wtorek, 29 lipca 2014

Batiste- suchy szampon

Należę do tych osób, które wolą rano wstać 15 minut wcześniej i umyć włosy niż bawić się suchym szamponem. Jednak gdy w słynnej już Biedronce pojawił się suchy szampon BATISTE (wielbiony na YT i innych blogach) pomyślałam, ze fajnie byłoby go wypróbować. W moje ręce trafiły dwie wersje- klasyczna i o zapachu kwiatowym.

Jak na razie używałam tylko klasycznej, ale podejrzewam, że od tej drugiej różni się tylko zapachem. Poprawcie mnie jeśli się mylę.



Jeśli chodzi o moje wrażenia co do tego produktu, to rozumiem, że wielu osobom przypadł on do gustu, ale u mnie niestety szału nie robi i nadal wolę normalnie umyć włosy.

ZALETY:
+ zapach nie jest duszący i szybko się ulatnia dzięki czemu w małej łazience nie robimy sobie komory gazowej,
+ nie bieli włosów, nie widać go na włosach po zastosowaniu,
+ faktycznie wchłania sebum i włosy wyglądają lepiej,
+ bardzo ładne opakowanie,
+ całkiem wydajny, używałam go kilkakrotnie i jeszcze go mam.

WADY:
- nie zauważyłam by moje włosy były uniesione i puszyste, ale mają one tendencję do bycia 'oklapniętymi' więc nie zwalam tego na szampon :),
- włosy stały się matowe,
- po zastosowaniu i tak musiałam spiąć je w kucyk (lub inną fryzurę), bo niestety nie uważam by nadawały się by wyjść w rozpuszczonych,

Jak pisałam wcześniej, nadal jestem zwolenniczką zwykłego mycia włosów, jednak gdy jesteśmy na wakacjach, albo musimy gdzieś szybko wyjść i chcemy trochę odświeżyć nasze włosy produkt ten sprawdzi się bardzo dobrze.
Parę razy użył go tez mój mąż i stwierdził, że niezbyt przypada mu do gustu. Rozumiem jednak, że ma on wiele zwolenniczek, bo Batiste to szampon godny uwagi i przetestowania.

Używacie suchych szamponów? Lubicie je? Jakie są Wasze wrażenia?

Buziaki,
Aneta

sobota, 26 lipca 2014

10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w pierwszym roku macierzyństwa

Podobne notki widziałam już na paru innych blogach i bardzo mi się spodobały. Cóż, pierwszy rok jest podobno najgorszy, później już jakoś to leci. Co mnie zaskoczyło? Zapraszam!

1. Sen jest dla słabych!
Podobno macierzyństwo to eksperyment mający na celu udowodnić, że sen jest zbędny. Coś w tym jest! Pierwszy rok, to były u nas pobudki co 1,5-2 godziny na karmienie. Miałam wrażenie, że nie śpię w ogóle. Dosłownie padałam na łóżko by zaraz wyczołgać się z niego i dowlec do małego ryczka w łóżeczku. Gdy ktoś mówił "Macierzyństwo Ci służy!" odpowiadałam "Służy, to mi korektor pod oczy".

2. Terror cyckowy.
MUSISZ karmić piersią, bo to najlepsze! NIE MOŻESZ podać butelki, bo dziecko się przyzwyczai (od razu jak tylko dotknie jego ust!) i nie będzie chciał Twojego mleka! NIE MOŻESZ jeść wszystkiego! Dziecko MUSI być non stop przy Tobie, bo w końcu karmisz! Karm jak najdłużej! MM, to pasza, a nie jedzenie dla dziecka!
I w tym wszystkim JA- wyczerpana psychicznie, fizycznie, bolała, głodna, zmęczona, zapłakana, ale- karmiąca. Karmiłam 13mc, nie wiem czy powinnam być z tego dumna (nie czuję się dumna), wiem, że gdy zaczęłam odstawiać poczułam się lepiej. Ale przede wszystkim- niech nikt nie wtrąca się między moje piersi a moje dziecko.

3. Jesteś skazana na siebie.
Zazdroszczę tym, którym w opiece nad dzieciaczkiem pomagają babcie, ciocie i wujkowie. Ja zostałam sama. Mąż w pracy cały dzień, a ja z maluszkiem. Dostawałam do głowy, naprawdę. Wchodzisz pod prysznic- płacze, idziesz siku- płacze, jesz- płacze. No i tak sobie siedzieliśmy i płakaliśmy oboje.

