wtorek, 21 kwietnia 2015

O tym, że warto spełniać marzenia

Nie wiem dokładnie kiedy zostałam fanką Robbie`go Williamsa. Mam wrażenie, że jego muzyka towarzyszyła mi zawsze, bowiem w rozgłośniach radiowych (kiedyś dużo częściej) często puszczano jego największe hity. To na jego piosenkach uczyłam się angielskiego, akcentu czy nowych słówek. Inni artyści przewijali się przez mój odtwarzacz, ale Robbie był stały. Ot, mam do niego słabość ;) Jeszcze w liceum marzyłam by być na jego koncercie i... W tym roku stało się to możliwe!

W listopadzie ubiegłego roku pojawiła się informacja, że po 12 latach Williams znów zagra w Polsce w ramach trasy koncertowej "Let Me Entertain You Tour". Bilety zaczęły rozchodzić się błyskawicznie więc po krótkiej naradzie z mężem (biedny, wie jak uwielbiam Robbie`go) stwierdziłam, że nie ma na co czekać. Taka okazja może się prędko nie powtórzyć! Zaopatrzyłam się w bilet na drugiej płycie i... czekałam do 17 kwietnia 2015 roku.

Muszę przyznać, że obawiałam się pójścia na łatwiznę. Bałam się, że zespół, jak i sam artysta, nie dadzą z siebie wszystkiego, bo to tylko Polska, tylko Kraków, a nie Londyn czy Berlin. Myliłam się! Sam Robbie określił się kiedyś jako zwierze sceniczne i wcale nie przesadził w słowach. Zrobił prawdziwe show, dał z siebie wszystko, ani na moment nie odpoczywał i nawet pomyślałam sobie, że "śpiewa, tańczy, recytuje". Naprawdę, warto było przestać prawie 5 godzin, by to zobaczyć (w tym miejscu cieszę się, że pracuję w galerii, bo stanie przez taki czas, to dla mnie pestka ;) ). Dodatkowo byłam tak blisko sceny, że gdy Robbie wraz z dziewczynami przechadzali się po "wybiegu" był w odległości ok.5-6m. Coś niesamowitego!



A dlaczego ten post ma tytuł "O tym, że warto spełniać marzenia"? Powolutku zbliżam się do 30stych urodzin. Mam męża, dziecko, pracę. Moje dni kręcą się wokół nich i bardzo rzadko mam czas zadbać o siebie (nie mówię tu o maseczce raz w tygodniu czy jakimś mini SPA). Są rzeczy, które lubię, a na które nie mogę sobie pozwolić ze względu na ograniczone możliwości czasowe, finansowe, lokalizacyjne itd. Jednak kiedy nadarza się taka możliwość, kiedy mamy szansę coś zmienić- róbmy to! Nic się nie stanie gdy mama wyjedzie na cały dzień, oszczędzajmy pieniądze by kupić to o czym marzymy, jedźmy tam gdzie chcemy coś zobaczyć, rozwijajmy się! Nie ma nic piękniejszego niż spełnione marzenie, bo daje nam ono dodatkową dawkę energii i pcha nas do przodu. A co gdy już je spełnimy? Wyznaczajmy sobie nowy cel!

Buziaki,
Aneta (pogłupiała fanka Robbie`go Williams`a) :)

środa, 4 marca 2015

Pielęgnacja twarzy- aktualizacja

Od kilku miesięcy moja cera nie przeżywa już rewolucji i otrząsnęła się po nieudanej przygodzie z serią Liście Manuka Ziaji, która miała miejsce w ubiegłe wakacje. Muszę przyznać, że na chwilę obecną jestem bardzo zadowolona z jej stanu. Wypryski pojawiają się bardzo rzadko i bardzo szybko goją. Nie jest to może cera idealna- wciąż mam drobne przebarwienia, rozszerzone pory i wągry na nosie, ale dajemy radę.

No to czego używam?



