czwartek, 18 września 2014

27 wiosen temu

Pamiętam jakby to było wczoraj gdy koleżanki przyjechały do mnie na 18-stkę i dostałam w prezencie flagę Green Day. Pamiętam jak kiedyś od babci dostałam granatową piłkę do koszykówki, od dziadka wymarzoną pluszową wiewiórkę, którą nazwałam Szarka. Pamiętam jak moja mama wróciła do domu w dniu moich urodzin z moim pierwszym bratem, miałam 3 lata. Jak 3 lata temu zaręczyliśmy się z moim obecnym pierwszym mężem.

Czas leci....
27 lat temu o 00.05 w nocy na świat przyszłam Ja. Rodzice nie planowali nadać mi imienia Aneta. Mieli całą listę imion- w tym Diana (?!)- ale jakoś wyszło Aneta. Z tego co mówiła kiedyś mama, to tata mój miał znajomą o tym imieniu. Podobno była bardzo ładna, ale wredna. Wredota mi chyba się udziela czasami ;) Babcia chciała bym nazywała się Irena, po cioci, ale rodzice nie ulegli.

Jestem zodiakalną Panną, czyli poświęcam się rodzinie- sprzątam, gotuję, piorę i jestem Matką Polką. Zaś w chińskim horoskopie jestem kotem (ewentualnie królikiem), czyli zawsze spadam na cztery łapy, chodzę swoimi ścieżkami i takie tam. W numerologii zaś jestem 7, czyli magia totalna, a "kosmicznym zobowiązaniem jest wniesienie w nasz świat oraz pokazanie ludziom swojej duchowej i filozoficznej koncepcji życia. Przekazując innym swoja własną mądrość czynią ich świadomymi własnych więzów z Wszechświatem." Dziwię się, że do tej chwili nie dostałam listu z Hogwartu.

Na drugie mam Mirela, ale to wina taty, tak przynajmniej mówi moja mama (bo to imię po niej). Nie wybrali mi drugiego, a tata w urzędzie stwierdził, że mama na pewno się ucieszy jak to wybierze. Nie ucieszyła się.

Na chwilę obecną i 27 lat mam:
- 1,5 rocznego cudownego i wymarzonego syna Sławomira,
- 2 lata małżeństwa za sobą,
- (prawie) 5 lat związku z fantastycznym facetem, za którego wyszłam,
- rozpoczęłam 2-letnią szkołę jako technik rachunkowości i sekretarka (ta jest roczna),
- jestem na stażu, a w listopadzie rozpoczynam poszukiwania nowej pracy,
- 70kg przy 176 cm wzrostu,
- telefon, który żyje własnym życiem (przydałby się nowy),
- zdecydowanie zbyt mało snu i czasu dla siebie,
- za dużo kosmetyków kolorowych, których nie używam,
- niezłą kolekcję ubrań z Lidla ;),
- tysiące myśli w głowie,
- wrażenie, że na pewne rzeczy jestem "za stara".



Nigdy nie przepadałam za urodzinami. Z racji tego, że między urodzinami moimi a mojego brata są ledwie 4 dni, robiono nam imprezy łączone. Tak więc goście przyjeżdżali na pierwsze urodziny (czyli mojego brata), składali mi życzenia, a gdy przychodził mój dzień dzwoniła tylko babcia. Tak, mam z tego powodu jakiś uraz do urodzin, niestety. :)

Mam nadzieję, że jakoś dobrnęliście do końca. Dziś na luzie, z dystansem, z marudzeniem i leniwie. A co! Dziś mogę :)

Buziaki,
Aneta

poniedziałek, 8 września 2014

Ulubieńcy ostatnich tygodni

Przedstawię Wam dziś parę ulubionych kosmetyków (i nie tylko), które ostatnimi tygodniami zawładnęły moim sercem.
Jeśli chodzi o makijaż- stosuję minimum, czyli korektor pod oczy, na to puder, cień do brwi, tusz do rzęs i róż na policzki. Nic więcej, bo moja skóra ostatnio jest tak kapryśna, że boję się cokolwiek na nią nałożyć.