4. Wszyscy wiedza najlepiej.
Jak karmić, czym karmić, jak ubierać, jak trzymać, jak się bawić, co mówić itp. itd. Najwięcej do powiedzenia mają osoby, które dzieci nie mają. No i otoczenie czuje ogromna potrzebę udzielenia mi rad, bo ja na pewno nic nie wiem, nic nie czytam i w ogóle nie wiem co z dzieckiem robić.

5. Nie ma miejsca gdzie nie możesz pójść z dzieckiem.
Sławko był ze mną chyba wszędzie. U ginekologa, w sklepie na dużych zakupach, na poczcie, w aptece, przy wyrzucaniu śmieci, na zakupach ubraniowych. Do tej pory pamiętam sytuację jak targałam po schodach wózek z dzieckiem na ręku i nikt nie wykazał się chęcią pomocy. Jedyne co mnie mogło ograniczyć, to podjazd dla wózków.

6. Baby blues.
Ciężka i smutna sprawa. Pisałam o nim TUTAJ. Dopadło i mnie, i chyba tak naprawdę odeszło gdy odstawiłam małego od piersi i zaczęłam chodzić do pracy. Myślę, że wciąż za mało się o tym mówi, a mamy dostają za małe wsparcie w tym momencie.

7. Śpij wtedy gdy śpi dziecko.
Spałam i żyję! Mój dom także się trzyma :) Drzemki w ciągu dnia ratowały mnie przed kompletnym ześwirowaniem. Do tej pory gdy mały śpi poświęcam ten czas sobie. Należy mi się :)

8. Pogadajmy o....pieluchach....
Przy dziecku kompletnie wypadłam z obiegu. Nie znam się na najnowszych filmach, wschodzących gwiazdach, muzyce i książkach. Przez rok było dziecko i tylko o nim umiałam mówić -jeśli już znalazłam kogoś kto chciał mnie słuchać. Teraz jeszcze się na tym łapię.

9. Seks? A co to?
Libido- dno i metr mułu. Kładłam się do łóżka z myślą o zaśnięciu, a najbardziej kręciło mnie jak ktoś za mnie pozmywał lub przebrał małego. No niestety....

10. Nic mnie nie ruszy!
SuperMatka- niepokonana, niezłomna, z masą niekończącej się energii. Nie ważne jak bardzo zmęczona, zawsze się podniesie. Nie ważne co stoi na przeszkodzie- nigdy się nie podda. To chyba najlepsza rzecz jaką dało mi macierzyństwo ;)



A Was co zaskoczyło?

Buziaki,
Aneta


PS. Przyjmijcie notkę na luzie! Oczywiście kocham swoje dziecko i cieszy mnie bycie mamą, ale ciemne strony macierzyństwa również istnieją ;)

czwartek, 24 lipca 2014

Wakacyjnie :)

Nie spodziewałam się, że wakacje z dzieckiem są tak...męczące. No niestety... Może z czasem będzie lepiej.
Zdecydowaliśmy się spędzić parę dni na polskim morzem i wybraliśmy okolice Stegny. Mieliśmy niesamowite szczęście jeśli chodzi o pogodę, bo non stop dopisywało słońce. Plaże nie były przeludnione i mogliśmy znaleźć naprawdę fajną miejscówkę blisko morza gdzie nie doskwierały tak bardzo upały.

Postanowiliśmy jechać nocą by Sławko przespał podróż, była to bardzo dobra decyzja. Mały zniósł podróż świetnie i na miejscu był już skory do zabawy. Nie braliśmy też całego ekwipunku- w końcu pampersy zawsze można kupić na miejscu, tak samo chusteczki czy jakiś posiłek. Mały w szczególności ulubił sobie Kubusiowe tubki z musami owocowymi. Idealnie sprawdziły się one na plaży.
Co było męczące? Sławek jest bardzo żywym dzieckiem, wszystko go interesuje. Na nowym miejscu był jednak ograniczany, nie mógl swobodnie chodzić po domu naszej gospodyni czy grzebać w szafkach jak robił to w domu. Urządzał nam przez to parę razy dziennie pół godzinne sesje jęków i wrzasków. Po 3-4 dniach mieliśmy już serdecznie dosyć. Tym bardziej, że nie szło go w żaden sposób uspokoić, zająć czymś czy przekupić. Musieliśmy to po prostu przeczekać. Mam nadzieję, że kolejne wakacje zniesie lepiej, a my choć raz powiemy, że wypoczęliśmy. ;)

Tak czy inaczej mam dla Was parę wakacyjnych fotek :) Mam nadzieję, że i Wy spędzacie wolny czas w fajny sposób, i odpoczywacie. Jak radzicie sobie z dzieciaczkami?