Od lewej:
OLAY, Emulsja do cery normalnej/mieszanej - ma bardzo przyjemny zapach, jest lekka i dobrze nawilża skórę. Świetnie sprawdza się pod makijażem. Sięgam po nią zawsze w okresie jesienno-zimowym i nie wiem już, która to już buteleczka tego produktu.
ZIAJA, Krem na dzień i na noc do cery suchej i zmęczonej z olejkiem z awokado- treściwy krem, który nie przetłuszcza ani nie zapycha mojej buzi. Stosuję go na noc by porządnie nawilżyć skórę. Ma przyjemny zapach, nie obciąża skóry.
BIOLIQ, intensywne serum rewitalizujące - recenzowałam go już wcześniej tutaj . Stosuję go rano i wieczorem przed nałożeniem kremu. Szybko się wchłania, dobrze działa na moją skórę. Jestem z niego bardzo zadowolona.
ZIAJA, Kozie Mleko krem pod oczy- szukałam kremu, który dobrze nawilży skórę pod oczami i wspomoże walkę z pierwszymi zmarszczkami. Krem nie podrażnia oczu, jest lekki, ładnie się wchłania i dobrze nawilża.
PUREDERM, peeling drobnoziarnisty, wygładzający i rozświetlający- od czasu zabiegu z peelingiem kawitacyjnym praktycznie nie muszę stosować peelingów, ale gdy już to robię, to sięgam po te drobnoziarniste. Moja skóra stała się delikatniejsza, a ten peeling świetnie się sprawdza i delikatnie ją oczyszcza. Zakupiłam go w Hebe na promocji za ok.9zł.
ZIAJA Ulga, kremowy żel do mycia twarzy dla skóry wrażliwej- uwielbiam! Delikatny żel, który bardzo dobrze oczyszcza moją buzię. Nie wysusza jej, nie podrażnia i nie powoduje uczucia ściągnięcia. Nie zawiera alkoholu.

Staram się również 1-2 razy w tygodniu nakładać na twarz maseczkę. Jestem fanką maseczek z Ziaji i odkąd otworzyli u nas ich sklep firmowy mam do nich bardzo łatwy dostęp, dzięki temu zawsze robię sobie zapasy na dłuższy czas.
Zastanawiam się czy na okres wiosenny nie zainwestować w jakieś fajne serum do twarzy. Może macie z nimi jakieś doświadczenia? Chciałabym by skóra nabrała energii, stała się bardziej promienna i miała wyrównany koloryt. Pomysły?

Buziaki,
Aneta

wtorek, 10 lutego 2015

O czymś co ostatnio mnie dręczy...

Nim zostałam żoną i zanim jeszcze na świecie pojawił się Sławek, żyłam sobie spokojnie i radośnie, pozbawiona większych problemów. Chociaż szczerze mówiąc, to mało pamiętam z tamtego okresu (chyba, że wliczamy to błogie uczucie gdy kładziesz się spać i....śpisz), ale jakieś poczucie, że było inaczej pozostało ze mną. Miałam jasno określone wartości, miałam określone zdanie na pewne tematy i nie wyobrażałam sobie go zmienić. Żyłam sobie od wypłaty do gazetki promocyjnej, beztrosko. Moim celem były nowe podkłady do twarzy, pędzle do makijażu, ubrania, muzyka czy film. Małżeństwo i dziecko całkowicie przewartościowały mój świat.

Dopiero jako mama spojrzałam na swoje życie z dystansem i określiłam co jest w nim naprawdę ważne. Bez wyrzutów sumienia pozbyłam się 3/4 ubrań, rozdałam kosmetyki znajomym, przestałam się martwić takimi sprawami jak wypryski czy to jak dobrze kryje mój korektor pod oczy. Nie chodzi o to, że zdziczałam i przestałam się malować czy chodzić na zakupy, po prostu nie było to dla mnie już tak istotne. Chociaż podobało mi się coś co widziałam na blogu czy na YT, to nie czułam potrzeby, że koniecznie muszę to mieć. Żałuję jednak, że tej potrzeby nie odczuwałam też co do moich dziurawych skarpetek ;)
Nabrałam dystansu i poczułam się dobrze sama ze sobą, z rolą jaką teraz pełnię, kim jestem i dla kogo jestem, co robię. Czasami jednak przeraża mnie, że wolny dzień spędzam na szorowaniu kabiny prysznicowej i układaniu rzeczy w szafkach, zamiast na domowym SPA i odsypianiu. Ale to innym razem.

Ostatnio jednak bardzo męczą mnie inne kwestie. Skacząc sobie po różnych profilach na Facebooku trafiałam na strony zakładane przez rodziców, którzy zbierają pieniążki aby pomóc swoim chorym dzieciom. Nie no, wiedziałam wcześniej, że coś takiego istnieje, ale nigdy nie skupiałam się na tym tak jak skupiłam się teraz. Jestem typem osoby, która lubi "wiedzieć". Tak więc szybko wygooglowałam każdy przypadek, dowiadywałam się jak najwięcej i... Miałam wrażenie, że pęknie mi serce. Niesamowicie podziwiam każdego z tych rodziców, ich determinację, poświęcenie, miłość, wiarę. Chciałabym każdego z nich przytulić, pogratulować tej siły, wesprzeć i pomóc. Ale moja pensja to tak naprawdę kropla w morzu ich potrzeb. Ba!, miesięczny plan na nasz sklep to czasami 1/5 tego co oni potrzebują zebrać. Chciałabym pomóc, ale widzę, że mogłabym to zrobić w stopniu naprawdę niewielkim.