Be Beauty, Balsam do stóp i paznokci Cena: ok. 3 zł 75ml Gęsty balsam, który bardzo dobrze nawilża moje stopy. Mam problem z suchą i zrogowaciałą skórą. Uwielbiam nakładać grubą warstwę tego balsamu, na to skarpetki, a rano moje stopy są miękkie i dobrze nawilżone. Bardzo fajny produkt w przystępnej cenie, chociaż małym opakowaniu.
Essence, tusz do rzęs Multiaction Cena: ok. 10 zł 9ml Produkt już dość sławny. Prosta szczoteczka bez jakichkolwiek udziwnień, a jednak ładnie wydłuża i rozdziela rzęsy. Nie mam problemów by tusz się z czasem osypywał, ale po ciężkim dniu lubi zostawiać mi ciemne ślady na dolnej powiece. Jednak bardzo go lubię.
Biovax, A+E serum wzmacniające Cena: ok. 10 zł 15ml Produkt wzmacniający i wygładzający końcówki włosów. W poręcznym atomizerze znajduje się kosmetyk o przyjemnym zapachu, który nakładamy na mokre bądź suche włosy. Problem z puszeniem się końcówek włosów został u mnie na jakiś czas w miarę zażegnany. Przy użyciu prostownicy włosy nadal są miękkie i gładkie. Be Beauty, róż do policzków Cena: ok. 10 zł Delikatny brudny róż o lekko satynowym wykończeniu, bez drobinek sprawia, że buzia zyskuje świeży, dziewczęcy koloryt. Możemy stopniować sobie intensywność koloru. Ściera się równomiernie w ciągu dnia.
Soraya, Nawilżanie&Dotlenianie krem wygładzający pod oczy Cena. ok. 13 zł 15ml Krem działa przeciwzmarszczkowo i nawilżająco. Nie posiadam jeszcze większych zmarszczek w okolicach oczu by ocenić to pierwsze działanie, ale na pewno nawilża skórę, nie podrażnia jej i ładnie się wchłania. To moje drugie opakowanie i naprawdę cenię sobie jego działanie.
Essence, Stay all day korektor ok. 14 zł 7ml Korektor, który stosuję na cienie pod oczami i niedoskonałości. Kremowa konsystencja, bardzo ładnie kryje i stapia się z kolorem skóry, przypudrowany utrzymuje się prawie cały dzień, nie ciemnieje, nie wchodzi w załamania w okolicach oczu, nie ma drobinek. Przyjemny aplikator w postaci gąbeczki.

Teraz pora na coś niekosmetycznego.
Niestety nie mam czasu na seriale, ale chcąc nie chcąc zaczęłam z mężem oglądać 4 sezon SUITS i .... wpadłam po uszy. Teraz staram się, na ile oczywiście czas pozwoli, nadrobić zaległości poprzednich sezonów. Gdy już minął mi zachwyt nad błyskotliwością i urokiem Harvey`a zachwyciłam się postaciami kobiet pokazanych w tym serialu. Z przyjemnością zamieniłabym się na szafy z Rachel lub Donną. Nie będę ukrywać, że serial działa na mnie jak całkiem niezły motywator. Po paru odcinkach byłam już prawie całkowicie pewna, że osiągnę wszystko czego chce i nie dam sobie znów wejść na głowę. Rachunkowość nie jest mi już straszna, a kariera stoi przede mną otworem! I takie motywacje powinny być dostarczane wszystkim ludziom.



Piosenka, która mnie zachwyciła totalnie.


I to by było chyba na tyle. Wspomnę jeszcze przelotem, że DZIKI JÓZEF nadal jest moją torebką numer 1 i chyba nic tego nie zmieni przez długi czas. I.D.E.A.L.N.A. Recenzja TUTAJ!