Buziaki,
Aneta

środa, 9 lipca 2014

Gadżety Kobiety- pielęgnacyjne

Mam w swojej szafce parę gadżetów. Nie, nie jestem gadżeciarą, która musi mieć wszystkie rynkowe nowości. Rzadko kupuję nowy "sprzęt", ale ten, który Wam pokażę sprawdza się u mnie świetnie.


CALYPSO, gąbki do zmywania maseczek ok. 3-4 zł na 2szt. Rossmann. Uwielbiam! Na chwilę obecną tylko nimi zmywam maseczki, bo nie dość, że robią to dokładnie, to przynajmniej nie zachlapuję wody połowy łazienki. Gąbki po zmoczeniu i wysuszeniu twardnieją. Przy pierwszych użyciach bardzo łatwo się je myje, dopiero z czasem (jeśli używamy maseczek z ciemnej glinki) resztki są trudne do usunięcia. Jedna taka gąbeczka wystarcza mi na ok. 1,5 mc używania ok. 2 razy w tygodniu.


TANGLE TEEZER ok. 35zł. To mój drugi TT, wcześniejszy służył mi ponad 3 lata. Bardzo lubię te szczotki. Nie używam grzebienia, a zwykła szczotka nie radziła sobie z kołtunami, które robiły mi się gdy miałam dłuższe włosy. TT idealnie rozczesuje włosy, nie szarpie ich. Naprawdę widzę różnicę jeśli chodzi o wygląd włosy odkąd używam tej szczotki. Jest to naprawdę świetna inwestycja.


BEAUTY LINE ok. 20zł Biedronka. Urządzenie do mycia i pielęgnacji twarzy. Zasilane dwoma bateriami, z dwoma poziomami prędkości i 4 końcówkami-szczoteczka, kulki, 2 gąbki (bardziej i mniej zbita). Szczoteczka bardzo fajnie myję buzię, działa niczym peeling i usuwa martwy naskórek, łatwa do czyszczenia. Kuleczek używam do rozprowadzania kremu na buzi, a gąbeczki na razie czekają na swoją kolej (wg producenta jedna służy do nakładania np. podkładu, a druga do zmywania maseczki jeśli się nie mylę). Szczoteczki używam 1-2 razy w tygodniu. Chociaż mam cerę mieszaną jest ona dość podatna na podrażnienia mechaniczne i chociaż szczoteczka nie jest "mocna", to po paru użyciach widziałam zaczerwienienia na buzi.



FUSS WOHL, elektryczny ścinacz ok.70 zł w Rossmannie (końcówki 20zł za paczkę). W zestawie były dwie nakładki- mała i duża, działa on na baterie i....jest cudowny! Nie radziłam sobie ze zrogowaciałym naskórkiem na stopach, niestety. Pumeks, peelingi, tarki- nic nie pomagało. Moja poprzednia praca wymagała bycia na nogach 12 godzin w ciągu dnia i to wykończyło moje stopy. To urządzenie je uratowało! Szybko i sprawnie usuwa zrogowaciały naskórek, wygładza stopy i pozbywa się zgrubień. Po pierwszym użyciu byłam nim już oczarowana w zupełności. Do tego całkiem przystępna cena i możliwość dokupienia dodatkowych nakładek. Świetna sprawa!

Macie jakieś swoje ulubione gadżety? Chcielibyście zobaczyć jakie inne gadżety i sprzęt sprawdzają się u nas w domu?

Buziaki,
Aneta

wtorek, 24 czerwca 2014

Mama w pracy i w szkole

Już będąc w ciąży wiedziałam, że po urlopie macierzyńskim będę chciała wrócić na rynek pracy. Po pół roku przebywania sam na sam z maluchem zaczęłam rozumieć mamy, które decydują się na szybszy powrót do pracy nie tylko ze względów finansowych. Myśl, że i ja zasilę za jakiś czas ich szeregi jaśniała w mojej głowie z każdym matczynym kryzysem i brakiem sił. Nie będę ukrywać, ale traktowałam powrót do pracy jako swego rodzaju azyl- zero myślenia o zmywaniu, gotowaniu, pieluchach itd.