Takie sytuacje uświadamiają mi jak bardzo nie doceniamy tego co mamy wokół siebie. Ludzie wolą się użalać nad sobą, narzekać na swoją pracę, pogodę, partnera, mieszkanie, dodatkową oponkę na brzuchu, wysokie ceny benzyny, wyprysk na nosie, a nie widzą tego, że mają dwie ręce, dwie nogi i są zdrowi. Czasami to o wiele więcej niż to co mają niektórzy.
Marzyły mi się ostatnio nowe jeansy, bluza, fajny podkład, jakieś perfumy, nowa bielizna. Teraz zastanawiam się czy naprawdę tego potrzebuję. Nie mam zamiaru robić z siebie ascety i siedzieć w jaskini, ale z drugiej strony znów zaczynam przewartościowywać pewne sprawy. Oddałam za paczkę pampersów duży karton dziecięcych ubranek. Oddaję ubrania, w których nie chodzę, buty. Ale ciągle mam wrażenie, że robię za mało. Zgłosiłam się do DKMS jako potencjalny dawca szpiku, uaktualniłam dyskietkę na dawcę narządów, gdy wyzdrowieję idę oddać krew i ciągle mam wrażenie, że to tak mało. Tak niewiele.

Dlatego chciałabym wspomnieć o możliwości oddawania swojego 1% podatku dla osób potrzebujących bądź organizacji wspierającej jakieś cele. To niewiele dla nas, ale dla nich to naprawdę dużo.



Buziaki,
Aneta

wtorek, 3 lutego 2015

O potędze wyrzutów sumienia

Jako mama i kobieta notorycznie walczę z wyrzutami sumienia. Mają one niesamowitą moc i potrafią w jednym szybkim ruchem wybić nas z obranego toru i zasiać w naszych głowach ziarno niepewności. Pomijam fakt, że chociaż mama idealna nie istnieje (tak samo jak perfekcyjna pani domu), to jednak ze wszystkich sił staram się (jak wiele z nas) zająć chociaż to drugie miejsce na podium, albo zdobyć nagrodę publiczności. Tylko te wyrzuty sumienia...

Na co dzień mam jasno określone cele i zasady, którymi się kieruje. Moje życie jest poukładane, w domu panuje porządek, wszystko jest zgrane i dograne jak trzeba. Ale wystarczy, że mąż oświadczy iż wyjeżdża na 4dniowe targi, a ja już się zastanawiam czy jestem wystarczającą dobrą mamą. A dlaczego? A dlatego, że przez te 4 dni - jestem 3 dni w pracy po 12 godzin i dziecior będzie musiał pojechać na ten czas do babci, bo nie będę umiała jak się nim zająć. Siada to na psychikę, nie powiem, że nie...

Inna sytuacja to taka, że gdy mały choruje ktoś musi z nim zostać. Do tej pory mieliśmy tyle "szczęścia", że choróbsko pojawiało się na koniec tygodnia i dość szybko odchodziło. Jak na razie udaje nam się pogodzić opiekę nad synkiem z nie braniem L4 na niego. Ufff, L4 to moja zmora. Musiałoby coś naprawdę poważnego się stać bym się po nie udała do lekarza.

Tak więc wieczorami zastanawiam się czy jestem dość dobrą mamą... Bo chcę pracować, bo (co najlepsze) lubię moją pracę, bo chcę się rozwijać, chcę coś robić, a jednocześnie chcę być mamą. Wiem, że mój syn mnie potrzebuje i staram się zapewnić mu wszystko co potrzebuje, ale kieruje mną też taki własny egoizm. Przypominam sobie czasami "Ej, mi też się coś należy!", a w szczególności gdy w mojej szufladzie są same dziurawe skarpetki. No tak.... Najpierw kupuję to co potrzebne małemu (bo np. ma dziurawe rajstopki), opłacam co trzeba, robię zakupy do domu, a swoje dziurawe skarpetki spycham na tak daleki plan, że w końcu o nich zapominam. Przypominam sobie o nich gdy data jest już wysoka i zawsze mówię sobie "Po wypłacie- kupię!".

Tak. Mam wyrzuty sumienia gdy mały musi pojechać do babci na 4 dni, chociaż babcia krzywdy mu nie zrobi i będzie się bardzo dobrze bawił. Mam wyrzuty sumienia, bo kombinujemy kto się nim zajmie gdy jest chory, tylko po to by nie rezygnować z pracy. Mam wyrzuty sumienia, bo przekonujemy się, że mały nie będzie miał rodzeństwa, bo po prostu nie ogarniemy tego wszystkiego. Mam wyrzuty sumienia, bo odkładam zakup nowego łóżka dla niego na "potem". Mam wyrzuty sumienia gdy na śniadanie robię mu gofry zamiast czegoś mega zdrowego i pożywnego. Mam wyrzuty sumienia, bo chcę się czuć kobieco, wyglądać ładnie, zrobić sobie paznokcie, kupić coś fajnego, chodzić do pracy czy umówić się ze znajomymi.

