdzieś szybko wyjść i chcemy trochę odświeżyć nasze włosy produkt ten sprawdzi się bardzo dobrze.
Parę razy użył go tez mój mąż i stwierdził, że niezbyt przypada mu do gustu. Rozumiem jednak, że ma on wiele zwolenniczek, bo Batiste to szampon godny uwagi i przetestowania.

Używacie suchych szamponów? Lubicie je? Jakie są Wasze wrażenia?

Buziaki,
Aneta