Buziaki,
Aneta

sobota, 23 sierpnia 2014

Ja nie gdybam. Ty nie gdybaj.

"Gdybanie", to taki nasz ulubiony sport. Lubimy sobie pogdybać, bo daje nam to poczucie posiadania mniejszej kontroli nad naszym życiem (wszystko w końcu zapisane jest w gwiazdach, za wszystko odpowiada los czy w co tam kto wierzy), bo możemy w ten sposób ponarzekać na swoje życie jeśli akurat coś nie układa się po naszej myśli, bo mamy na co zrzucić winę, bo lubimy się się nad sobą użalać. Ilu z nas kładzie się do łóżka i w głowie analizuje każdą rozmowę by wymyślić jak najbardziej ciętą i błyskotliwą ripostę? Albo zastanawia się czy gdyby wykonało inny ruch jego życie nie wyglądałoby lepiej i ciekawiej?

Nie wiem co by było gdybym w gimnazjum powiedziała pewnemu Pawłowi, że jestem w nim zakochana; w liceum bardziej przykładała się do niemieckiego; udała się na studia zaraz po maturze; wyjechała z małej wioski i rzuciła się na głębiny wielkiego miasta... Przez długi czas miałam do siebie pretensje w związku z pewnymi podjętymi decyzjami, które nie zawsze były dla mnie korzystne. Roztrząsałam każde zdarzenie, każdą myśl, każde słowo. Zastanawiałam się co by było gdyby....

No co?
Czy moje życie jest zależne od tego czy w gimnazjum postąpiłam tak a nie inaczej? Czy gdybym zdecydowała się na wyjazd do wielkiego miasta, to w tej chwili w łóżeczku w drugim pokoju spałby mój syn? Czy jeśli poużalam się nad sobą, to jutro moje życie będzie dużo lepsze? No nie.

Dajmy więc sobie w czasie gorszego dnia taki kwadrans, 15 minut na to by poużalać się nad sobą, pogdybać, ale potem przestańmy się mazać i do roboty. Wierzę, że nasza przeszłość ukształtowała nas i postawiła w tej sytuacji, w której znajdujemy się teraz. Od tej chwili wszystko jest w naszych rękach, podejmujemy nowe decyzje, stawiamy nowe kroki. Każdy dzień to nowa czysta kartka, którą możemy zapisać po swojemu. I tak jak nie mamy możliwości wprowadzania zmian w naszej przeszłości, tak możemy pracować w teraźniejszości by kształtować naszą przyszłość.

Jeśli nie jesteśmy zadowoleni z naszej pracy, chcielibyśmy zarabiać więcej- zmieńmy pracę lub znajdźmy dodatkowe zajęcie. Zaraz ktoś powie, że teraz o pracę ciężko, że trzeba mieć znajomości i licho wie jakie wykształcenie bla, bla, bla... Skoro tyle osób potrafi całkiem nieźle zarabiać, no to widać idzie. A wykształcenie to kwestia poświęcenia trochę czasu na naukę i tyle. Jeśli nie odpowiada nam nasza figura, to użalanie się nad tym wcale nie sprawi, że schudniemy i wejdziemy w rozmiar 36. Wszystko możemy zmienić. Tapety w moim mieszkaniu nie zostały położone raz na zawsze więc tak samo mogę myśleć w swoim życiu.

Gdybając nie przywrócimy sobie utraconych szans, a prawdę mówiąc gdybyśmy znów stanęły przed podjęciem tych decyzji, to zrobiłybyśmy tak samo, bo nie znałybyśmy dalszych konsekwencji. Gdybanie zamyka nam umysł i możliwość racjonalnego oceniania sytuacji, możliwość dalszego rozwoju. Zastanów się czy w tej chwili jesteś szczęśliwa. Jesteś? Super! Nie? Co Cię unieszczęśliwia, nazwij to. Co chciałabyś osiągnąć, zmienić? Co musisz zrobić żeby to zmienić? A teraz działaj! Gdybanie nie zrobi niczego za Ciebie, nie pomoże Ci zmienić pracy, schudnąć, zmienić coś w sobie. Tylko Ty możesz ruszyć do przodu!