Tak się złożyło, że gdy jeszcze byłam w ciąży mój zakład pracy (sklep odzieżowy, w którym pracowałam) został zamknięty. Miałam możliwość skorzystania z rocznego, płatnego, urlopu macierzyńskiego i najlepszym wyjściem było zdecydowanie się na niego. Pieniążki nie były oszałamiające, ale starczało na pieluchy, kosmetyki dla dziecka i inne wydatki. W listopadzie 2013 roku złożyliśmy wniosek o przyjęcie Sławka do żłobka, ale z racji, że żłobek jest u nas tylko jeden (!!!) na ewentualne przyjęcie malucha musimy czekać do września tego roku. Zdmuchnęliśmy więc pierwszą świeczkę z tortu urodzinowego synka i...czekaliśmy.

Powiem szczerze- gdy minął urlop macierzyński poczułam się kompletnie niepotrzebna. Nie miałam żadnych dochodów. Moim głównym celem było zrobienie obiadu, upranie brudów, zmiany pampersów i spacery z dzieckiem. Zaczęłam powoli "dziadzieć", chodzić do sklepu po bułki w tym w czym chodzę po domu i unikałam makijażu. Chciałam robić coś dla siebie i mieć z tego jakąś satysfakcję, a nie kręcić się od kuchni do salonu.

W Urzędzie Pracy jest projekt, który ma na celu pomóc mamom wrócić na rynek pracy. Skorzystałam z niego i dostałam się na półroczny staż jako pracownik administracyjny w firmie, która zajmuje się sprzedażą i serwisem instrumentów dętych. Miałam trochę łatwiej ponieważ mój mąż w niej pracuje i szef spojrzał na mnie przychylnym okiem. Pracuję tam już od miesiąca i...jestem zachwycona!
Chociaż o instrumentach nie wiem zbyt dużo i na początku miałam wrażenie, że wszyscy mówią tam do mnie w obcym języku tak teraz powoli orientuję się co i jak. Nie jest to praca marzeń, ale traktuję ją jako nowe doświadczenie, dodatkową pozycję w CV i idealne źródło dochodów. Wraz z mężem wymieniamy się przy opiece nad maluchem, w razie potrzeby pomaga nam dziadek.

Nie bałam się jak moje wyjścia do pracy zniesie synek. Doszłam do wniosku, że chłopak ma już 15mc i musi nauczyć się i zrozumieć, że mama nie jest tylko dla niego, że musi pracować, że musi czasami wyjść z domu bez niego. Bardziej stresowałam się naszym rozstaniem gdy chodziłam na zumbę, teraz chyba stałam się dużo twardsza i dorastam wraz z dzieckiem. Sławko spędza ten czas z tatą lub dziadkiem i świetnie sobie radzi. Owszem, czasami mam wyrzuty sumienia, że nie widziałam co robił w piaskownicy, albo jak bawił się w basenie, ale zrozumiałam jedną ważną rzecz. Nie mogę mieć wiecznie wyrzutów sumienia! Muszę w końcu zrobić coś dla siebie, dla nas- a decyzja o pójściu do pracy była najlepszą jaką mogłam podjąć. Co zrobiłam jeszcze?

Zapisałam się do dwuletniej szkoły policealnej ŻAK na technik rachunkowości i dobrałam sobie drugi, roczny, kierunek- pracownik ds. osobowych. Postawiłam na siebie i swój rozwój. Dwa lata miną raz dwa, a gdy synek zacznie chodzić do żłobka, czy później przedszkola, nawet nie odczuje tego, że mama jest poza domem i pracuje/kształci się.

Chyba, gdybym nie miała Sławka, nie zdecydowałabym się na taki krok jakim jest szkoła. Może byłabym zbyt leniwa? Teraz zaś chcę zapełnić swój czas w każdej minucie, chcę się rozwijać, poznawać nowe rzeczy. Nigdy nie byłam ścisłowcem i trochę się obawiałam wybierając właśnie taki kierunek szkoły, ale stwierdziłam: Ej, masz 27 lat dziewczyno! Kiedy jak nie teraz? Przyda Ci się to!
Mam ciche plany i marzenia co do przyszłości. Uczę się sięgać po więcej, uczę się mówić czego chcę. Myślę, że daję swojemu synkowi całkiem niezły przykład. W końcu, będąc mamą nie mogę zapominać, że jestem też kobietą, człowiekiem.

Buziaki,
Aneta