Myślę jednak, że dobrze, że je mam. Dają one czasami do myślenia i pokazują co tak naprawdę jest ważne w naszym życiu. Nie byłabym chyba sobą gdybym ich nie miała. Trzeba tylko umieć powiedzieć im "Stop!", rozdzielić te błahe od ważnych i kupić sobie te nieszczęsne skarpetki. Bo mojemu dziecku krzywda się nie dzieje. Bo ono wie, że jest kochane, że mama zawsze jest przy nim gdy trzeba, a sam też sobie daje radę. I chociaż czasami czujemy się gorzej psychicznie, to jednak bardzo się kochamy i za nic w świecie byśmy z siebie nie zrezygnowali.


Buziaki,
Aneta

czwartek, 15 stycznia 2015

Akceptacja samego siebie

Czuję się w swoim ciele doskonale. Akceptuję je takim jakie jest, z każdym rozstępem, z każdą niedoskonałością, z mniejszym biustem, z boczkami, które czasami wystają ze spodni. Nie urodziłam się z tą akceptacją, musiałam się jej nauczyć i musiałam nauczyć się szanować swoje ciało. Nie jest to niestety łatwe, ale ta umiejętność jest niezwykle przydatna więc myślę, że warto nad nią popracować.

Jako nastolatka bardzo chciałam schudnąć. No tak, osoba z 176 cm wzrostu i wagą 65 kg, to przecież rozmiar XXL! Wybrałam najprostszy sposób, czyli głodzenie się. Waga zeszła do 57 kg, ale skutki uboczne były naprawdę poważne- wypadanie włosów, pogorszenie stanu cery, zwiększona tendencja do powstawania siniaków, złe samopoczucie, wahania nastrojów, kiepskie wyniki krwi. Dopiero gdy podjęłam pracę zaczęłam nabierać do swojego ciała dystansu. Chciałam czuć się kobieca, zadbana, ładna. Nabrałam do siebie dystansu.

Jak wiecie w ciąży przytyłam bardzo dużo, ale właśnie wtedy czułam się najbardziej kobieca i seksowna. Zaczęłam doceniać i podziwiać swoje ciało. W końcu to, że rozwija się w nim nowe życie jest totalnie niesamowite. Nie patrzyłam na dodatkowe kilogramy jako zło w czystej postaci, rozstępy nie spędzały mi snu z powiek. Ot, są! Normalna rzecz. Po porodzie wzięłam się za siebie, bo chciałam sobie udowodnić, że skoro mogłam przytyć, to mogę też schudnąć.
W chwili obecnej ważę 67 kg i ileś tam gram, bo waga ciągle się waha. Jestem zadowolona ze swojego ciała, z tego jak wygląda. Nie chodzi tutaj o to, że zeszczuplałam, ale ja naprawdę pokochałam swoje ciało takim jakie jest. To ciało, które jest pocięte rozstępami, które ma fałdkę luźnej skóry po ciąży, które ma mniejszy i mniej jędrny biust. Zyskałam nad nim kontrolę i jednocześnie zbudowałam pewność siebie, którą widać na co dzień. Gdyby ktoś zapytał mnie czego nie lubię w swoim ciele i co chciałabym zmienić gdybym mogła, to miałabym niezły z tym problem. Nie uważam się za idealną, że nieskazitelną. Pracuję z młodymi, pięknymi kobietami i nie raz zazdroszczę im tej świeżości, zgrabnej figury, nieskazitelnej cery. Jednak doceniam to co mam, bo pomimo wszystko mam dwie sprawne ręce, dwie nogi, jestem zdrowa, a resztę zrobię sama.

Dlatego kochane tak bardzo namawiam Was do szczerego i zdystansowanego spojrzenia na swoje ciała, nie ważne czy są one ciałami nastolatek, młodych kobiet czy mam. Doceńmy to co mamy. Szanujmy swoje ciała, cieszmy się nimi. Kilogramy przychodzą i odchodzą, sylwetkę można sobie wyrzeźbić, bo to wszystko zależy od nas i naszych chęci. Ale akceptacja to podstawa! To ona buduje naszą pewność siebie i kobiecość, a nie kilogramy, które nam ubyły (lub przybyły).

Jeśli chcecie zerknąć na moją notkę o rozstępach, to zapraszam Was tutaj.

Buziaki,
Aneta