A jedyne nad czym teraz zdarza mi się gdybać, to ewentualnie kwestie rachunków po wyjściu ze sklepu. Ot, czy za dużo nie wydałam ;)

Buziaki,
Aneta

środa, 20 sierpnia 2014

Żłobiarz Sławomir

Gdy Sławko miał 6 mc złożyliśmy w żłobku wniosek o jego przyjęcie. Był to listopad 2013 roku i powiedziano nam wtedy, że z racji dużej ilości dzieci przyjęcie Młodego będzie możliwe w okolicach września 2014 (!). Wtedy wizja oddania naszego pierworodnego w ręce obcych ludzi była dla mnie tak straszna, że dostawałam dreszczy na sama myśl o tym, a w głowie odliczałam miesiące do sądnego dnia gdy go przyjmą.
Pod koniec marca Sławko obchodził swoje pierwsze urodziny, a w mojej głowie kwitła myśl o pójściu do pracy i do szkoły. Tylko co z dzieckiem? Kto się nim zajmie? Czy jestem złą i wyrodną matką, bo chcę się rozwijać i iść dalej? Mną targały rozterki, a mąż molestował telefonicznie sekretariat żłobka (jedynego zresztą w naszym 100tys mieście) z pytaniem czy już coś się zwolniło.

Pod koniec czerwca zadzwonili- jest miejsce! Radość w domu totalna i tylko Młody nie wiedział o co chodzi. Nie powiem by był zachwycony faktem, że mama i tata oddają go na parę godzin obcym ludziom i bandzie dzieciaków. Pierwsze trzy dni chodził tylko na parę godzin, odbierany był po obiadku, a przed drzemką. Później 4 dni chorował i znów musiał chodzić w skróconej wersji do żłobka. Płacz przy oddawaniu, płacz przy odbiorze. Zaczęły się nocne spacery do naszego łóżka (mały śpi w oddzielnym pokoju), potrzeba ciągłego przebywania z nami, ataki płaczu i wrzasków, szczypanie i bicie. W żłobku nie chciał spać i pod koniec dnia zaczynał być nieznośny z powodu zmęczenia. No istny dramat i nawet przez moment zastanawiałam się czy nie zrezygnować z pracy i nie zostać w domu by zajmować się synem do czasu aż pójdzie do przedszkola.

Po miesiącu wszystko się zmieniło. Sławko, dzięki żłobkowi, nauczył się samodzielnego zasypiania w łóżeczku; pije przez słomkę; dużo więcej mówi, naśladuje różne wyrazy, wydaje melodie; stał się bardziej samodzielny i odważny w kontaktach z ludźmi. Teraz wystarczy powiedzieć rano, że idziemy do dzieci, a on już stoi przy drzwiach z bucikami w ręce. Opiekunki nie mogą się go nachwalić, wszystko zjada z apetytem (jadłospis w żłobku robi wrażenie!), grzecznie się bawi z innymi dziećmi, zaczął normalnie sypiać, nie ma już płaczu.

W domu też jest spokojniej. Chociaż ostatnio zauważyłam, że Młody dużo więcej je i cały czas stoi pod szafką by dostać herbatnika lub biszkopta. Próbuje już narzucać swoją wolę albo coś wymusić jednak my jesteśmy nieugięci. Muszę przyznać, że jestem dumna z mojego syna. Po tych dwóch miesiącach widzę jak dobrze zaistniała sytuacja na niego wpłynęła, jak dobrze się rozwija. W domu nie mogłabym mu zapewnić takiego kontaktu z rówieśnikami, możliwości wykazania się, zdobywania nowych umiejętności. A to, że pewnie nie raz jeszcze zachoruje? Cóż, jeśli nie będzie chorował teraz to pewnie nastąpi to w przedszkolu lub szkole. Chorowanie jest rzeczą normalną, a jak na razie mamy już miesiąc bez przeziębienia.

Nie zastanawiam się nad tym czy jestem złą mamą, bo oddaję dziecko do żłobka. Myślę, że każdy z nas ma swój rozum i robi dla swojego dziecka to co uważa za najlepsze. Ja nie chodziłam do żłobka, mój mąż tak i oboje jesteśmy całkiem normalnymi ludźmi. Dla mnie żłobek, to nie zło konieczne- to szansa. Szansa zarówno dla dziecka jak i dla rodziców.


Buziaki,
Aneta

środa, 13 sierpnia 2014

Dziki (jest ten) Józef

Dziki Józef trafił do mnie jako prezent od męża z okazji drugiej rocznicy ślubu. Chciałam by torba, na którą się zdecyduję, była przede wszystkim trwała, pojemna, o klasycznym i ponadczasowym wyglądzie, a dodatkowo będzie pasować do tego co noszę. Przeglądałam wiele stron internetowych w poszukiwaniu tej jedynej i niepowtarzalnej, aż w końcu przypomniałam sobie post MizzVintage, która pokazywała piękną torebkę KLIK KLIK. Tak trafiłam na Józefa. I....zakochałam się.



Zdecydowałam się na model HOR_SATIN - jest to sztywna czarna satynowa torba wykonana ze skóry o wymiarach 39x34x11. Przez moment zastanawiałam się czy nie wybrać tej większej, ale po przejrzeniu paru blogów gdzie prezentowano mniejszą wersję doszłam do wniosku, ze ta będzie dla mnie najodpowiedniejsza.
Torba posiada piękne tłoczenia na spodzie i froncie, okucia w kolorze srebra i zabezpieczenia na rogach Nie zobaczycie odstających nitek na szwach, rozchodzącego się kleju czy luźnych ćwieków. Wszystko wykonane jest z ogromną precyzją.



Torebka jest jednokomorowa, nie posiada zamka ani zatrzasku (co dla niektórych może być problemem), ma kieszeń na telefon komórkowy i smycz (genialny gadżet!) na klucze. Chyba tą smyczą jestem najbardziej zachwycona- wreszcie nie muszę szukać kluczy po torebce, bo wszystkie mam w jednym miejscu. Nie przeszkadza mi także kwestia braku zamka gdyż najczęściej rzeczy po prostu wrzucam szybko do torby, a komunikacją miejską nie podróżuję więc w razie czego portfel wrzucam na dno torby i tyle.



Józek idealnie sprawdzi się gdy we wrześniu rozpocznę naukę, bo bez problemu załaduję do środka zeszyty czy książki. Solidne wykonanie sprawia, że jestem spokojna o jej wytrzymałość. Nie martwię się też czy torebka pasuje do tego co mam na sobie. Model, na który się zdecydowałam, jak i cała seria- pasuje po prostu do większości stylizacji.
Koszt takiej torby wynosi z przesyłką to 320 zł. Jest to inwestycja na kilka lat i myślę, że warto odłożyć sobie pieniążki by sprawić sobie taki prezent. Tym bardziej jeśli nie lubicie, tak jak ja, mieć dużego zbioru torebek.
Na stronie http://dzikijozef.pl możecie zobaczyć inne modele oferowane przez firmę. Za każdym razem, jeśli chcecie poznać cenę produktu, musicie skontaktować się z firmą, ale meile zwrotne z odpowiedzią przychodzą bardzo szybko.

Muszę przyznać, że jestem totalnie oczarowana moim Dzikim Józefem. Teraz mogę nie zaprzątać sobie głowy torebkami przez kilka najbliższych lat. No chyba, że za jakiś czas znajdę w ich ofercie coś równie atrakcyjnego.

Buziaki,
Aneta